Zającówna Janina - Czerwony płomień Sebastiana.pdf

(1123 KB) Pobierz
Zającówna Janina
Czerwony płomień Sebastiana
Siedemnastoletnia Iga na prywatce u koleżanki poznaje
Stefana. Zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia – i to z
wzajemnością. Choć rodzice obojga są przeciwni temu
związkowi, młodzi nie widzą poza sobą świata. W sielankową
rzeczywistość (przerywaną najpierw drobnymi szykanami ze
strony matek, potem – kwestią niechcianej i potajemnie
usuniętej ciąży) brutalnie wdziera się polityka. Stefan jest
Żydem, w 1968 roku zostaje zmuszony do opuszczenia Polski.
Życie Igi staje się pasmem tęsknot – nie wiadomo, czy
zakochanym uda się znowu połączyć.
Zastanawiam się często, jak żyłam, kiedy go nie znałam, jak mogłam
spać, poruszać się, chodzić po ulicach, wyjeżdżać nad morze. Nie. To
niemożliwe. Kiedy go nie znałam, mnie również nie było. Żyłam w
uśpieniu, czekając na ten dzień. Wtedy dnie były znaczone tajemniczym
tchnieniem: karnawał, zima, zaspy na ulicach i niebo białe od chmur
śniegowych.
Teraz patrzę na niebo wypalone słońcem, które również jest białe, lecz ta
biel parzy ogniem, zmusza do ucieczki w cień lub do szukania osłony w
ciemnych szkłach okularów, gdyż rani wzrok.
Tęsknię za śniegiem i za tym drzewkiem, co wpatrywało się w nasze
okna. Ku niemu codziennie rano, budząc się, kierowałam pierwsze
spojrzenie. Lubiłam ten dom z niewielkim ogródkiem, krzyki sąsiadów
nigdy mi nie przeszkadzały, hałas w naszym domu też nie był dokucz-
liwy... miałam siedemnaście lat, była zima i ja kochałam wiersze
Gałczyńskiego, sama też chciałam pisać, myślałam, że się do tego
dorasta, wystarczy dużo czytać, wsłuchiwać się w szelest wiatru, w mowę
gwiazd i rozbłyski światła, gromadzić to w sobie niczym jakieś skarby, a
poezja sama wybuchnie, objawi się światu w swej najczystszej postaci.
Żyłam w świecie swoich fantazji, wiem, ale tamta odległa zima była
kwintesencją poezji i był karnawał... Cieszyliśmy się, że jest. W naszym
domu też było wesoło. Mama szykowała się na bal u ojca w pracy,
włożyła suknię z brokatu, mieniącą się złocistymi gwiazdkami, którą
uszyłyśmy dla niej z babcią, złote pantofle, umalowała oczy...
Ja się nigdzie nie wybierałam, miałam zamiar czytać i patrzeć, jak
zmrok otula okna i jak świerk srebrzy się w blasku latarni. Nic z tego nie
wyszło, ponieważ zadzwoniła Iwona, kazała mi się ładnie ubrać i przyjść.
Nalegała jak nigdy. Nie potrafiłam się wykręcić. Pojechałam.
U niej było jak zwykle więcej dziewcząt niż chłopców, więc wszyscy
razem kręciliśmy się w takt głośnej muzyki. I wtedy wszedł Stefan w
towarzystwie rozszczebiotanej cukierkowatej blondynki. Oboje przy-
prószeni śniegiem, zaczerwienieni od mrozu. On zrzucił krótki kożuszek
w przedpokoju i usiłował przygładzić włosy, ale one nie chciały go
słuchać, więc wszedł z nastroszoną czupryną chuchając na zziębnięte
dłonie. Zatrzymał się jeszcze w drzwiach do pokoju i nadal próbował
ucywilizować swoje niesforne włosy.
Nagle zobaczył mnie i zapomniał o nich, uśmiechnął się i od tego
momentu patrzył już tylko na mnie. Pod wpływem jego uśmiechu i
spojrzenia tak odmiennego od wszystkich bez chwili wahania podeszłam
do niego i zapytałam, czy chce zatańczyć. Skinął głową i z jeszcze
szerszym uśmiechem wziął mnie za rękę tak jakoś miękko, serdecznie, że
zapragnęłam zostać z nim dłużej. Chciałam tylko, żeby mnie trzymał za
rękę, nic więcej. Iwona włączyła tango. Tańczyliśmy w jakimś dziwnym
zauroczeniu, nie dostrzegając nikogo. Tuliłam się do niego, on do mnie.
W pewnej chwili dotknął mojego rozpalonego czoła.
— Co my tu robimy? Chodźmy stąd! — powiedział. — Chodźmy stąd!
Szybko! Szybko!
Wyszłam za nim. Iwona wołała: Iga! Zaczekaj! Dokąd ty się śpieszysz?
Stefan, dokąd ty idziesz? Dopiero przyszedłeś. Co wy wyprawiacie?
Psujecie mi zabawę. Jest bigos, barszczyk...
— Bigos! Barszczyk! O Boże! Zwariowała chyba — śmiał się Stefan
trzymając mnie za rękę.
Wyszliśmy na podwórze, wokoło cicho, ciemno. Księżyc wysunął się zza
komina i groźnie na nas spoglądał. Zrobiło mi się głupio, że tak
wyszliśmy. Powiedziałam:
— Może wrócimy?
— Chcesz? — przestraszył się, w jego głosie wyczułam rozpacz. —
Chcesz wrócić?
— Nie, ale to nie wypada, głupio.
— Daj spokój! Co ty opowiadasz, głupio. Spójrz na ten księżyc,
jak on na nas patrzy. Daj mi rękę! Och! Jaka ciepła, jaka miękka jest twoja
ręka. Masz długie palce, grasz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Nie wiem. Nigdy o tym nie myślałam. Nie mamy pianina. Zresztą kto
mnie miał uczyć?
— Ja cię nauczę. Będziesz grać najpiękniejsze walce Chopina, mazurki,
polonezy...
— Jestem za stara, grać trzeba się uczyć wcześnie. Może jednak
wrócimy? Przyszedłeś z dziewczyną, tak mi się zdawało. Jak ona ma na
imię?
— Grażyna. Mieszka tu niedaleko, może wrócić sama do domu, nic jej się
nie stanie.
— Ale to twoja dziewczyna! Pisałeś do niej wiersze!
— Skąd wiesz? Nie pisałem wierszy do żadnej dziewczyny, ale dla ciebie
napiszę, z tobą będę mówił wierszami, skomponuję nawet symfonię.
— Przepraszam, ty komponujesz?
— Nie, ale czy to trudno napisać symfonię, patrząc w twoje oczy?
— Och! Wróćmy tam lepiej. Iwona miała rację zatrzymując nas, głupio
wyszło.
Iwona mieszkała na małej uliczce w pobliżu placu Zbawiciela, stamtąd
szliśmy w dół Belwederską na Sadybę, był śnieg, ślisko, rzadkie
samochody ledwie mąciły ciszę, gdzieś w dole przy Belwederskiej
natknęliśmy się na sprzedawcę baloników, kupiliśmy jeden, on wyrywał
się, opadał na ziemię jak ptak, biegaliśmy za nim łapiąc go i parę razy
nasze ręce zetknęły się ze sobą. Stefan śmiał się tak jakoś zaraźliwie,
ochoczo i śmiejąc się powiedział:
— Jakie ty masz piękne oczy, jak muszle, błękitne muszle, widziałaś
kiedyś błękitne muszle?
— Nie ma takich. Muszle są białe, szare, brązowe, niebieskich nie ma.
— Na pewno są, masz oczy jak muszle, włosy jak deszcz... Wiedziałam,
że to nieprawda. Moje włosy były nijakie, nie miały
określonego koloru, ni to blond ni szare, jakieś płowe, słowiańskie kłaki
poskręcane w loczki, trudne do rozczesania, a on powiedział, że są jak
deszcz, tworzą aureolę, koronę czy też srebrny kask. Takie jakieś rzeczy
mówił, wstyd je nawet powtarzać, może przy księżycu na tle śniegu tak
wyglądały, nie wiem, wszystko było nierzeczywiste, ten balonik, i ta cała
noc biała z dziwnymi latarniami, i jacyś pijacy. W Warszawie oni
stanowią nieodłączną część krajobrazu. Nie zaczepiali nas, jeden poprosił
Stefana o papierosa, a kiedy go dostał powiedział:
— Jest pan moim dozgonnym przyjacielem, gdyby pan czegoś
potrzebował, spotka mnie pan tu i tu...
W domu babcia siedziała przed szemrzącym telewizorem.
— Co to, nie udała się zabawa — spytała zdziwiona — już jesteś?
— Babciu, przyszłam z kolegą, pozwól, że ci go przedstawię.
— A chodźcie, chodźcie—ucieszyła się. — Sobota, karnawał, wszyscy
się bawią, a w telewizji jakaś bzdurna komedia nie do wytrzymania. Więc
co, napijemy się herbaty? Upiekłam ciasteczka, twoje ulubione.
Stefan też je polubił, chociaż były twarde jak kamienie. Babcia objęła go
szczerym uśmiechem i zapytała:
— Coś ty taki chudy? On się speszył.
— Chudy, nie wiem, rosnę jeszcze.
— Ile ty masz lat?
— Dziewiętnaście.
— I jeszcze rośniesz?
— Chyba tak.
— Jesteś wystarczająco duży, masz dwa metry?
— Nie, metr osiemdziesiąt pięć.
— Iga ma metr sześćdziesiąt pięć, jesteś od niej o dwadzieścia
centymetrów dłuższy.
Przyniosła herbatę, ciasteczka, a my chcieliśmy już wtedy być razem,
patrzeć na siebie i milczeć.
Babcia zgarnęła nas do swego pokoju i nie było mowy, żeby się od niej
wyrwać, pokazywała zdjęcia, jak byłam dzieckiem i jak szłam na bal,
przebrana za biedronkę. Stefan oglądał je zachłannie z wypiekami na
twarzy i porównywał mnie z tamtą smarkulą siedzącą w łóżku czy nagą z
podniesionymi tłustymi nogami, rozwrzeszczaną.
— Nie, to nie jesteś ty, ty nie mogłaś krzyczeć, nie mogłaś.
— Krzyczała, krzyczała — potwierdziła babcia. — Była wrzask-
Zgłoś jeśli naruszono regulamin