Krzyżacki Poker 01=.rtf

(989 KB) Pobierz

 

Dariusz Spychalski

Krzyżacki poker

Tom 1



2005


Rozdział 1

 

Wschodnie wybrzeża Emiratu Irlandzkiego

25 października 1955 roku

 

Komandor Johan Gibert stał oparty o metalową barierkę, okalającą kiosk okrętu podwodnego, i wpatrywał się z niepokojem w pokryte chmurami niebo. Noc miała się ku końcowi. Blada poświata, widoczna na wschodzie, zwiastowała rychłe nadejście dnia. Morze było spokojne – łagodne fale uderzały miarowo w kadłub „Hermana von Salzy”. Dowódca zapalił nerwowo papierosa i zerknął w dół. Przy wielkim pontonie, zajmującym całą szerokość pokładu, trwała gorączkowa krzątanina. Dwóch ludzi, pochylonych nad silnikiem, wlewało do miniaturowego zbiornika paliwo, dwóch innych sprawdzało w pośpiechu zawory powietrza, mieszczące się na dziobie jednostki. Z ust komandora padło stłumione przekleństwo.

Odwrócił się w stronę pierwszego oficera.

– Weź kilku ludzi i pomóż im z załadunkiem! Ci durnie z Sonderkommando*[1] myślą pewnie, że mój Herman jest niewidzialny!

Porucznik Hase skinął głową, przetarł zaczerwienione z niewyspania oczy.

– Nasi dzielni komandosi grzebią się jak muchy w smole! – mruknął nie bez złośliwości.

– Idźże wreszcie! – Gibert machnął niecierpliwie ręką. – Im szybciej ich się pozbędziemy, tym szybciej będziemy mogli położyć się na dnie!

Hase zbiegł na pokład. Komandor powrócił do obserwacji nieba. Nie obawiał się okrętów wojennych, które sporadycznie patrolowały wschodnie wybrzeża Irlandii, a samolotów. Na płytkich przybrzeżnych wodach okręt podwodny był dla nich wymarzonym celem. Gibert westchnął ciężko. Ten desperacki rejs wystawił jego i całą załogę na ciężką próbę. Pokonali prawie dwa tysiące mil morskich w ciągu zaledwie ośmiu dni, dotarli szczęśliwie do brzegów Emiratu i, gdy cel podróży był już na wyciągnięcie ręki, spotkało ich coś takiego! Konwój Pielgrzymkowców płynących do Ghazzah*[2] zmusił „Hermana von Salzę” do zmiany kursu. Stracili dwie niezwykle cenne godziny. Wyładunku powinni dokonać w nocy i pod osłoną bezpiecznych ciemności położyć się na dnie, tymczasem zbliżał się świt, a oni wciąż tkwili w niewielkiej odległości od brzegu.

Na pokładzie kiosku stanął człowiek ubrany w ciemny kombinezon. Był to mężczyzna czterdziestoletni, barczysty, o szczupłej twarzy i zimnym, twardym spojrzeniu.

– Komandorze, za chwilę ruszamy. Zsynchronizujmy zegarki, jest szósta piętnaście. – Major Hans Gruber, dowódca Sonderkommando, odchylił brzeg rękawa, by spojrzeć na połyskującą blado, fosforyzującą tarczę.

– Potwierdzam, szósta piętnaście. – Gibert skinął głową. – Jesteście gotowi? Nie mogę dłużej czekać.

– Proszę jeszcze o pięć minut, zaraz kończymy. – Gruber zerknął na pokład, gdzie kilku marynarzy przenosiło wyposażenie grupy na unoszący się przy burcie okrętu ponton.

– Niczego nie zapomnieliście? W pośpiechu łatwo coś przeoczyć. – W głosie Giberta pojawiło się rozdrażnienie.

– Bez obaw – odparł spokojnie major. – Moi ludzie zadbali o wszystko.

Komandor zmieszał się wyraźnie.

– Przepraszam. Nie mogę powiedzieć, żebym był spokojny, każda minuta zwłoki naraża okręt i ludzi.

– Rozumiem pana doskonale. Dokonał pan prawdziwego cudu, docierając tu w tak krótkim czasie.

– Zrobiłem co było w mojej mocy – stwierdził Gibert, lekkim skinieniem głowy dziękując za uznanie. – Mam nadzieję, że zdążyliśmy...

– Musimy być dobrej myśli. – Ton Grubera wyraźnie sugerował dezaprobatę dla tego typu wątpliwości.

Gibert nie zamierzał się z nim kłócić. Popatrzył w dół. Załoga „Hermana von Salzy” schodziła właśnie pod pokład.

– Niech Bóg ma was w opiece. Wasz los w jego rękach. – Uścisnął dłoń majora.

– Do zobaczenia, komandorze. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, spotkamy się za dwanaście godzin.

Komandos wparł wiosło w śliską, ociekającą wodą krzywiznę zbiornika balastowego okrętu, z wysiłkiem odepchnął ciężki, wyładowany ponton, który fale wciąż starały się rzucić na burtę. Zakaszlał uruchamiany silnik, po chwili jego odgłos przeszedł w jednostajny terkot.

– Komandorze, okręt gotowy do zanurzenia! – Porucznik Hase, stojąc nad otwartym włazem, spoglądał niecierpliwie na dowódcę. Ciemna sylwetka pneumatycznej łodzi zniknęła już w mroku, jeszcze dobiegał odgłos silnika, lecz i on cichł coraz bardziej.

– Odpływamy do punktu B i schodzimy na dno! – Ocknął się Gibert. – Dzięki, Boże, wielkie dzięki.

 

* * *

Fale poczynały się załamywać, między grzbietami pojawiła się kipiel białej piany. Sternik zdławił przepustnicę. Wybrzeże bywało zdradliwe, pełne skał i ostrych głazów, które mogły rozpruć gumowaną tkaninę pontonu zanim załoga zdążyłaby cokolwiek zauważyć. Wszyscy wpatrywali się przed siebie, usiłując przebić wzrokiem szarość przedświtu.

Skalista plaża wyłoniła się nagle.

– Silnik stop! Chwytajcie za wiosła!

Zapadła cisza, przerywana tylko szumem przyboju pomiędzy wielkimi głazami i skrzypieniem wioseł w dulkach. Dwóch żołnierzy, omijając starannie przeszkody, prowadziło ponton do brzegu. Wreszcie dno zaszurało o kamienie i nagłe szarpnięcie obwieściło koniec podróży.

– Do roboty!

Żołnierze, ustawieni jeden obok drugiego, podawali sobie z rąk do rąk nieprzemakalne worki, które utworzyły pokaźną piramidę. Trzech, brodząc po pas w lodowatej wodzie, wyciągnęło ponton na brzeg. Rozległ się syk odkręcanego zaworu powietrza. Gumowa łódź poczęła szybko wiotczeć.

– Tam! – Sierżant Hugo Freitag, niski mężczyzna o twarzy naznaczonej śladami ospy, wskazał odcinek plaży położony poza zasięgiem fal. Przeciągnęli ponton pomiędzy skały. Dwóch z nich sięgnęło po saperki, pokrywając materiał warstwą piasku, kolejny zdemontował silnik, złożył go ostrożnie do niewielkiej skrzynki i zamknął starannie wieko.

Sierżant obserwował przez chwilę pracę żołnierzy, po czym podszedł do sterty worków. Odszukał najmniejszy i wyjął z niego szarą, wełnianą tunikę, tradycyjny ubiór chłopów, zamieszkujących wschodnią część Emiratu Irlandzkiego.

– Dla pana, majorze. – Podał strój dowódcy.

– Dziękuję. – Gruber szybko zdjął kombinezon i podał go Freitagowi.

Sierżant ujął worek pod pachę i ruszył między skały. Kilka minut później czterech komandosów, przebranych za irlandzkich chłopów, stanęło przed dowódcą.

– Jesteśmy gotowi – zameldował Freitag.

Gruber omiótł uważnym spojrzeniem plażę. Gdy uznał, że wszystko jest w porządku, spojrzał na zegarek i podniósł jeden z worków wypełnionych warzywami.

– Od tej chwili ani słowa po niemiecku. Jasne?

Żołnierze przytaknęli milcząco.

– Zatem w drogę. – Major zarzucił worek na plecy. – Zostało nam niewiele czasu.

