Bez Nazwy.pdf

(59 KB) Pobierz
123005528 UNPDF
Jak przystało na szanujące się Centrum Świata, nie miało ono żadnej dodatkowej nazwy. Tak
charakterystyczne miejsce nie potrzebowało nazwy. Tak samo, jak stolice państw, które nazwy
miały tylko dlatego, że dawniej nie były stolicami. Zatem wszelkie określenia dotyczące Centrum
nie były jakimiś abstrakcyjnymi mianami nadanymi przez nudę. Były proste, a jednocześnie
jednoznaczne. Zatem czy mówiło się o tym miejscu Centro del Mondo, Centre de L'Univers, Nabel
der Welt, Evrenin Merkezi, κέντρο του κόσμου, центр мира, czy po prostu Centrum, to i tak każdy
wiedział, o czym mowa.
Jak w każdym szanującym się Centrum Świata to tu znajdowały się mechanizmy, sprawiające,
że świat się mimo wszystko nadal nie rozleciał – ogromny silnik, wprawiający dysk ziemski w
ruch, pompy, przelewające wodę z podziemnego oceanu do źródeł rzek, skomplikowana
hydraulika, dzięki której słońce co dziennie unosiło się i opadało. Bogowie, tworzący ten świat, nie
wykazali się zbyt wielką inwencją, umieszczając wprawiające go w ruch mechanizmy w samym
jego centrum. Dużo praktyczniej byłoby umieścić je tam, gdzie nikt nie podejrzewałby, że mogą się
znajdować, jednak wtedy mogłyby się rodzić bezsensowne herezje, że na przykład ziemia jest kulą i
obraca się wokół słońca.
Jak o każdym szanującym się Centrum Świata krążyły o nim legendy: że wszystko było tu
większe niżby sobie wymarzył niejeden cesarz, że pełno było tu wszystkiego, co uznaje się za
bardziej wartościowe od własnego tyłka i że absolutnie niczego tu nie brakowało. Bo tak właśnie
było. Jako szanujące się Centrum Świata było one idealną Utopią.
Mieszkańcy tego miejsca w harmonii żyli od wieków. Sumiennie i dokładnie wykonywali swoją
pracę, zawsze tak samo ochoczo od niej odstępowali, jak i przystępowali. Wszyscy radośnie i w
spokoju żyli ze sobą, nikt z nikim się nie kłócił i nikt nie miał żadnych problemów. Nie było tu
żadnych chorób – bo na co może chorować drewniana kukiełka z silnikiem na etanol i prostym
komputerem w głowie? Bo właśnie tym – drewnianymi robotami, byli mieszkańcy Centrum.
Jako drewniane roboty mieszkańcy Centrum nie mogli się rodzić. Byli zatem robieni w
warsztatach wyspecjalizowanych rzemieślników, którzy pieczołowicie składali wszystkie drobne
części nowych drewnianych jestestw do przysłowiowej kupy. Była w tym pewna wygoda – w razie
utraty ręki bez problemu można było ją zastąpić nową. Zaś różne gatunki drewna dawały
możliwość osiągnięcia przeróżnych karnacji.
Zwykli ludzie w idealnym miejscu albo by zwariowali, albo w mgnieniu oka ten ideał zburzyli.
Zatem istoty zamieszkujące Utopię musiały mieć dużo mniej złożone procesy myślowe niż zwykli
ludzie. Komputer, który służył im za mózg, składał się z kilku części. Jedna przyjmowała sygnały z
różnych czujników drewnianego ciała (między innymi o opróżnionym baku, lub niebezpiecznie
wysokiej temperaturze otoczenia) i je analizował, druga wysyłała sygnały, zaś trzecia, najmniejsza,
służyła za świadomość. To z niej brały się nieskomplikowane subiektywne oceny, jeszcze mniej
skomplikowane uczucia, czy prostsza od najlepszych poziomic komunikacja między robotami.
Jednym słowem to stamtąd brała się inteligencja.
Centrum Świata było tak charakterystycznym miejscem, że pominąwszy już jego dostatek, sam
prestiż tego miejsca ściągał na nie wyprawy hord wojowników, zarówno z sąsiednich, jak i bardzo
odległych państw, z regularnością, według której w Centrum tworzono kalendarz. Wiązało się to też
z pewnymi komplikacjami, gdy ten 'system' zawodził – zdarzyło się, że wiosenne wylewy rzek
zostały opóźnione, gdyż król, który miał zorganizować inwazję na centrum, nieszczęśliwie
zachorował.
Wśród najeżdżających Centrum armii znajdowały się przeróżne istoty: od małych, szybkich i
niezwykle licznych goblinów, przez brutalnych, dzierżących złowieszcze topory orków, aż po
gigantyczne, choć powolne trolle. Jednak najgorsi byli ludzie, którzy, dla odmiany, byli
inteligentniejsi od mieszkańców Centrum. To właśnie oni wynaleźli dzierżone przez orków topory,
między innymi.
Przez tysiąclecia Centrum bez większego szwanku wychodziło ze wszystkich najazdów. Co
prawda w wypadku ataków ludzi pojawiały się po wszystkim spore braki w zapasach paliwa,
jednak i to nie było zbyt wielkim problemem.
Mieszkańcy Centrum posiadali inteligencję, plasującą ich w pewnym specyficznym przedziale.
Byli wystarczająco inteligentni, by wymyślać rzeczy nie będące prawdą i nie dość inteligentni, by
potrafić uznać to za bzdurę. W tym byli bardzo podobni do ludzi.
To sprzyjało powstawaniu rożnych legend i przepowiedni. Jednak byli zbyt prości, by wymyślić
Kornikołaki czy inne Sękoliszki. Co więcej, byli zbyt prości, by wymyślić więcej niż jedną legendę.
I tak od wieków między radosnymi robotami krążyła przepowiednia o młodej kukiełce ze zbyt
długim nosem, która po jednym z najazdów ma zburzyć porządek w Centrum Świata.
No cóż, roboty były zbyt proste, by w ciągu kilku tysięcy lat wymyślić pełną przepowiednię...
Przepowiednia, jak bardzo głupia by nie była, to musiała się w końcu spełnić. Szczególnie, gdy
była dość niekompletna i nieskomplikowana, a ilość najazdów od powstania przepowiedni
przerastała łączną ilość tranzystorów u sporej grupy robotów.
I się spełniła...
Było to stosunkowo niedawno, ledwie siedemdziesiąt dwa najazdy temu, co oznacza dwanaście
lat. Był to jeden z tych trudniejszych najazdów – zorganizowany przez jego miłość i wszelaką ”-
ość” Cesarza Potężnego Imperium Ludzkiego. Tyle wystarczyło faktów, bo mieszkańców nie
interesowało, jak się nazywa owy cesarz, czy też samo imperium. Dla nich byli kolejnymi
najeźdźcami, choć, co trzeba przyznać, niezwykle zaciekłymi.
Giuseppe był pod wielkim wrażeniem. Wszystkie plotki, które słyszał o Centrum Świata,
okazały się prawdziwe. Faktycznie – było otoczone najwyższymi istniejącymi górami, faktycznie –
sponad gór wystawały wieże ze złoconymi dachami, faktycznie – mury miasta były wyższe, niż
ktokolwiek mógł założyć, przez co drabiny doń nie sięgały, nawet po związaniu trzech. Cesarz
Franciszek XVI nieco się przez to zmartwił. Ku zaskoczeniu wszystkich żołnierzy, a i również
dowództwa faktem, okazała się jedna z tych najmniej wiarygodnych plotek. Mianowicie faktycznie
– Centrum Świata nie miało bram. Po dokładnym zwiadzie odkryto wejście do miasta.
Były to gigantyczne schody prowadzący na mur. Nie były w żaden sposób bronione – co
niezwykle zaskoczyło najeźdźców. Cesarz wahał się, jednak w końcu poprowadził wojsko po
schodach na górę murów. Widok, który zaskoczył ich jeszcze bardziej. Był nim kolejny, jeszcze
wyższy mur. Tym razem nie było schodów.
Na ich miejscu było coś, co podważało ostatnią plotkę – gigantyczna brama, przystrojona
kwiatami, jakby na powitanie. W dodatku była otwarta. Giuseppe bał się, że to może być pułapka,
jednak cesarz Franciszek ruszył dalej. Z punktu widzenia żołnierza piechoty stojącego w pierwszej
linii obawa była całkiem słuszna, niezależnie od przyczyny.
Za bramą ujrzeli setki monumentalnych wież. Jak nie trudno się domyśleć każda z osobna była
wyższa od niejednej wieży żyjącego na uboczu ekscentrycznego czarownika. Pośród nich z
niezwykłym spokojem stały szeregi dziwnych ludzi. Byli do siebie bardzo podobni. Może dla tego,
że wyglądali, jak by byli zrobieni z drewna. Sądząc po odgłosie stąpania – faktycznie tak było. W
rękach mieli kusze, miecze lub piki. W ogóle nie zdradzali przerażenia, czego nie można było
powiedzieć o żołnierzach cesarza.
Cesarz wydał konnicy rozkaz do ataku. Ku zaskoczeniu obrońców był wystarczająco rozsądny,
by nie posyłać jej na pikinierów, jak to się zdarzało innym najeźdźcom. Mimo to konnica okazała
się średnio skuteczna – co prawda w pierwszym ataku poniosła niewielkie straty, jednak również u
przeciwnika nie były one duże. Po powstaniu z ziemi większość robotów była ponownie zdolna do
walki.
Kusznicy obrońców oddając salwę w stronę sił najeźdźców sprawili, że większość piechoty
rozpierzchła, i udała się głównie w stronę wyczutych w pobliżu zapasów paliwa dla robotów. Wśód
nich był oczywiście Giuseppe.
Gdy na dziedzińcu szalała bitwa, o ile tak można określić ciągłą bezskuteczną szarżę cesarskiej
jazdy i bezczynne oczekiwanie obrońców, Giuseppe wraz z grupą innych żołnierzy penetrował
jedną z wież, z której dochodził bardzo intensywny zapach 'paliwa'. Błądząc po plątaninie schodów
i korytarzy dotarł do pomieszczenia, w którym znajdowały się uporządkowane elementy do
składania robotów – nogi, ręce, głowy, tułowie, oraz elementy mózgu. Stał również jeden robot,
będący prawie na ukończeniu. Miał zdjętą górną część czaszki, co ukazywało całą jego elektronikę.
Giuseppe chwycił z półki jeden niewielki element i bez większego wysiłku (pomijając opór
wypychanej przez wciskany moduł imitacji nosa – nie było żadnego) umieścił go obok drugiego mu
podobnego. Następnie połączył nowy element kablami z tymi, które już znajdowały się w głowie
robota.
Giuseppe nie wiedział dlaczego to zrobił. Ludzie byli wystarczająco inteligentni, by mieć
świadomość czynienia podstawowych czynność, jednak często zdarzało im się mimowolnie i
bezmyślnie czynić skomplikowane rzeczy, które przynajmniej pozornie nie miały sensu. Mimo
wszystko Giuseppe cieszył się ze 'swojego dzieła'. Zamierzał spróbować uruchomić robota (również
nie wiedząc „dlaczego?”), jednak zrezygnował usłyszawszy wołanie jego kompanów „-JEEEEST!
Jest bimber!” i czym prędzej udał się w stronę, z której dobywał się głos.
Tymczasem na dziedzińcu Cesarz Franciszek przygotowywał się do odwrotu. Zmęczona konnica
poniosła spore straty, większości przez stratowanie własnych ludzi. Co prawda płonące strzały
łuczników byłyby w tym wypadku bardzo skuteczne, jednak razem z resztą piechoty udali się na
poszukiwania płynnego bogactwa.
Gdy już wszyscy cesarscy żołnierze opuścili miasto, jego mieszkańcy powrócili do swoich
codziennych zajęć. W tym również konstruktor robotów Alfred, który wróciwszy do swojej
pracowni napełnił bak stojącego tam robota i uruchomił go.
-Witaj, Pinokio! - przywitał nowego pobratymca
A w głowie Pinokia dwie części osobowości kłóciły się o to, co miał odpowiedzieć. Dwa
połączone moduły osobowości nie czyniły go co prawda zupełnym schizofrenikiem, tak jak dwie
półkule mózgu nie czynią nimi ludzi. Jednak jak ludzie, tak Pinokio miał dwie natury. I jedna
zamierzała grzecznie przywitać swojego konstruktora, zaś druga, choć normalnie zamierzałaby to
samo, to nie mogła ulec i się z nią zgodzić i usilnie próbowała jej przeszkodzić. W końcu Pinokiowi
udało się wygłosić słowa:
-Witaj, k***a!
-Eee... ale ja nazywam się Alfred – poinformował zdziwiony
-K***a Alfred! - odpowiedział Pinokio, tym razem zupełnie bez namysłu.
Dziś Pinokio, przejąwszy warsztat po tragicznie zniszczonym w upadku z wieży Alfredzie,
konstruuje nowe roboty na własny wzór. Nie wiedział, dlaczego ma dłuższy nos niż wszyscy,
jednak udało mu się uzyskać taki sam efekt u konstruowanych robotów poprzez umieszczenie w
głowie drugiego modułu osobowości. Nie wiadomo dlaczego większość ze skonstruowanych
przezeń robotów znikała. Według plotek wychodzili oni z miasta do świata zewnętrznego. Ale kto
by wierzył plotkom?
Pinokio nie mógł wiedzieć, że plotki były prawdziwe. Roboty z jego warsztatu opuszczały
Centrum i narażając się na niebywałe niebezpieczeństwa podróżowały po zewnętrznym świecie.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin