In hoc signo vinces
(pol. Pod tym znakiem zwyciężysz)
Konieczność aktywizmu w obliczu Przełomu
Nasza Ojczyzna na początku XXI wieku znajduje się w sytuacji pozornie bez-piecznej. Takie przekonanie dominuje w społeczeństwie polskim. Jednak, warto nad-mienić, iż wiedza społeczeństwa jest pochodną informacji medialnych oraz indywi-dualnych przypuszczeń, którym daleko do rzeczywistości. Między innymi dlatego społeczeństwo nie może być odpowiedzialne za losy swojego kraju.
Zadanie to spoczywa na barkach tworzącej się elity konserwatywno-narodo-wej, do której będzie należeć przyszłość naszego państwa. Ludzie do niej należący muszą reprezentować sobą najwyższą wartość moralną oraz pełne oddanie dla spra-wy dobra wspólnego naszego kraju. Grupy wchodzące do elity narodowej winny wy-pracować program sprawowania władzy po zbliżającym się bezszelestnie przełomie. Przełom ten rozumiemy jako gwałtowne tąpnięcie obowiązującego w Europie status quo. Stoimy na stanowisku, iż historia jest najlepszą nauczycielką życia. Uczy nas ona, że okresy względnego spokoju w naszej części globu nie trwają zbyt długo. Wnioskujemy z tego, że tylko przygotowani merytorycznie możemy działać dla pomyślności Polski w Nowej Europie. Stąd też postulujemy bezustanne samodosko-nalenie się jednostek chcących działać w służbie Ojczyzny, która potrzebuje nas w stopniu identycznym jak poprzednich pokoleń naszych rodaków. Nie możemy przejść obok tych wyzwań obojętnie ani ich realizacji odłożyć w czasie, przez co ich spełnienie stanie pod wielkim znakiem zapytania.
Nieuchronność przełomu upatrujemy w kryzysie gospodarczym, który delika-tnie wkroczył na nasz kontynent. Jeśli jego dawka zostanie zwiększona społecze-ństwa europejskie mogą się zbuntować widząc bankrutujące administracje zamo-żnych dotychczas państw. Kryzys ekonomiczny może doprowadzić do przewarto-ściowania dotychczasowego modelu gospodarczego, a co za tym idzie, zmiany rzą-dów czy nawet ustrojów w poszczególnych krajach. Patrząc z perspektywy polskiej widzimy w niedalekiej przyszłości odwrót od frontalnego uwielbienia dla Unii Euro-pejskiej, która jako organizm ponadpaństwowy nie wytwarza własnego dochodu tylko czerpie z narodowych społeczeństw Europy.
Jako polityczni realiści patrzymy na otaczającą nas rzeczywistość trzeźwo – szczególnie jeśli idzie o politykę międzynarodową. Wobec tego poszukiwanie głów-nego sojusznika za Atlantykiem uważamy za mrzonki i działalność szkodliwą dla in-teresu polskiego. Stoimy na stanowisku, że przyjaciół warto mieć blisko siebie, a wrogów trzymać możliwie jak najdalej. Realną alternatywą jest sojusz z Niemcami lub Rosją. Wyboru tego musimy dokonać biorąc pod uwagę uwarunkowania i sytua-cję w obu wymienionych krajach. Od decyzji tej wymagane jest kompletne oderwa-nie od uprzedzeń historycznych i niezdrowego dla polskiej racji stanu wymachiwania gołą ręką. Jest to warunek sine qua non trafności takiego rozwiązania w każdym cza-sie historycznym. Uważamy, że w przyszłości nasz kraj powinien zawiązać sojusz z Rosją – tworząc silny blok w środkowo-wschodniej Europie przeciwstawny pozosta-łościom powstałym po demontażu utopijnej Wspólnoty Europejskiej, która zostanie złożona do grobu poprzez próby formalnego urzeczywistnienia superpaństwa o tota-litarnych zapędach, upadek unijnej waluty, a w konsekwencji brak pieniędzy oraz bombę demograficzną. Niemcy jako „główny rozgrywający” w tym zespole o skłon-nościach antykatolickich nie mogą być brane pod uwagę przy naszym postanowieniu, gdyż są relewantnym winowajcą takiego stanu rzeczy. Skażenie wirusem demokracji bez wartości oraz powszechnej inwigilacji unijnych obywateli jeszcze długo pozosta-nie nieuleczalne. Rosja natomiast po wyjściu z komunistycznego obłędu i nieskute-cznych prób demokratyzacyjnych podąża ścieżką państwa autorytatywnego; suwe-rennego w swoich decyzjach i niezależnego od międzynarodowych grup nacisku. Ce-nimy sobie także powolne, ale konsekwentne przywracanie należnego miejsca religii w Federacji Rosyjskiej oraz piętnowanie publicznej promocji zjawisk sprzecznych z naturą. Jako chłodno analizujący zastaną rzeczywistość zauważamy, rzecz jasna, wa-dy i choroby jakie toczą naszego wschodniego sąsiada. Sądzimy przeto, że są one skali mikroskopijnej w porównaniu z zepsuciem i zgnilizną zachodniej Europy, która uległa pokusie wielokulturowości i „tolerancji”, które są najprostszym sposobem na jej upadek.
Nie jesteśmy wszakże w kwestii rozwiązań geopolitycznych dogmatykami. Z równą mocą jesteśmy skłonni uaktywnić przymierze z Niemcami na gruncie Zjedno-czonej Europy. Jednak w chwili obecnej nie widać kontrrewolucyjnych prognostyk-ów na starym kontynencie i w najbliższym czasie ciężko jest sobie wyobrazić odwrót europejskich establishmentów od demoliberalnego systemu władzy. Jedynym wymo-giem obrania właściwej drogi jest jej zgodność z naszym interesem państwowym. Zrobimy wszystko, czego będzie od nas wymagać polska racja stanu, aby urzeczy-wistnić nasz cel. Celem tym jest powstanie Wielkiej, Katolickiej i Wolnej Polski. Na-szym orężem będzie nasza Idea. Idea ta najpełniej odzwierciedlić się powinna w czy-nie. Toteż koniecznym zjawiskiem jest aktywizacja młodzieży szkolnej i akademi-ckiej w kierunku odpowiedzialności za swój kraj. Ruch ten ma za zadanie wyrwanie najmłodszych z wiru konformizmu jaki ogarnia młode pokolenia w całej Europie i skierowanie ich na tory konserwatyzmu oraz tradycji, dzięki którym będą mogli od-naleźć swoje powołanie i miejsce w świecie. Bezsens i nuda to główni towarzysze młodych ludzi w naszym kraju. Należy zrobić wszystko, aby wyrwać ich ze szponów destrukcji, ocalić przed nicością i wykorzystać ich potencjał dla dobra nas wszy-stkich. Wszyscy młodzi ludzie powinni uwolnić się od prostego i łatwego stylu życia i próbować wspinać się po drabinie moralności, a także podjąć dzieło aktywności w życiu publicznym. Młodzież musi sobie uzmysłowić, że to od niej będzie zależał kształt przyszłości Polski. Adekwatnym jest aktywność na polu społeczno-polity-cznym na miarę zdolności i zainteresowań. Jeśli ktoś nie czuje w sobie takiego powo-łania, powinien choćby spróbować, a po ewentualnym niepowodzeniu przenieść ob-szar swej działalności na inne pola pożytku publicznego. Pierwszym krokiem jest in-dywidualny trening każdego patrioty tj. lektura prasy i książek konserwatywnych. Po zapoznaniu się z odpowiednią ilością stron proponujemy dyskutować z rówieśnikami i szerzyć wśród nich światopogląd konserwatywny wyśmiewając prostacki, liberalny ergo nierzeczywisty ogląd świata. Następnym proponowanym etapem (zaznaczamy jednakże że w każdym miejscu realizujemy – i to z większym naciskiem – wska-zówki z poprzednich punktów) jest wstąpienie do którejś, z szerokiego wachlarza, prawych organizacji ideowych1 – uściślając tym samym główny akcent w swoich poglądach. Po upływie pewnego czasu osoba dość gruntownie przygotowana teore-tycznie może pokusić się o publikowanie swoich myśli w tekstach społecznych, poli-tycznych czy kulturalnych. Przed każdym z tych punktów można aktywizować się w konkretnym ruchu prawicowym, który nastawiony jest na obronę Religii i Tradycji przed barbarzyńcami negującymi naturalny porządek świata. Najmilej widziane jest skuteczne połączenie wszystkich opisanych elementów. Osoba taka może stać się po-przez to pełnowartościowym patriotą i wojownikiem dobrej sprawy. Nie oddawajmy pola lewackim hochsztaplerom, którzy są przeciwnikami wszelkiego Ładu, Porządku i Autorytetu. Bądźmy niestrudzonymi strażnikami Wiary, Hierarchii i Sprawiedliwo-ści. Wszystko zależy od nas – musimy sobie tylko ten fakt uświadomić i walczyć aż do zwycięstwa. Mając świadomość, że większość społeczeństwa jest apolityczna, co zwiększa szanse zdeterminowanej i dobrze zorganizowanej grupy, jesteśmy zmuszeni zewrzeć szeregi i zacząć zdecydowanie kontratakować „nowoczesność”, która w po-goni za pieniądzem morduje bezbronnych a gloryfikuje zbrodniarzy. Nowy, wspania-ły świat programowany przez lewych inżynierów dusz już dawno wydał wojnę Tra-dycji i Rodzinie. Promocja zboczeń seksualnych i dyskryminacja przywiązania do odwiecznych prawd i wartości doskonale symbolizuje położenie w jakim się znajdu-jemy. Jest to więc najgorszy z możliwych czas na uskutecznianie apatii, bezczynności czy obojętności na sprawy cywilizacyjne. Takie zachowanie dzisiaj to wyraz głupoty i braku odpowiedzialności za wyższe sprawy. Każdy, kto uważa się za człowieka roz-sądku powinien dzisiaj swoją aktywnością udowodnić, że zależy mu na Polsce, której potrzeba pozytywnego Przełomu jak nigdy dotąd. Każdy kto uważa się za reprezen-tanta Prawicy powinien swoje poglądy realizować bardziej praktycznie niźli tylko w luźnych, niezobowiązujących rozmowach. Wszyscy, którzy nie cierpią owoców Re-wolucji tj. aborcji, socjalizmu, „równości”, „antyrasizmu”, feminizmu, pacyfizmu etc. powinni stanąć dzisiaj w szranki z jej zwolennikami, których celem jest zagłada świata poprzez rozkład moralny i intelektualny. Pamiętać jednak należy, że za nasze poglądy nagród nie otrzymamy. Możemy natomiast zyskać wieczną chwałę wówczas gdy nasze idee staną się faktem i przywrócimy pojęciom ich pierwotne, prawdziwe znaczenie. Tylko jednostki o silnym charakterze są zdolne podjąć rękawicę rzuconą przez nowożytne ideologie wrogie człowiekowi. Ufam, że ujawnią się one już nieba-wem w liczbie godnej Polski i dołączą do naszego reakcyjnego frontu. Czekamy na Kontrrewolucję!
Karol Jasiński
Omnipotencja państwa
W Europie ponowożytnej instytucja państwa przestała pełnić rolę odrębnego i niezależnego bytu w polityce wewnętrznej i międzynarodowej. Uwarunkowane było to w bardzo dużym stopniu panującymi trendami w myśli filozoficznej i politycznej, lecz także i co może najważniejsze polityce mocarstwowej ZSRR i USA. Świat stał się siecią wzajemnie wiążących umów międzynarodowych daleko wykraczających ponad sojusze militarne, które były podstawą funkcjonowania polityki międzynaro-dowej aż do końca I Wojny Światowej. W świecie powojennym przynależność do frakcji determinowała przede wszystkim ideologia władzy panująca w danym pań-stwie. Po upadku komunizmu „liberalna unifikacja”, której orężem są niekwestiono-walne prawa człowieka i demokracja spowodowała kształtowanie się nowego esta-blishmentu w sferach władzy. Establishment ten tak jak i jego ideologia są najczę-ściej same poza systemem, który sam ów establishment serwuje „społeczeństwu oby-watelskiemu” – najjaskrawszym przykładem jest UE i jej elity, które dążą do ustano-wienia „prawowitej władzy” całkowicie poza zasadami demokracji, a nawet i praw człowieka jeżeli przyjrzeć się dokładniej poczynaniom z „powtarzanymi głosowa-niami” w sprawie traktatu Lizbońskiego. Coraz ważniejszą cechą modelu państwa lansowanego w „bloku państw demokratycznych” jest odpowiednio wprowadzona i wyrażona statolatria, która niewiele ma wspólnego z wartościami właściwymi pań-stwu jako bytowi konkretnemu – mam na myśli tutaj ideario Państwa Polskiego, Rze-szy Niemieckiej ibidem. Dzisiejsze „państwo demokratyczne” umiejętnie wyzwala się z oków historii i przedstawia przyszłość jako „niebieską drogę otoczoną wieńcem gwiazd”. Ważne są jedynie „wartości europejskie” w odpowiedni sposób implemen-towane poprzez takie akcje jak marsze Schumanna, olimpiady wiedzy o UE czy tabli-ce przy praktyczne każdej nowej inwestycji publicznej z czyich pieniędzy dana inwe-stycja została ufundowana. Jest to niewątpliwie masowe oddziaływanie na ludność, które ma się ukształtować w odpowiednim duchu. Jednak by ów duch mógł panować niepodzielnie potrzebny jest szereg instytucji sektora zarówno publicznego jak i „pry-watnego”.
Wraz z olbrzymim postępem technicznym, jaki dokonał się w ostatnich latach, bardzo łatwo i bezboleśnie można wprowadzić metody kontroli w każdej dziedzinie życia, które staną się niezauważalne dla przeciętnego obywatela – od monitoringu na-szych kont bankowych po satelitarne namierzanie naszych telefonów komórkowych. Rozrost metod kontroli niesie za sobą coraz większe uzależnienie od ośrodka decy-zyjnego. I nie jest to już tylko uzależnienie ekonomiczne, lecz co gorsza intelektua-lno-moralne. W świecie, w którym upadły autorytety, religia stała się sprawą prywat-ną, implementacja moralności „opisanej ustawą” jest nie tylko potrzebą, ale warun-kiem istnienia państwa w reżimie demoliberalnym. By móc taką moralność wdrażać potrzebny jest olbrzymi aparat biurokratyczno-medialny mogący sobie z tym pora-dzić. Ten aparat obserwujemy w postaci koncernów medialnych i państwowych środ-ków przekazu. Takich możliwości technicznych nie miały żadne rządy wcześniej, to-też establishment może czuć się niezagrożony poglądami odbiegającymi od głównej linii, a nawet działalność podrzędnych ośrodków opiniotwórczych niezgodnych z linią władzy, dodaje samej władzy wiarygodności. Należy także nadmienić, że fun-kcjonowanie dzisiejszych społeczeństw uzależnione jest od bardzo wysoko rozwi-niętej techniki, która przeciętnemu człowiekowi znana jest tylko czysto powierzcho-wnie. Część z najnowszych wynalazków ze względu na swoją siłę, znaczenie, a także możliwość użycia ich w niewłaściwy sposób, znajduje się pod silną kontrolą pań-stwową w kwestii wydawania pozwoleń na ich zastosowanie. Powoduje to powsta-wanie koniecznych, lecz bardzo suwerennych „organizmów”, które są niejako te-chnokratyczne. Uzasadnieniem dla ich istnienia jest najczęściej dbałość o bezpiecze-ństwo wewnętrzne klienta, kierowcy, internauty, pracodawcy ibidem. By móc takim tworom dać narzędzia, dzięki którym mogłyby rozpocząć szeroką działalność, naj-częściej tworzone są one pod egidą państwa i są zasilane z jego budżetu, co ma stwa-rzać wrażenie kontroli nad poczynaniami tej instytucji. Z czasem potrzebne jest rów-nież stworzenie regulacji dla tej instytucji co powoduje powstanie kolejnego „ośro-dka technokratycznego” tym razem zajmującego się prawnymi stronami działalności danej instytucji. W ten sposób piramida zależności instytucjonalnych rośnie, tworząc nową hierarchię pozbawioną teleologizmu, (co przejawia się w tzw. „absurdach pra-wnych” i konfliktach kompetencji) podporządkowaną w praktyce państwu, a właści-wie kilku najważniejszym personom demoliberalnego establishmentu.
Należy także zauważyć, że państwo samo w sobie nie jest już ostateczną in-stancją decyzyjną. Dzisiejsze państwa przeżywają kryzys na tradycyjnych polach, na-tomiast budują zupełnie nową bazę w innych – polityce zagranicznej, ekonomii, w a-paracie decyzyjnym. Przejawem tego jest choćby UE i jej ponadnarodowe instytucje w praktyce odbierające suwerenność pojedynczych organizmów państwowych i od-dające ją na wyższy poziom w hierarchii instytucjonalnej opartej o wielostronne u-mowy. Jednak tak jak w poprzednim przypadku uzasadnieniem dla tworzenia tych in-stytucji jest ich rzekomo „technokratyczna” funkcja oraz szeroko pojęte bezpieczeń-stwo. Wniosek płynie z tego jasny – rozwój techniki sprzyja rozwojowi aparatu pań-stwowego.
[Mowa obronna Sokratesa przed Zgromadzeniem:]
[…] mężu zacny, obywatelem będąc Aten, miasta tak wielkiego i tak sławnego z mądrości i siły, nie wstydzisz się bać i troszczyć o pieniądze, abyś ich miał jak najwięcej, a o sławę, o cześć, o rozum i prawdę, i o duszę, żeby była jak najlepsza, ty nie dbasz i nie troszczysz się o to?
Obecną rzeczywistość kulturową charakteryzuje atak na człowieka, degra-dujący go do poziomu zwierzęcego – do wegetacji i zmysłowych doznań[1]. Niezmien-nie w szyku trwają paladyni wiary, dla których trybularzem świętości stała się obrona prawdy o istocie ludzkiego życia, wypływająca z metafizycznych rozważań na grun-cie filozofii klasycznej. Szturm na ten bastion przypuściła zewsząd nihilistyczna hor-da, szermująca poglądami na kanwie materializmu ostatnich wieków. W ogniu toczą-cej się walki ujawnił się klimat zateizowanej współczesności: uległość ludzka laickim mamidłom (np. bożkowi Demos), emocjonalne bunty w zaraniu młodzieńczych lat, pełne dezaprobaty milczenie na cierpienia ludzkie, zło moralne otoczenia, awersja dla religii ex cathedra, itd. W tym obliczu deprymująca musi się stać dla świata uwaga, że poznanie prawdy odbywa się przecież na intelektualnym polu, a nie w potoku emocji i dążeń czy wymyślonych niedorzeczności[2].
Cienie naszego zagadnienia, które chcemy rozjaśnić, padają w przeszłość; do-kładniej – na dominantę filozoficznej nowożytności. Oto bowiem przestało filozofów XV-XIX wieku interesować pytanie o pełną rzeczywistość człowieka. Choć ciężko w to uwierzyć, doszło to amnezji: zapomniano Boga; jak się okazuje m.in. po to, by go później zanegować[3].
Pierwszym enfant terrible naszej opowieści będzie Rene Descartes (1596-1650). Kształcony w wybitnym kolegium jezuickim (sic!) francuski młodzian, nabie-ra niechęci do świata, m.in. po ochotniczym udziale w wojnie trzydziestoletniej. Osiada w Niderlandach, gdzie w umiłowanym zaciszu przystępuje do pisania. Okrzy-knięty przez potomnych ojcem filozofii nowożytnej, nakreślił w niej wielki zwrot an-tropologiczny. Oto człowiek został otoczony nimbem świętości; teraz we wszystko można wątpić, ale nie w to, że jest istota, która wątpi[4]. To byłoby zresztą jedynym wytłumaczeniem, dlaczego spalony własnymi myślami zakwestionował je[5] już na po-czątku Rozprawy o metodzie. Rzucając w przepaść zapomnienia to agoniczne wyzna-nie, postaram się w wielkim skrócie ująć analityczno-krytyczną notatkę wobec Karte-zjusza, na potrzebę naszych rozważań.
Światowej sławy frazą Descartesa jest ta, w której padają słowa: MYŚLĘ, WIĘC JESTEM[6]. Owa płomienna mowa ma tylko poetyczny urok; już krótka refle-ksja przynosi trafne i sugestywne uwagi. Dla francuskiego filozofa źródłem poznania nie są zmysły, staje się nim myśl ludzka. Nasze myślenie jest istotą ja istniejącego; jest tym istnieniem par excellence. Zatem poznanie możliwe jest tylko przez ludzkie cogito[7]. Najprościej - przedmiotem mego poznania jest to o czym pomyślałem. W świetle przytoczonych tez unaocznia się, że to w człowieku (a nie poza nim!) znajdu-je Kartezjusz przedmiot filozoficznych wyjaśnień. Zaiste – nie ma co. W tym mo-mencie filozofia traci swój głęboki sens, nie ma już bowiem swego pozapodmioto-wego przedmiotu poznania. Rzeczywisty byt zamienił się w subiektywną ideę bytu. Zgaszono światło rozumu. Kolejni myśliciele byli bluszczem wspinającym się na drzewo prawdy. I tak do kategorii paradygmatów pełnych pokus[8] zaliczyć trzeba pan-teistyczną wizję Spinozy (1632-1677); utożsamiającego rzeczywistość z Bogiem, Lo-cke’a (1632-1704) i Hume’a (1711-1776) – którzy brali idee (impresje poznawcze) za przedmiot poznania. Nie tu jednak były granice, ani nie tu było jeszcze państwo fantasmagorii. Założył je dopiero Immanuel Kant (1724-1804), który poddał krytyce samą metafizykę, by ostatecznie wykazać niemożliwość jej istnienia. Zamach ten był uwieńczeniem deifikacji człowieka. Zerwano więź między myślą i światem.
Sofizmat na początku, zderzając się z kolejnymi błędami stworzył interwał, którego brzmienie wypełniło wyobraźnię człowieka i nieustająco eskalowało. Tak na przykład w ziemię cywilizacji XIX wieku – żyznej w problemy pracujących – puściły głęboko korzenie myśli Karola Marksa (1818-1883). Apoteoza materii znalazła swoje ujście nawet w wymiar polityczny. Przecierane od Kartezjusza szlaki utworzyły pale-tę, którą za ekwipunek przyjęli postmoderniści[9]. Protoplaści tej formacji kulturowej XX wieku – Nietsche oraz Heidegger, wysunęli ekstatyczne rozwiązanie. Budowany od wieków labirynt spekulacji, w ich mniemaniu, może posiąść wrota w każdym miejscu; inaczej - nie istnieje już obiektywna wiedza o racjonalnym świecie, może-my przyjąć wiele koncepcji czy rozwiązań, itd. Postmodernistyczny filozof eo ipso podał rękę liberałowi XXI wieku – nad trupem człowieka.
Współczesny liberalizm wzywa do rezygnacji z dobra, piękna i prawdy. Zre-sztą człowiek dzisiaj nie umie (a może nie chce?) pytać o nie[10]. Sceptycyzm, relaty-wizm, sekularyzm, hedonizm, materializm, eklektyzm, scjentyzm… Oto nihilistyczna mikstura, którą częstują nas każdego dnia. Taki wywar przygotował na przykład lau-reat Nagrody Nobla: Wyobrażam sobie, jacy będą zaniepokojeni w przyszłości [reli-gijni konserwatyści –przyp. moje], gdy nauczymy się tłumaczyć ludzkie zachowanie przez pryzmat chemii i fizyki mózgu i nie zostanie nic, co wymagałoby przyjęcia hi-potezy o posiadaniu przez nas nieśmiertelnej duszy[11]. Upieranie się przy tezach po-zornie eleganckich, ale fałszywych zdarza się i wybitniejszym umysłom. Istotne staje się jednak to, że człowieka odziera się szat duchowieństwa. W zamierzchłej przeszło-ści sam Epiktet miał powtarzać, że dusza dźwiga same zwłoki; pozostaje nam zatem stwierdzić, że dziś uprawia się jednostronną kulturę cielesną, stając się, że tak po-wiem, fetyszystą, wielbiącym trupa [Eric von Kuehnelt-Leddihn]. Dla ateisty czło-wiek wart tyle, ile pierwiastków można z niego wyeksplorować. Boską ironią staje się tu fakt, że myśląc o tym, sam niewierzący rodzi w swym umyśle olbrzymie wą-tpliwości. Zauważamy już po pierwszych obserwacjach, jaką lichą imaginacją są pró-by zanegowania człowieczeństwa; że nie kryją się za nimi żadne treści racjonalnie u-gruntowane. Odpowiedź na pytanie o duszę pozostaje zatem – zgodnie z rzeczywisto-ścią - pozytywna.
Czynnik czasowy niczego nie zmienia w strukturze bytowej człowieka. Jeżeli człowiek miał duchowo-materialna strukturę bytową, to oczywiście ma ją nadal i w tej sprawie kategoria – starożytność czy współczesność – nie ma żadnego znacze-nia[12]. Określiliśmy już faktyczny status ontologiczny człowieka. Dokonajmy teraz ce-lowej reminiscencji, by zobaczyć jak o duszy - proweniencji zgodnej z prawdą - wy-powiedziała się przeszłość.
Tematyka pierwiastka transcendentnego była przedmiotem zainteresowań od filozofii starożytnej (czyli notabene od zawsze). Pierwsze, monumentalne znaczenie ma opis biblijny Starego Testamentu: wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą[13]. Funkcję duszy jako formy ciała określił w Kościele Katolickim XV Sobór Powszechny w Vienne (1311-1312)[14] Znakomitą wykładnią w tej kwestii pozostają ciągle rozważania św. Tomasza z Akwinu, który podaje: Dusza zatem, która jest na-czelną zasadą życia, nie jest ciałem, lecz aktem ciała, podobnie jak ciepło, będące za-sadą ogrzewania nie jest ciałem, ale pewnym jego aktem[15]. Zewnętrzna przyczyna duszy leży poza obszarem bytu przez duszę zapoczątkowanego, odnosi się do Boga. Ciało w porządku bytowym jest późniejsze od duszy; możemy rzec, że zostaje przez nią zaktualizowane[16]. Naświetlenie zagadnienia ujawnia całą architekturę istoty czło-wieczeństwa — zasobność w pierwiastek nieprzerwany, wieczny i – co najważniejsze – boski, stanowiący jedno z ciałem, obdarzonym życiem ziemskim. Po jego ustaniu czeka nas żywot wiekuisty.
Nowoczesna cywilizacja podstępnie skradła nam pierwiastek transcendentny. Natychmiast jednak zorientowała się, że prowadzi to do całkowitej destrukcji czło-wieka; do jego zezwierzęcenia. Zabranie duszy w rzeczywistości istoty ludzkiej rów-nało się skreśleniu Boga w rzeczywistości świata, czyli krynicy dobra i zła; wyzna-cznika godności człowieka. Ostatni stał się zwykłym trupem, zwłokami. Mantra o hu-manizmie, herosie oświecenia czy prawach człowieka[17] miała podnieść ten cadaver z grobu. Nie udało się, i nie uda się to nigdy. Nie pozwólmy bezcześcić człowieczeń-stwa, danego każdemu raz tylko na tym świecie. Wezwijmy głośno do obrony swej godności, gdyż niedługo cały świat stanie się tylko kurhanem upadłych zwierząt.
Człowieku, wesprzyj kontrrewolucję! – jesteś przecie spotkaniem wieczności z czasem.
Emil Kowalik
Nierzadko w kręgach prawicowych powielane jest zdanie o modelowym wpro-wadzeniu wolnego runku w Chile i stawia się to państwo jako wzór do naśladowania dla innych. Nierzadko też autorzy tego typu wypowiedzi nie posiadają większej wie-dzy na temat procesów gospodarczych, jakie zaszły w tym południowoamerykańskim państwie od pamiętnego 11-go września 1973 roku. Dlatego też powstał ten artykuł, który pokaże w pewnym skrócie wszystko to, co składało się na "chilijski cud gospo-darczy", a właściwe to na dwa takie "cudy gospodarcze". Mam nadzieję, że przysłuży się to rzeczowej debacie na tematy gospodarczej i pozwoli skutecznie obronić doro-bek rządów Augusto Pinocheta.
Zanim jednak sięgniemy po esencję, musimy zobaczyć całą sytuację poprze-dzającą reformy chilijskie. Niezmiennie od czasów Wielkiej Depresji, gospodarka chilijska oparta była na najmocniejszym filarze polityki protekcjonistycznej – substy-tucji importu, co oznaczało przekonanie o potrzebie ingerencji państwa w gospoda-rkę, w celu zapewnienia odpowiednio wysokiego i trwałego wzrostu gospodarczego. Jak pokazuje nam nasza nauczycielka - historia taka polityka, z takimi celami nie przyniosła oczekiwanego efektu, a "ubocznym" skutkiem takiej polityki była notory-czna inflacja krążąca wokół wskaźnika 35%, narastający etatyzm oraz biurokracja, ale tylko do czasu... Do czasu gdy schedę po rządzących chadekach przejęła Unidad Popular (Jedność Ludowa) z jej liderem Salvadorem Allende w roli Prezydenta. Jeśli dotychczasowy stan gospodarki był określany jako zły, to rządy lewicy można okre-ślić kataklizmem porównywalnym z tamtejszymi trzęsieniami ziemi. Reformy Allen-de, zwane "chilijską drogą do socjalizmu" (hiszp. vía chilena al socialismo) spowo-dowały elementarne ubytki gospodarcze. Stosując się do keynesizmu, aby osiągnąć większy popyt globalny, ekipa Allende podniosła tempo wzrostu podaży pieniądza, poziom płac oraz wydatki budżetowe, deficyt budżetowy do GDP z 3% w 1970 roku wzrósł do około 20% w roku 1973. Listopad 1971 roku przyniósł już jednostronne moratorium na spłatę zadłużenia zagranicznego, co oznaczało bankructwo kraju. Na-cjonalizacja wielkich przedsiębiorstw skutecznie przyczyniła się do odpływu inwe-storów za granicę, natomiast odebranie większych gospodarstw rolnych oraz restryk-cyjna kontrola cen spowodował braki w zaopatrzeniu. Słynny stał się tzw. Marsz Pu-stych Garnków, podczas którego mieszkańcy stolicy protestowali tłukąc pustymi na-czyniami o bruk ulic przeciwko polityce Allende. Braki w zaopatrzeniu uzasadniali zmową pół miliona sklepikarzy. Wraz z narastaniem końca epoki Allende inflacja wynosiła już nie 35%, lecz 750%. Populizm makroekonomiczny spowodował po-wstanie lewicowych bojówek, które regularnie od 1972 roku dokonywały aktów ter-roru, co z kolei skutkowało upolitycznieniem chilijskich sił zbrojnych, które były do tej pory fenomenem w całej Ameryce Łacińskiej i nie brały udziału w polityce, jak w innych państwach na południe od Rio Grande. Nie tylko siły zbrojne dostrzegły nie-bezpieczeństwo jakie niosą za sobą reformy w duchu komunistycznym, opozycja za-równo centrowa, jak i prawicowa, środowiska biznesowe oraz USA obawiały się kolejnego przyczółka ZSRR na zachodniej półkuli.
Kataklizm gospodarczy, chaos polityczny oraz ogólnoświatowa recesja - to wa-runki w jakich władzę przejęła junta. Wojskowi, sami nie będący ekonomistami, a mający przed sobą opanowanie blisko 1000% inflacji, postanowili w kwestii go-spodarki odwołać się do ekspertów, których już wtedy określało się mianem Chicago Boys - nazwa wywodzi się od miejsca edukacji większości ekonomistów wdrażają-cych reformy w liberalnym duchu, tj. na University of Chicago w USA, gdzie więk-szość była uczniami monetarystycznego guru, Miltona Friedmana. Wśród tych gigan-tów reform chilijskich są takie osoby jak chociażby Minister Finansów Sergio de Castro, Minister Gospodarki, Minister Finansów Hernán Büchi, czy też Minister Pra-cy i Opieki Społecznej, Minister Górnictwa José Pinera (chociaż kończył nie UoC, lecz Harvard, a ponadto był członkiem nielegalnej za rządów junty Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Chile!). Jeszcze za rządów Allende cała ówczesna opozycja postanowiła nie wracać do przedkomunistycznego modelu gospodarki chilijskiej wie-dząc, że nie naprawi on skutków fatalnej polityki gospodarczej Unii Jedności, w związku z tym postanowiono opracować program niezbędnych reform gospodar-czych, które po odsunięciu od władzy Allende miały być wdrożone w celu ustabilizo-wania gospodarki tego andyjskiego kraju. Dokument jaki przygotowali Chicago Boys nosił nazwę El Ladrillo – Cegła, gdyż było to solidne opracowanie "ważące tyle, co cegła". Program zawarty w El Landrillo zaczęto realizować od momentu odsunięcia od władzy Allende. Wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, Chilijczycy uruchomili niepopularne działania bazujące na doktrynie neoklasycznej mające na celu zdławienie hiperinflacji, pobudzenie gospodarki oraz zrównoważenie budżetu. Nastąpiła liberalizacji handlu z zagranicą - na wszystkie towary i usługi wprowadzo-no to samo 10% cło (co było w tamtym czasie fenomenem na skalę światową), uwol-niono większość cen (pełne odejście od kontroli cen nastąpiło do czerwca 1975 r.), zniesiono subwencje oraz przywileje podatkowe dla całych gałęzi produkcji, co sta-nowiła namacalny dowód odejścia od polityki substytucji importu. Nie zapomniano również o podatkach; reforma podatkowa skutkowała chwilowym zwiększeniem po-datku dochodowego o 10%, wprowadzono na stałe podatek VAT, połączenie tego z masową prywatyzacją, redukcją sektora administracyjnego państwa oraz zmniejsze-niem wydatków na cele socjalne doprowadziło do likwidacji ogromnego, bo ponad 20% deficytu budżetowego. Zdelegalizowano stare, a powołano nowe związki zawo-dowe zmieniając równocześnie przepisy dotyczące zrzeszeń pracowników – ograni-czono możliwość zbiorowych negocjacji do szczebla firm, wprowadzono zezwolenia na zebrania oraz wybory związkowe, ograniczono prawo do strajków.
Niestety 1974 rok przyniósł Chile spadek o 50% cen głównego towaru ekspor-towego - miedzi oraz odczuwalny na całym świecie szok naftowy, czyli czterokrotny wzrost cen ropy naftowej. W związku z tym, aby odbudować rezerwy płatnicze na-stąpiła dewaluacja chilijskiego peso. Już w 1976 roku sytuacja w gospodarce popra-wiła się; dochód narodowy wzrósł o 3,5%, a było to możliwe dzięki zrównoważeniu budżetu. W 1973 roku 88% kredytów udzielanych przez banki pochłaniał deficyt. Dzięki likwidacji tegoż deficytu oraz zmniejszeniu wydatków rządowych, zwiększyła się dostępność kredytów dla prywatnych przedsiębiorców, co skutkowało wzrostem produkcji oraz jednoczesnym spadkiem inflacji.
Gdy w 1977 roku inflacja kształtowała się na poziomie ponad 84% uznano, że możliwości jakie daje neoklasyczna teoria ekonomii dla gospodarki zamkniętej dla prowadzenia polityki dezinflacji wyczerpały się, w związku z tym podjęto decyzję o wykorzystaniu monetarnej teorii bilansu płatniczego. Już w 1978 inflacja spadła do 38%, co było wyraźny znakiem na sprawdzanie się systemu "tablita" oraz "prawa jednej ceny", a już 1981 rok przyniósł tylko 9% stopę wzrostu cen.
Znaczącym problemem przed jakim stała junta nie była tylko inflacja, lecz również bezrobocie. Redukcja administracji państwowej, liberalizacja handlu z za-granicą oraz polityka antyinflacyjna skutkowały wzrostem bezrobocia i jeszcze w latach 1978-1980 utrzymywało się one na poziomie powyżej 17%. Aby mocniej legitymizować swoją władzę, rząd chilijski potrzebował na tym polu dużego sukcesu, w związku z tym w 1979 roku do polityki gospodarczej wprowadzono otwarcie go-spodarki krajowej na wpływy kredytów zagranicznych, 100% indeksację płac oraz stały kurs walutowy. Napływ kredytów zagranicznych spowodował wzrost inwesty-cji, a bezrobocie już rok później spadło o 3%.
Wprowadzona w maju 1981 roku reforma systemu ubezpieczeń społecznych była jednak, w porównaniu do innych działań junty, fenomenem nie tylko na tamte czasy, lecz do dzisiaj jest to odosobniony przykład tak gruntownej reformy w tym se-ktorze. W każdym kraju, nie tylko w Chile, państwowy system ubezpieczeń społe-cznych to pole bitwy dla partii politycznych oraz związków zawodowych, w których każdy powołuje się na zasady, których jednak nie widać w rezultatach, a mianowicie na solidarność, równość oraz powszechność. Jose Pinera, ekonomista wykształcony na Uniwersytecie Katolickim w Santiago oraz na amerykańskim Harvardzie, a jedno-cześnie członek zdelegalizowanej wówczas Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej, zdecydował się wejść do rządu chilijskiego i przeprowadzić nowatorską reformę sy-stemu. W ramach budowy nowego systemu ubezpieczeń społecznych przyjęto pewne minimalne zobowiązania państwa, gdyż - według autora reform - nie wszyscy będą w stanie ubezpieczyć się indywidualnie w prywatnych instytucjach.
Bazą nowego systemu był postulat, aby przyszłą emeryturę związać tylko i wy-łącznie z wpłaconymi składkami oraz charakter komercyjny funduszy ubezpieczenio-wych. W ramach reformy dan...
tiffarte