 

* * *

Szli gęsiego, środkiem brukowanej drogi, biegnącej przez rozległe pastwiska, leżące pośród niewysokich gór Habban, których szczyty ginęły w porannej mgle. Niebo zasnuwały nadciągające z zachodu gęste chmury. Dokuczliwe zimno wciskało się pod przesiąknięte wilgocią tuniki. Klekot drewnianych sandałów niósł się echem po okolicy. Dotarli właśnie do mostu nad niewielkim strumieniem, gdy od strony widocznych w oddali zabudowań dobiegło ujadanie psów. Gruber ruchem dłoni zatrzymał oddział. Komandosi obserwowali sporą wieś, położoną u podnóża łagodnego wzniesienia. Kilkadziesiąt mocno zapuszczonych zagród chłopskich otaczały koślawe płoty, z szop przylegających do chałup dochodziło żałosne pobekiwanie owiec. Pośrodku wsi, nieopodal starego cmentarza, wznosił się maleńki, pobudowany z kamienia kościół. Celtycki krzyż, widoczny na dachu budowli, odznaczał się wyraźnie na tle pochmurnego nieba.

– To An Chloch Liath, jesteśmy już blisko celu – powiedział cicho Zygfryd Szczupak, wysoki brunet o bystrym spojrzeniu.

– Majorze, zabierajmy się stąd. Kundle pobudzą tubylców. – Sierżant Freitag popatrywał z niepokojem w stronę zabudowań.

– Bez nerwów. – Gruber któryś już raz zerknął na zegarek i zmarszczył czoło. – Siódma dwadzieścia. Pozostała nam niecała godzina.

– Idziemy przez wzgórza? – spytał Otto Peltz, jasnowłosy olbrzym, z racji sporej tuszy mało oryginalnie nazywany Grubym.

– Nie ma takiej potrzeby. Zdążymy. – Major, nie oglądając się za siebie, ruszył żwawo.

– Przyjemna okolica – odezwał się po chwili chudzielec Ditrich, maszerujący obok Grubera. – Przypomina trochę Bieszczady albo Krym.

– Na Krymie łan ziemi kosztuje tyle, co tu pół powiatu. – Sierżant Freitag spoglądał z niesmakiem na ostatnie zabudowania wsi. – Prądu też pewnie nie mają.

– Przestańcie ględzić i wyciągnijcie krok. Nie czas teraz na pogaduszki – przerwał im dowódca.

Żołnierze przyśpieszyli znacznie, kierując się ku przełęczy, za którą leżał cel ich wyprawy.

Okolica wyglądała teraz zupełnie inaczej. Pastwiska ustąpiły miejsca poletkom warzywnym, w znacznej odległości od drogi pojawiło się więcej budynków. Prawie wszystkie były do siebie podobne. Kryte strzechą chałupy, otoczone lichymi zabudowaniami gospodarskimi. Na pierwszy rzut oka widać było, że chrześcijańska ludność, zamieszkująca okolice Dublina, nie należała do zamożnych. Dwie mile dalej, prowadząca znad morza droga zakręcała na północ.

W oddali, pomiędzy wzgórzami, pojawiły się wieże miasta An-Nabuk. Właściwie nie było to miasto, lecz spora osada założona, jak setki innych, w czternastym wieku, gdy Arabowie przystąpili do kolonizacji wyspy. Średniowieczne mury obronne, otaczające An-Nabuk, były jedyną pozostałością fortu. Z czasem przekształcił się on w miasteczko, które, posiadając połączenie kolejowe z niedaleką stolicą, prosperowało całkiem nieźle.

Dochodziła ósma rano, gdy oddział majora Grubera dotarł do położonego pod murami obskurnego osiedla, zamieszkanego przez biedotę. Z pobliskiego meczetu dochodziły nawoływania muezina, wzywającego wiernych na poranną modlitwę. Żołnierze szybko minęli otwartą na oścież bramę i weszli w wąską uliczkę, prowadzącą do głównego placu osady. Mimo wczesnej pory, panował tu już spory ruch. Sklepikarze otwierali właśnie swoje kramy, upchnięte jeden przy drugim wzdłuż całej ulicy. Przejście było tak wąskie, że ledwie dwóch ludzi mogło minąć się swobodnie. Żołnierze przeszli kilkadziesiąt jardów główną ulicą osady i skręcili w cuchnący zaułek, który prowadził wprost do budynku dworca.

– Pośpieszcie się! Pociąg odjeżdża za osiem minut! – Gruber, mokry od potu, zaczął biec.

Minęli magazyny, ciągnące się wzdłuż torów, i wpadli na peron.

Rozległy plac przed budynkiem wypełniał tłum ludzi odzianych w wełniane tuniki. Większość drzemała na koszach i pękatych workach, kilku rozmawiało cicho, spoglądając z ciekawością na przybyszów. Major Gruber, starając się nie trącić żadnego ze śpiących, zniknął w wejściu. Komandosi złożyli worki i, podobnie jak reszta tubylców, usiedli wprost na ziemi.

– Jednak zdążyliśmy – powiedział z ulgą Gruby.

– Macie ochotę? – Freitag sięgnął do worka, wyjmując z niego owinięte w lnianą szmatkę płaskie placki, które w Irlandii uchodziły za chleb.

– Nie znoszę ich żarcia – mruknął Gruby.

– Bierz – rzucił krótko sierżant. – Musimy zachowywać się tak jak oni.

Jedząc w milczeniu, obserwowali otaczających ich ludzi. Wszyscy niemal, prócz kilku angielskich robotników, dojeżdżających do pracy w stolicy Emiratu, byli Irlandczykami, zamieszkującymi góry Habban – jedyne miejsce na całej wyspie, w którym ludność chrześcijańska stanowiła większość. Z oddali dobiegł przeciągły gwizd. Po chwili, z przeraźliwym zgrzytem hamulców, na peron wtoczyła się stara lokomotywa.

– Gdzie on jest? – Gruby spoglądał ze złością na budynek dworca.

– Już idzie. – Sierżant wskazał na majora, który z biletami w garści wpadł na peron.

Komandosi zajęli miejsca w ostatnim wagonie wśród kilkunastu Irlandczyków, którzy, usadowiwszy się na siedzeniach, natychmiast zapadli w drzemkę. Wagonami szarpnęło. Pociąg ruszył. Do stolicy Emiratu miał piętnaście mil.


Rozdział 2

 

Al-Dublin. Stolica Emiratu Irlandzkiego

25 października 1955 roku

 

Wiszące nad miastem chmury zapowiadały deszcz. Tłum podróżnych opuścił już dworzec i, minąwszy budynki magazynów kolejowych, podzielił się na dwie grupy. Anglicy, dojeżdżający do pracy w Dublinie, podążyli w stronę wielkiego osiedla ponurych, dziewiętnastowiecznych kamienic, skupionych wokół jednego z trzydziestu meczetów miasta. Irlandczycy zaś ruszyli przez opustoszałe ulice New York*[3] w stronę bazaru nieopodal nabrzeża. Mimo chłodu, w powietrzu unosił się nieznośny odór rynsztoków.

Zabite deskami okna świadczyły, że mieszkańcy bezpowrotnie opuścili zdewastowane budynki. Kiedy w 1922 roku połączona flota Francji i Niderlandów złamała ostatecznie potęgę morską Zachodniego Kalifatu*[4], skończyły się łupieżcze wyprawy na chrześcijańskie wybrzeża, a wraz z nimi i bogactwo dzielnicy portowej, niegdyś największego w Europie targu niewolników. Z dawnej świetności nie pozostał już nawet najdrobniejszy ślad, jedynie kroki podróżnych wypełniały echem pustkę popadających w ruinę domów.

Na końcu uliczki, pośród resztek murów zabezpieczonych niskim płotem, otwierał się widok na największy port Emiratu Irlandzkiego. W oddali, przesłonięte kratownicami dźwigów, majaczyły sylwetki okrętów wojennych. Kilka minut później tłum, wędrujący z dworca, dotarł na East Jetty*[5], gdzie cumował wielki Pielgrzymkowiec, na którego pokładzie każdy muzułmanin z Zachodu powinien znaleźć się choć raz w życiu.

Setki ludzi, zebranych na nabrzeżu, oczekiwało na zaokrętowanie. Sądząc po ich skromnych strojach i niewielkim bagażu, składającym się przeważnie z jednej walizki, byli to zapewne najbiedniejsi mieszkańcy Irlandii. Podróż do Mekki pochłaniała często oszczędności całego ich życia. Bezpośrednio przy trapie trwała zwykła, drobiazgowa kontrola pielgrzymów. Za wystawionym na nabrzeżu stołem zasiadał oficer Fastatu*[6] i przeglądał dokumenty kolejnych osób, porównując je z listą poszczególnych gmin. Jeśli uznał, że wszystko jest w porządku, za jego przyzwoleniem żołnierze otwierali przejście.

Zbliżała się ósma trzydzieści. Pięciu komandosów, wmieszanych w tłum, maszerowało raźno, zerkając na szary kadłub olbrzyma.

– Z bliska wydaje się zacznie większy – stwierdził Freitag, a w jego głosie pojawiły się nutki podziwu.

– Ogromny... wielki jak stodoła. – Ditrich najwyraźniej podzielał nie tylko zdanie, ale i emocje kompana.

– Cicho – mruknął Gruber. – Jesteśmy już prawie na miejscu.

Przed nimi rozciągał się rozległy plac, zastawiony drewnianymi budami. Na bazarze panował już spory ruch. W północnej części, położonej tuż obok bocznicy kolejowej, handlowano towarem z przemytu, który docierał do Dublina z Emiratu Angielskiego. Można tu było nabyć francuskie papierosy, czeskie zegarki, a przede wszystkim części do samochodów, produkowanych na kontynencie, których tysiące jeździły po ulicach Dublina. Trwająca już kilkanaście lat blokada granic sprawiła, że wymiana handlowa z chrześcijańską Europą została niemal zupełnie wstrzymana. Kontrabanda łagodziła nieco skutki blokady, lecz nie była w stanie pokryć zapotrzebowania na deficytowe towary. Rządzący Kalifatem Mutazylici*[7] przymykali oko na krążące pomiędzy Al-London, a francuskim wybrzeżem kutry, karząc jednak śmiercią każdego z szyprów, który, skuszony łatwym zarobkiem, ryzykował przewóz kafirów*[8].

Tłum chłopów irlandzkich minął kramy z kontrabandą i skierował się w stronę kościoła, położonego na skraju bazaru. Teren wokół świątyni, nazywany Irlandzkim Targiem, był jednym z niewielu miejsc, gdzie wolno było handlować zakazanym przez Koran alkoholem. Mimo wczesnej pory, większość kramów była już zajęta. Był piątek – dzień, w którym wszystkie meczety wypełniały się wiernymi, a chrześcijańskim robotnikom, zatrudnionym na budowach i w porcie, przysługiwał dzień wolny. Wtedy odbywała się jedyna w ciągu całego tygodnia msza, po której targ zamieniał się w miejsce spotkań towarzyskich.

Komandosi minęli kościół. Gruber zatrzymał się nagle.

– Tam. – Wskazał na puste jeszcze kramy. – Ditrich, zostajesz w ubezpieczeniu, reszta za mną.

Wyznaczony komandos złożył swój worek na ziemi, zapalił papierosa i zaczął spokojnie przyglądać się Irlandczykom, którzy czynili ostatnie przygotowania na przyjęcie pierwszych klientów. Chłopi opróżniali kosze, zastawiając kramy butelkami whisky – tutejszego bimbru, pędzonego ze zboża, oraz serami, warzywami i peklowaną wieprzowiną. W bezpośrednim sąsiedztwie kościoła rozległy się nagle dźwięki dud irlandzkich. Dwóch dudziarzy stroiło instrumenty, przygotowując się do występu, który jak zwykle rozpocząć miał się zaraz po mszy.

Ditrich wyrzucił niedopałek i omiótł okolicę uważnym spojrzeniem. Nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Ujął worek i ruszył w stronę pustych kramów.

 

* * *

Profesor William Hopkins zakończył wykład o godzinie jedenastej. Sala była już pusta, lecz on stał ciągle w otwartym oknie, spoglądając na pokryte chmurami niebo. Spojrzał na zegarek i westchnął ciężko. Obradujący Fakihowie*[9] doszli już pewnie do konkluzji. Wiedział, że powinien zejść na dół i poznać ich decyzję, jednak na myśl o tym poczuł w żołądku gwałtowny skurcz. Co będzie, jeśli uznali, że prowadził niedozwolone eksperymenty? W najlepszym wypadku zostanie usunięty z katedry, w najgorszym... Wolał nawet o tym nie myśleć. Dziesięć lat ciężkiej pracy, żebrania o pieniądze i wszystko na nic? Trzech ludzi, którzy nie mieli bladego pojęcia o fizyce, ma zadecydować o jego losie?

Uśmiechnął się ponuro. Wiedział, gdzie popełnił błąd. Chyba stracił rozum, skoro złożył podanie o sprowadzenie aparatury potrzebnej do dalszych eksperymentów. Musieli wreszcie pojąć, że coś przed nimi ukrywa. Do tej pory rada uczelni chroniła go przed dociekliwością Fastatu, jednak prośba o zakup drogich urządzeń od kafirów nie mogła przejść niezauważona. Może oskarżą go o zdradę? Nie, chyba nie. Zachował przecież wszelkie środki bezpieczeństwa. Zamówienia kierowane były do kilku fabryk, w czterech chrześcijańskich państwach. Profesor zamknął okno i rozejrzał się po sali. Najpewniej już nigdy tu nie wróci. Inszallah*[10]. Wszystko dzieje się z woli Boga.

Wyszedł na korytarz i ruszył schodami na parter. Pokój, w którym obradowali Fakihowie, mieścił się tuż obok gabinetu rektora Madrasy*[11]. Profesor zapukał delikatnie. Nikt mu nie odpowiedział. Ostrożnie uchylił drzwi i zajrzał do środka. Pomieszczenie było puste. Skończyli obrady i nie wezwali go? Cóż to mogło znaczyć? Stał przez chwilę niezdecydowany, wreszcie podszedł do sąsiednich drzwi. Zapukał i, tym razem nie czekając na wezwanie, wszedł do środka. John Smith, rektor największej uczelni w mieście, siedział za biurkiem i rozmawiał przez telefon. Hopkins zatrzymał się niepewnie w drzwiach, jednak Smith niemalże natychmiast zakończył rozmowę, podniósł się z fotela i podszedł do kolegi.

– Ahlan wa sahlan*[12], przyjacielu. Miło znów cię widzieć. – Objął Hopkinsa i ucałował w oba policzki.

– Sabah alkhair*[13]. Twój widok raduje me serce – odparł profesor.

– Wiedziałem, że przyjdziesz, mamy kilka rzeczy do omówienia. – Przywitawszy się zgodnie ze zwyczajem po arabsku, rektor zwrócił się do Hopkinsa w ojczystym angielskim.

Wrócił za biurko i uprzejmym gestem wskazał przyjacielowi krzesło. Zapowiadała się dłuższa rozmowa.

– Co postanowili? – Hopkins nie ukrywał zdenerwowania.

Smith obrzucił go uważnym spojrzeniem, postukał palcami o blat biurka i odezwał się powściągliwie:

– Fetwa*[14] nie została jeszcze wydana, ale wszystko wskazuje na to, że zostaniesz oczyszczony z zarzutów...

Na twarzy uczonego odmalowały się bezgraniczne zdumienie i radość.

– Jak tego dokonałeś? To prawdziwy cud!

– Aby ocalić cię od więzienia, podjęliśmy pewne decyzje... – Rektor tej radości nie podzielał, w jego głosie wyraźnie słychać było zakłopotanie i zdenerwowanie.

– Decyzje? Jakie decyzje? – Uśmiech spełzł z twarzy Hopkinsa.

– Wiesz, drogi przyjacielu, że chroniliśmy cię jak długo to było możliwe, lecz sprawy zaszły za daleko...

– O czym mówisz? – Profesor patrzył na Smitha z nietajoną obawą.

– Przeklęci Fakihowie uznali, że władze uczelni brały udział w spisku. Zażądali zamknięcia wszystkich nieprawowiernych wydziałów – oświadczył tamten przygnębiony.

– Co takiego?! – Hopkins poderwał się z krzesła. – Przecież to niemożliwe!

– Owszem. Możliwe. Wiesz, kto rządzi Kalifatem. Ci ludzie nie chcą zrozumieć, dlaczego chrześcijanie tak bardzo nas wyprzedzili. Zamknęli granice, sądząc, że w ten sposób powstrzymają ich ekspansję, lecz to właśnie oni niszczą wszystko to, co może nas przed nią uchronić. Od dłuższego czasu czekali na okazję, aby dobrać się nam do skóry. Wreszcie ją znaleźli.

– Jaką podjąłeś decyzję? – Uczony poczuł lodowaty dreszcz. Przeczuwał już, co usłyszy.

– Wybacz, przyjacielu – powiedział smutno rektor. – Nie było innego wyjścia. Powiedziałem im o militarnym zastosowaniu twoich prac.

Hopkins wyprostował się gwałtownie.

– Zrobiłeś to? – W jego oczach pojawiło się przerażenie. – Naprawdę to zrobiłeś?

– Musiałem ratować uczelnię. – Smith rozłożył bezradnie ręce. – Postaraj się mnie zrozumieć.

– Skoro wyjawiłeś im naszą tajemnicę, to dlaczego jestem jeszcze wolny? Dlaczego nie zabrali mnie od razu?

– Próbowałem wytłumaczyć im sens twoich badań, ale ci idioci niczego nie zrozumieli. Uznali pewnie, że próbuję ich oszukać, by powstrzymać zamknięcie uczelni. Wyrazili jednak zgodę, żeby na temat prowadzonych przez ciebie eksperymentów wypowiedzieli się specjaliści.

– Prędzej czy później wszystko zrozumieją... – Hopkins zacisnął usta. – Co mam teraz robić?

– Nie wiem, przyjacielu. Allach nie bez powodu obdarzył cię niepospolitym rozumem. Zdaj się na niego. Wierzę, że nie pozwoli, by twój geniusz służył złu.

– Zniszczę całą dokumentację. Zniszczę wszystko, aby nie pozostał najmniejszy ślad! – W głosie Hopkinsa pojawiła się rozpacz.

– Myślisz, że to coś da? Masz przecież rodzinę, wiesz, co potrafią ci dranie.

– Może nasi przyjaciele zaradzą nieszczęściu? Mówiłeś, że ukryją wyniki moich prac przed Mutazylitami...

– Wszystko, co pomyśli człowiek, Allach może zmienić. Spóźniliśmy się może o kilka dni, może o miesiąc, a może o rok.

– Kiedy po mnie przyjdą? – spytał profesor.

– Powiedzieli, że jeszcze dziś wezwany zostaniesz na przesłuchanie.

– Sądzisz, że powinienem z nimi współpracować? – Profesor nawet nie próbował ukrywać ogarniającej go rezygnacji.

– Oszukiwałeś sam siebie, drogi przyjacielu. Jak zamierzałeś dokończyć badania bez ich pomocy? Potrzebne są wielkie pieniądze, których my nie mamy.

– Domyślasz się chyba, co zrobią z wynikami moich prac...

– Pamiętaj, że każdy z nas jest tylko narzędziem w ręku Allacha. Jesteś jego wybrańcem i to on wskazuje ci drogę. Musisz nią iść. Jeśli jest twoim przeznaczeniem uwolnić wielką siłę, to tak się stanie. Nie unikniesz nieuniknionego.

Profesor opuścił głowę.

– Może masz rację – powiedział po chwili. – Może tak właśnie miało być?

 

* * *

Major Gruber stał na skraju rozległego placu postojowego, położonego przed okazałym budynkiem dublińskiej Madrasy. Jego mundur oficera Fastatu wzbudzał powszechny szacunek. Przechodnie milkli, zerkając ukradkiem na czterech policjantów, którzy towarzyszyli oficerowi. Wiedzieli, co oznacza ten widok. Znowu kogoś aresztują. Ostatnimi czasy zdarzało się to coraz częściej. Pewnie tym razem ofiarą wszechwładnego Fastatu padnie ktoś z uczelni.

Gruber ignorował ciekawskie spojrzenia. Stał nieruchomo, przyglądając się uważnie każdemu, kto opuszczał budynek uczelni.

– Jest! – powiedział nagle. – Zdążyliśmy.

 

* * *

Komandosi, pozornie bez większego zainteresowania, obserwowali otyłego, przygarbionego człowieka, który zasiadał właśnie za kierownicą starego, lecz dobrze utrzymanego Toora 420.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin