48. One day before everything changed
It's a sad, sad situation
And it's getting more and more absurd
Why can't we talk it over
What have I got to do to be heard
What do I say when it's all over
And sorry seems to be the hardest word
What do I do when lightning strikes me
And I wake to find that you're not there*
Jeżeli jeszcze raz przyłapię cię z nią sam na sam, nie będę słuchał żadnych wyjaśnień. Żadnych.
Echo tych słów odbiło się w głowie Harry'ego tak wyraźnie, jakby Severus wypowiedział je przed chwilą. I kiedy wpatrywał się w te przewiercające go, płonące nienawiścią oczy, wiedział, że nic, co powie, nie będzie wystarczające... Ale musiał spróbować!
- Panie profesorze... - zaczął drżącym głosem. Każde słowo wydawało się ranić mu przełyk. - To nie to, co pan myśli. Przysięgam.
- Milcz! - Głos, który wydobył się spomiędzy cienkich warg, był niczym wykuty z lodu. Tak ciężki, twardy i zimny... - Pan Potter i panna Weasley... przyłapani na gorącym uczynku podczas intymnej schadzki... Czyżby uprawianie seksu w schowkach stało się jakąś nową modą?
Harry poczuł, że żołądek wywraca mu się na drugą stronę.
Schowek. To było ich miejsce! A teraz Severus myśli, że oni... że on...
Przez jego głowę przesunął się cały ciąg sytuacji.
Coś mi wypadło i Snape natykający się na niego i Ginny w Sali Wejściowej.
Wszystko z tobą w porządku, Potter?, kiedy zapomniał wysłać mu "dobranoc".
Nie mogę zostać, kiedy miał spędzić wieczór ze Snape'em, podczas gdy naprawdę... wyglądało to tak, jakby olał Snape'a, bo wolał spotkać się potajemnie z Ginny...
O kurwa!
Czuł wzbierającą panikę. Panikę, która nie pozwalała mu oddychać i wypowiedzieć choćby słowa. Od czego zacząć? Co powiedzieć? Jak to wyjaśnić?
Tego się nie dało wyjaśnić!
- Ale to... - zaczął, mając wrażenie, że zaraz coś rozsadzi mu płuca.
- Jeżeli tak bardzo chcecie się parzyć, to proszę to robić poza granicami Hogwartu, ponieważ w tym zamku dziwkarstwo nie będzie tolerowane! - przerwał mu Snape podniesionym tonem. I Harry słyszał w tym głosie autentyczną nienawiść, spływającą z gardła niczym jad, pragnącą kąsać, kąsać... - Oboje tracicie po pięćdziesiąt punktów i możecie być pewni, że profesor McGonagall dowie się o tym, co tu zaszło. Zapewne będzie zdruzgotana, że jej zacni Gryfoni rżną się po kątach jak króliki...
- My nie...
- ...ale czego można się było spodziewać po Weasleyach? - Pełne odrazy spojrzenie mężczyzny przeniosło się na drżącą Ginny. - Nie potraficie nic więcej poza rozkładaniem nóg i rozmnażaniem się jak szczury. Powinno się was wszystkich wytępić. Szczególnie taką wywłokę jak ty.
Harry widział, jak oczy Ginny otwierają się z przerażenia i szoku i napływają do nich łzy. Rozchyliła usta, żeby coś powiedzieć, ale Snape nie pozwolił jej na to, kontynuując jeszcze bardziej mściwym, jeszcze zjadliwszym tonem. Jakby próbował ukamienować ją słowami.
- Jeżeli okaże się, że jesteś w ciąży, zostaniesz natychmiast usunięta ze szkoły razem ze swoim bękartem.
- Jak pan może...? - zaczęła Gryfonka, ale Harry przerwał jej, krzycząc desperacko:
- Ja jej w ogóle nie dotknąłem!
Brew Snape'a powędrowała w górę.
- Właśnie tego się po tobie spodziewałem, Potter - wysyczał mężczyzna, jakby Harry w ogóle nic nie powiedział. - Wystarczy, że zainteresowała się tobą pierwsza lepsza ladacznica, a ty już nie potrafiłeś się powstrzymać... Widocznie sława już całkowicie przyćmiła ci umysł. Jesteś Wybrańcem, więc możesz mieć każdą, tak? Przecież nikt nie odmówi Chłopcu, Który Przeżył!
Harry miał wrażenie, jakby każde słowo rozdzierało go na strzępy, kawałek po kawałku.
Nie, nie, nie, nie, nie!
- Powiedz mu! - krzyknął, spoglądając na Ginny. Czuł, że zaraz eksploduje od środka. To wszystko było nie tak! - Powiedz! No przecież wiesz, jak było! Wpadłem na ciebie! - Widząc, że Ginny jest w stanie tylko patrzeć na niego wypełnionymi łzami oczami, doskoczył do niej i szarpnął nią, wskazując na Snape'a: - No powiedz mu!
- J-ja... - wyszeptała w końcu, z trudem panując nad płaczem. - Wpadłam na Harry'ego i zaciągnęłam go do schowka...
- Zamknij się! - ryknął Snape, a Ginny aż się wzdrygnęła. To już nie była nienawiść. To było coś znacznie głębszego... - Nie chcę znać szczegółów! Nie obchodzi mnie, w jakiej pozycji cię wziął, jak głośno jęczałaś jego imię, gdzie cię dotykał, co ci szeptał, ani... - Snape przerwał nagle, dysząc ciężko, jakby wiedział, że stracił kontrolę. Wyprostował się i przymknął oczy, biorąc głęboki oddech. Kiedy odezwał się po chwili, w jego głosie nie było już nienawiści, nie było tego czegoś, co sprawiało, że serce Harry'ego chciało eksplodować, nie było niczego... - Napawacie mnie odrazą - rzekł bardzo cichym głosem, w którym nie pobrzmiewała nawet jedna nuta uczucia.
Odwrócił się z łopotem peleryny i zanim Harry zdołał cokolwiek zrobić, już go nie było. Pozostawił po sobie jedynie słaby zapach ziół, odgłos opadającego z sufitu tynku i odbijające się od ścian echo trzaśnięcia drzwiami.
Harry stał osłupiały, wciąż ściskając ramię Ginny i wpatrując się w drzwi. W jego głowie szalało tornado. Miał wrażenie, że znalazł się w jakimś koszmarze i jeszcze nigdy w życiu nie pragnął tak bardzo się obudzić.
To... nie tak. To nie może się tak skończyć. Musi iść... wytłumaczyć... powiedzieć... cokolwiek!
Ruszył przed siebie, jak w amoku, zostawiając Ginny w schowku. Wypadł na korytarz na uginających się nogach, zarzucił na siebie pelerynę, wyminął kręcącą się pod przeciwległą ścianą panią Norris i pognał przed siebie.
W dół. W dół. Do lochów. Jak najszybciej!
Na drugim piętrze potknął się o maczugę rzeźby trolla jaskiniowego i z całym impetem wylądował na kamiennej posadzce, zdzierając sobie kolana i nadgarstki, ale w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Wstał i ruszył dalej, biegnąc tak szybko, jakby od tego zależało jego życie.
Na zakrętach odbijał się od ścian, by nie tracić szybkości i kiedy wpadł do lochów i przebiegł przez kilka korytarzy, zobaczył go! Zobaczył skrawek czarnej peleryny znikającej w drzwiach gabinetu.
Nie! - jęknął w duchu, przyspieszając jeszcze bardziej, ale już wiedział, że nie zdąży. Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem. Dobiegł do nich, zatrzymując się tak nagle, iż pośliznął się i niemal upadł. Miał wrażenie, jakby po drodze zgubił płuca, ale to się teraz nie liczyło.
Dotknął drzwi, ale nie poruszyły się. Szarpnął za klamkę. Nic. Zapukał. Odpowiedziała mu tylko cisza.
Zagryzł wargę i zaczął pukać. Coraz głośniej i natarczywiej. Pukał tak długo, aż miał wrażenie, że zdarł sobie knykcie.
Ogarnęła go rozpacz.
Sięgnął do kieszeni i zacisnął dłoń na kamieniu.
Wpuść mnie! Proszę! Musimy porozmawiać!
Oparł czoło o chłodną powierzchnię, oddychając ciężko i próbując się uspokoić, ale wtedy usłyszał cichy trzask po drugiej stronie, jakby coś uderzyło w drzwi.
Opadł na kolana, przyciskając twarz do lodowatej posadzki i próbując dostrzec coś w szparze pod drzwiami.
Zobaczył. Zielony, rozjarzony kamień, leżący na podłodze gabinetu.
I usłyszał. Trzask drzwi prowadzących do komnat. Oraz pustą, rozpaczliwą ciszę.
Skulił się na podłodze, przyciskając policzek do zielonego klejnotu i szczelniej owijając się peleryną.
- Proszę - wyszeptał w eter. - Proszę, wpuść mnie.
Jednak wiedział, że nikt go nie usłyszy...
***
- Harry! Harry, obudź się!
Ktoś potrząsał go za ramię. Powoli otworzył oczy i zobaczył pochylonego nad sobą Rona.
- No w końcu! Wstawaj! McGonagall cię szuka! Masz do niej natychmiast iść. Razem z Ginny.
Harry zacisnął powieki i westchnął głęboko. Dlaczego nie mógłby zasnąć z powrotem? Dlaczego nie mógłby po prostu wrócić do tej przytulnej, bezpiecznej ciemności? Nie chciał znowu zanurzyć się w tym koszmarze, który zaczął się dla niego wczorajszej nocy. Nie wiedział, do której leżał pod drzwiami Snape'a, Ale kiedy wstał, bolał go każdy mięsień i trząsł się tak bardzo, jakby ktoś wylał na niego wiadro lodowatej wody. Dowlókł się do dormitorium, kiedy było już dawno po imprezie i po prostu rzucił się na łóżko. Nie pamiętał, kiedy zasnął.
- Harry... - Niepewny głos Rona wdarł się do jego słodkiej ciemności, rozpraszając ją. - Ja... Ginny nam wszystko opowiedziała. I nie przejmuj się. To nie twoja wina, że Gryffindor znowu spadł na ostatnie miejsce. Snape jest po prostu wielkim, tłustym dupkiem.
Harry otworzył oczy i podciągnął się do pozycji siedzącej, opierając się o wezgłowie łóżka. Nadal wszystko go bolało. A najbardziej coś w środku, bardzo, bardzo głęboko w nim.
Snape go nienawidził. Miał wrażenie, że cały jego świat się zawalił i już nigdy nie uda mu się go poskładać.
Kiedy się nie odezwał, Ron kontynuował:
- Nie martw się. Nie jest tak źle. Tylko Greg się trochę wkurzył i odgrażał się, że cię ukatrupi, ale wszystko mu wyjaśniliśmy.
- Mhm - mruknął Harry, wpatrując się w swoje dłonie.
- Daj spokój, stary. Po prostu mieliście pecha, że wpadliście akurat na tego bydlaka. Przecież McGonagall nie wyrzuci was ze szkoły za coś, czego nie zrobiliście. Po prostu wyjaśnijcie jej, co zaszło, i po sprawie. A te punkty się jakoś odrobi - uśmiechnął się pocieszająco.
Harry westchnął ciężko.
Tak, punkty...
Och, gdyby tylko wiedział...
*
McGonagall była naprawdę wściekła. Zanim zdążyli jej przerwać i wytłumaczyć, co zaszło, zrobiła im taki wykład, że Harry miał wrażenie, iż przez resztę dnia jej głos będzie mu dzwonił w uszach. Dowiedział się, miedzy innymi, że z samego rana odwiedził ją profesor Snape, twierdząc, jakoby nakrył dwoje jej uczniów "kopulujących bezwstydnie w schowku na miotły" i najadła się przez nich takiego wstydu, jakiego nie doświadczyła jeszcze nigdy w całej swojej praktyce pedagogicznej. Ginny znowu była bliska płaczu, kiedy musiała wyjaśniać, jak to się stało, że, jak to określił profesor Snape, "wyglądała jak tania wywłoka i ladacznica" i McGonagall odebrała jej dodatkowe punkty za nocne szwendanie się po zamku. Zresztą Harry też musiał wytłumaczyć, co robił w środku nocy w korytarzu na piątym piętrze. Zdołał wymyślić tylko tyle, że było mu duszno i poszedł się przejść. Wiedział, że McGonagall mu nie uwierzyła, ale nie obchodziło go to. Nic go nie obchodziło.
Oboje oczywiście dostali szlabany. Dwa weekendy z panem Filchem.
Po wizycie u McGonagall ruszyli do Wielkiej Sali na śniadanie, nie odzywając się do siebie ani słowem. Jednak w połowie drogi Harry usłyszał przytłumiony głos Ginny:
- Nienawidzę go.
Nie odwrócił głowy i nie spojrzał na nią. Patrzył pod nogi, na mijane kamienne płyty.
- Jak on mógł coś takiego powiedzieć? Przecież... Nie mieści mi się to po prostu w głowie. Jest nauczycielem, do wszystkich gargulców!
- Mhm - odmruknął Harry. Nie miał ochoty do tego wracać. W ogóle nie miał ochoty mieć w tej chwili nic wspólnego z Ginny. Wiedział, że to nie była jej wina, ale gdyby nie zachciało jej się... gdyby na nią nie wpadł... gdyby...
- Wczoraj byłam trochę... trochę pijana - powiedziała z zawstydzeniem. - Nie do końca pamiętam, co się tak naprawdę stało i co powiedział. Ale jeszcze nigdy w życiu nikt mnie tak...
- Cześć - burknął Harry, zostawiając ją samą w drzwiach do Wielkiej Sali i skręcając w bok, ku stołowi Gryffindoru i siedzącym przy nim Hermionie i Ronowi. Jeszcze zanim do nich dotarł, jego wzrok mimowolnie skierował się na stół nauczycielki. Był pewien, że nie zobaczy Snape'a na posiłku i nie pomylił się. Sądził, że to będzie dla niego ulgą, jednak poczuł coś wręcz przeciwnego...
Usiadł ciężko obok Rona i Hermiony i nie odezwał się do nich przez całe śniadanie. Przez jakiś czas grzebał jedynie widelcem w jajecznicy, mając wrażenie, że jeżeli tylko spróbuje cokolwiek zjeść, to bardzo szybko to zwróci. Wolał nie ryzykować. Jego żołądek był tak ściśnięty, jakby ktoś zawiązał mu go w supeł.
Nie miał pojęcia, co robić. Naprawdę. Nie miał absolutnie żadnego pomysłu. Znał Snape'a. Wiedział, że zawsze dotrzymywał obietnic. Skoro powiedział, że nie będzie słuchał żadnych wyjaśnień, to nie będzie.
Nie mógł do niego pójść, ponieważ wiedział, że go nie wpuści. Nie mógł mu nic wysłać, bo wyrzucił kamień.
Co miał, do cholery, zrobić?
Miał ochotę po prostu położyć się i zasnąć. Może, kiedy się obudzi, będzie już po wszystkim? Może znowu będzie pomiędzy nimi tak, jak dawniej? Może...
Jednak w całej tej rozpaczy odczuwał coś jeszcze. Coś, co go trawiło i pożerało od środka. Gniew.
Gniew, że Snape mu nie wierzy. Że myśli, że Harry mógłby go kiedykolwiek zdradzić! Że mu nie ufa i w ogóle nawet nie chce posłuchać, co ma do powiedzenia. Jak ma mu to wytłumaczyć, skoro ten uparty drań nie chce go widzieć?
Jak?
Snape nie pojawił się także na obiedzie. Po południu Harry próbował odrobić lekcje z Ronem i Hermioną, ale kompletnie nie potrafił się skupić. Szybkość i kierunek obrotu księżyców Neptuna oraz wielka bitwa pomiędzy goblinami a olbrzymami z 1734 roku wydawały mu się w tej chwili całkowicie bez znaczenia. Nie pomagały mu również pełne wyrzutów spojrzenia, rzucane przez współdomowników. Jakby to była jego wina, że wylądowali na ostatnim miejscu!
Zanim nadeszła kolacja, był już tak przybity, że nawet Ron i Hermiona zauważyli, że coś jest z nim nie tak. Tylko że wciąż myśleli, że ma wyrzuty sumienia z powodu utraty punktów i szlabanów, które go czekały.
Dlaczego on musiał im pomagać, kiedy mieli problemy, a jemu nikt nie mógł pomóc?
Nikt.
Nie chciał iść na kolację. Wiedział, że i tak nic nie przełknie, ale Hermiona uparła się, że musi pójść i jeżeli tym razem niczego nie zje, to własnoręcznie go do tego zmusi.
Kiedy wszedł do Wielkiej Sali, jego wzrok natychmiast przyciągnęła ciemna sylwetka po drugiej stronie ogromnego pomieszczenia. Serce Harry'ego podskoczyło aż do gardła. Próbował uchwycić wzrok Severusa, ale mężczyzna nie patrzył w jego stronę. Siedział obok McGonagall, pochylony nad swoim talerzem.
Nagle kolana Harry'ego okazały się zbyt słabe, aby go utrzymać, i zadrżały, kiedy zrobił krok w stronę stołu Gryffindoru. Jakimś cudem udało mu się dotrzeć do stołu i usiąść przy nim, nie przewracając się po drodze. Snape nie zaszczycił go nawet jednym spojrzeniem. Harry widział jedynie, jak od czasu do czasu pochyla się do McGonagall i szepcze jej coś z mściwym wyrazem twarzy, a nauczycielka za każdym razem wygląda na coraz bardziej oburzoną jego słowami. Po jakimś czasie spojrzała na niego z takim niedowierzaniem, jakby zamienił się nagle w coś obrzydliwego, po czym wstała i pospiesznie odeszła od stołu z zaczerwienionymi policzkami i wściekle zaciśniętymi ustami. W tym samym momencie Severus odwrócił głowę i spojrzał prosto na Harry'ego.
Twarz mężczyzny wykrzywiła się w wyrazie pogardy i Harry poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go w żołądek. Miał ochotę wstać i zacząć krzyczeć, żeby nie patrzył na niego w taki sposób! W każdy inny, ale nie w taki, ponieważ miał wrażenie, jakby znowu miał piętnaście lat i wszystko, co się pomiędzy nimi wydarzyło, było tylko snem.
Ale nie mógł tego zrobić. Nie tutaj. Mógł tylko obserwować, jak Severus wstaje od stołu, z wściekłością odsuwa krzesło i znika za drzwiami znajdującymi się za stołem nauczycielskim.
Podjął decyzję w ułamku sekundy. Zerwał się z miejsca i ignorując zaskoczone spojrzenia przyjaciół, wybiegł z Wielkiej Sali. Wyciągnął z kieszeni pelerynę niewidkę i zarzucił ją na siebie w biegu. Za pomocą różdżki wyciszył swoje kroki i nie zwracając już na nic uwagi, ruszył prosto do lochów.
Tym razem musi zdążyć!
Kiedy dobiegł do drzwi prowadzących do gabinetu Snape'a, okazały się zamknięte.
Cholera! Znowu mu się nie...
Zamarł, nasłuchując. Usłyszał wyraźne kroki. Zbliżały się. Przycisnął się do ściany i czekał.
Tak, to był Severus! Harry poczuł, jak jego serce przyspiesza do galopu, kiedy obserwował, jak mężczyzna mija zakręt i zbliża się do niego w długich, zdecydowanych krokach. Próbował wyczytać coś z jego twarzy, ale w korytarzu było zbyt ciemno, a Snape miał pochyloną głowę. Widział jedynie jego cienkie, zaciśnięte mocno usta.
Mężczyzna wyminął go, wymruczał pod nosem hasło i kiedy otworzył drzwi, Harry wiedział, że ma tylko ułamek sekundy. Odepchnął się od ściany i w ostatniej chwili prześliznął się przez zamykające się drzwi. Pomimo że miał na sobie zaklęcie tłumiące kroki, wolał nie ryzykować i ruszył za Snape'em na palcach, zasłaniając sobie usta dłonią. Cudem udało mu się wśliznąć za mężczyzną do jego komnat, dokładnie w momencie, w którym Severus zamykał drzwi. Był tak blisko, że niemal się o niego otarł, a nie chciał na razie zdradzać swojej obecności. Nie wiedział jeszcze, co w ogóle chce powiedzieć i jak zmusić Snape'a do wysłuchania go. Ale w chwili, kiedy Severus odsunął się od drzwi i miał zamiar się odwrócić, zatrzymał się nagle w pół kroku, a jego nozdrza zadrgały.
Harry zamarł.
Do licha! Musiał wyczuć jego zapach!
Zobaczył, jak oczy mężczyzny rozszerzają się na moment, a po chwili napłynęła do nich fala tak wielkiej wściekłości, iż Harry ponownie zapomniał, jak się oddycha.
- Wynoś się! - wysyczał Snape, wbijając kąsający wzrok prosto w miejsce, w którym stał Harry.
Chłopak sięgnął do peleryny - do diabła, dlaczego ręce tak bardzo mu się trzęsły? - i powoli zsunął ją z siebie, zagryzając wargę i z obawą spoglądając prosto w dwa czarne, płonące jeziora.
- Severusie, proszę, wysłuchaj mn...
- Silencio! - Snape błyskawicznie sięgnął po różdżkę i wycelował nią w Harry'ego, który odkrył nagle, że z jego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.
"Do diabła, chcę z tobą porozmawiać!" - krzyknął bezgłośnie, chociaż wiedział, że Snape i tak go nie usłyszy. Mężczyzna odwrócił się do niego plecami i podszedł do jednego z regałów, gdzie zatrzymał się z założonymi rękami.
- Masz stąd natychmiast wyjść. To moje ostatnie ostrzeżenie. Potem nie ręczę za siebie - wycedził stalowym głosem.
Harry zagryzł wargę, czując narastającą w sercu panikę. Dlaczego ten dupek musi być taki uparty?
Tak, czuł się ostrzeżony. Wiedział, że Snape jest w takim stanie, że jeżeli go nie posłucha, to może się to skończyć bardzo nieprzyjemnie, ale do jasnej cholery, musiał coś zrobić! Poprzysiągł sobie, że nie wyjdzie stąd, dopóki Snape nie pozna prawdy! Ponieważ on nic, absolutnie nic nie zrobił!
Zacisnął pięści, ruszył w kierunku wysokiej, dumnej sylwetki i zatrzymał się tuż obok. Spojrzał na twarz Severusa, która wyglądała w tej chwili niczym wykuta z kamienia. Ale Harry wiedział, że pod tą bladą skórą i zaciśniętymi ustami trwa prawdziwa burza. Widział żyłę pulsującą wściekle na skroni Severusa i ogień płonący we wbitych w ścianę oczach.
"Musisz mnie wysłuchać! Proszę! Spójrz na mnie!" - krzyczał bezgłośnie, wymachując rękami i próbując zwrócić na siebie uwagę mężczyzny. Ale ten ani drgnął. Jakby Harry'ego wcale tutaj nie było.
"Nic nie zrobiłem. Musisz mnie wysłuchać. Musisz!" - Czuł wzbierającą frustrację, która sięgała coraz wyżej i wyżej, aż w końcu zacisnęła mu się na gardle. "TY KRETYNIE!" - ryknął w końcu zrozpaczony, ale nie dało to absolutnie żadnego skutku. Snape w ogóle go nie słyszał. W ogóle go nie widział.
Harry dotknął jego ramienia, próbując nim potrząsnąć i zmusić do zwrócenia na siebie uwagi, ale w tym samym momencie Severus wyrwał wściekle ramię.
- Nie dotykaj mnie - wysyczał, choć nadal nie patrzył na Harry'ego. - Brzydzę się tobą.
To zabolało. Harry cofnął się, opuszczając dłoń i czując coś ciężkiego i twardego opadającego na samo dno żołądka. Serce tłukło mu się w piersi tak mocno, jakby chciało połamać mu żebra.
Zrobił kilka kroków w tył, spoglądając z żalem na otulone czernią ramiona. Miękko spływająca z nich peleryna sięgała aż do ziemi.
I co teraz? Co miał zrobić? Co zrobić, aby Severus zechciał chociaż na niego spojrzeć?
To był impuls. Impuls, który kazał mu podejść do mężczyzny od tyłu, owinąć wokół niego ramiona i przytulić się do jego pleców. Dokładnie tak samo, jak Severus kiedyś objął jego.
Nie obchodziło go, ile ryzykował. Może chociaż w ten sposób przekaże mu, że...
Odpowiedź była błyskawiczna. Snape szarpnął się gwałtownie, odwrócił do Harry'ego, złapał go za ramię i rzucił na regał, przyciskając go do niego z taką siłą, iż Harry miał wrażenie, że połamie mu żebra.
- Ostrzegałem cię - wysyczał mu prosto w twarz. - Accio Eliksir Wyostrzenia!
Do wyciągniętej ręki Snape'a wpadła średniej wielkości, czarna butelka. Ale Harry nie zwrócił na nią uwagi, wpatrując się rozszerzonymi z przerażenia oczami w wykrzywioną pogardą i autentycznym obrzydzeniem twarz Severusa. Zaczął kręcić głową, próbując uwolnić się z uścisku, ale mężczyzna był zbyt silny. Podniósł butelkę na wysokość swoich oczu i wycedził głosem tak zimnym i odległym, jakby nie należał do niego. Ponieważ nawet on nie mógłby mieć tak pozbawionego jakichkolwiek uczuć głosu.
- Wiesz, co to jest? - zapytał i, nie czekając na odpowiedź wijącego się w jego uścisku Harry'ego, kontynuował. - Coś, co Czarny Pan uwielbia dawać swoim ofiarom, zanim zacznie je torturować. Potrafi sprawić, że najlżejszy dotyk będzie niczym przypalenie rozżarzonym pogrzebaczem, a najcichszy szept będzie rozrywał ci bębenki w uszach. - Oczy Harry'ego rozszerzyły się i wbiły w niepozornie wyglądającą butelkę w dłoni Snape'a. - O tak, będziesz cierpiał... Zaznasz takiego bólu, jakiego nie zaznałeś jeszcze nigdy w życiu. Zobaczysz, jak to jest... poznasz to dogłębnie, odczujesz to na własnej skórze, przekonasz się, jak bardzo... - Urwał nagle i zacisnął wargi. Coś w czarnych oczach na chwilę rozpaliło się i przygasło. Głos zadrżał. Lecz kiedy mężczyzna odezwał się ponownie, nie było już w nim nic, poza lodem. - A jego największą zaletą jest to, że nie pozostawia żadnych śladów. Poza skutkami ubocznymi. Przekonasz się o tym w nocy. - Na cienkich wargach pojawiło się coś groźnego, co jednak wcale nie przypominało uśmiechu. Raczej jakiś przerażający grymas.
Harry patrzył ze zgrozą, jak Severus odkorkowuje kciukiem butelkę.
Och nie! Chyba nie ma zamiaru naprawdę...
Zaczął się wić i szarpać, kręcąc szaleńczo głową i bezgłośnie krzycząc: "Nie! Nie! Nie! Nie rób tego! Proszę!", ale Snape go nie słyszał. W jego oczach nie było teraz nic, poza czymś bardzo, bardzo odległym. Błyskawicznym ruchem zabrał ramię z jego piersi i złapał go za szczękę, boleśnie wbijając palce w jego policzki i zmuszając Harry'ego do rozwarcia ust. Zanim Harry zdążył złapać go za rękę i powstrzymać, już krztusił się kwaśnym roztworem, który Snape wlewał mu do ust. Próbował go wypluć, ale kilka porcji spłynęło mu do przełyku. W końcu mężczyzna puścił go i odsunął się, a Harry upadł na podłogę, krztusząc się i plując.
Poczuł coś dziwnego. Zaczęło się w żołądku. Nieznośne pieczenie, jakby nagle soki trawienne przeniknęły przez ścianki żołądka i dostały się do krwi. Podniósł się chwiejnie i oparł plecami o regał, zaciskając powieki i próbując nie przewrócić się ponownie, kiedy zaczęło kręcić mu się w głowie. Ubranie drapało i ocierało się o skórę przy każdym ruchu. Spróbował otworzyć oczy, ale światło oślepiało go i szczypało w oczy. Osłonił się ramieniem i syknął z bólu, kiedy koszula przesunęła się po jego ciele, a on miał wrażenie, jakby ktoś próbował zedrzeć mu skórę papierem ściernym.
I wtedy usłyszał huk tak wielki, iż miał wrażenie, że eksploduje mu głowa. Zasłonił uszy rękami, jęcząc bezgłośnie. Udało mu się na sekundę otworzyć oczy i zobaczyć, że Snape pstryka mu palcami przed twarzą. Kolejny huk był tak wielki, jakby młot pneumatyczny wwiercał mu się w mózg. Wiedział, że ma otwarte usta. Wiedział, że krzyczy.
Stopy. Bolały. Uciskały. Jakby zamieniły się w dwa wielkie, pulsujące pęcherze, ale przecież nie mógł się przewrócić, bo wtedy dotykałby podłogi jeszcze większą częścią ciała i bolałoby jeszcze bardziej. Kanty regałów wbijały mu się w plecy niczym ostrza i każdy najmniejszy ruch sprawiał mu jeszcze większe cierpienie, jakby zagłębiały się coraz głębiej i głębiej w jego ciało. Jakby ktoś kroił go żywcem na kawałki.
"Nie! Nie! Nie! Niech to się skończy! Proszę! Boli... Proszę! Severusie!" - próbował krzyczeć, chociaż wiedział, że to bezcelowe. Że mężczyzna go nie słyszy. A nawet, gdyby słyszał...
Oderwał się od regału, próbując uciec od tego bólu. Odwrócił się, ściskając głowę rękami, ale wtedy poczuł na plecach chlaśnięcie. Wrzasnął i poderwał się, uderzając przez przypadek czołem o regał. Był pewien, że jego czaszka zaraz eksploduje. Ponowne chlaśnięcie sprawiło, że całe jego ciało napięło się do granic wytrzymałości. Nie wiedział, co to takiego, ale miał wrażenie, jakby ktoś go biczował. Po trzecim uderzeniu, jego ciało wygięło się w łuk, a on odwrócił się gwałtownie, ponownie przyciskając się plecami do regału i na sekundę uchylając powieki. Tylko na tyle, aby zobaczyć, jak Severus cofa dłoń z różdżką. Nic więcej nie zdołał zobaczyć poprzez załzawione oczy.
"Proszę..." - w...
puma01020