Właśnie walczyłem pod Grunwaldem, gdy Xero spojrzał na mnie błagalnie, żebym podał mu ściągę z datami. Oczywiście musiałem ratować chłopaka. Już wyciągałem ściągę, gdy Pyzaty Muniek zabrał mi moje wypracowanie. Wściekłem się. Wściekłem się do białości i już zaczynałem widzieć różowe słonie tańczące balet, gdy mój Długopis rzucił się na Muńka. Krzyknąłem: -OOO, nieeeee!!!- I zobaczyłem tylko stalówkę wbitą w ramię Pyzatego i sączący się niebieski żel. Zabrałem Długopis i uciekłem. Położyłem go w domu na łóżku i zacząłem lamentować: -Dlaczego to zrobiłeś?! O mały włos go nie zabiłeś! Stworzyłem potwora...!!!
A on tylko patrzył na mnie tym swoim niebieskim żelem i nic nie powiedział. Nie żył. Urządziłem mu godny pogrzeb i sam popełniłem samobójstwo, bo nie umiałem bez niego żyć.
Przez 10 dni i 10 nocy wędrowałem przez Mokrą Pustynię. Ja – czyli Przygłuchy-Długouchy. Do tej pory zastanawiam się dlaczego mamusia dała mi takie imię... Może to przez moje dwumetrowe uszy? To nie moja wina, że gdy miałem trzy miesiące usiadł na nie słoń afrykański. Ale to nie ważne; więc przez 10 dni i 10 nocy wędrowałem przez Mokrą Pustynię w poszukiwaniu piasku. Strasznie trudno w tych czasach o piasek, z którego można by było zrobić sobie wymarzony domek. Ach...domek... Taki z trzycentymetrowymi okienkami, ze szczurami zawieszonymi przy parapecie, które tak pięknie popiskiwałyby mi na dobranoc... Dobrze, dobrze – nie będę się rozklejał. W czwartym dniu mojej morderczej wędrówki zauważyłem, że z fioletowej tafli wody wystają trzy kosmate nóżki z baaaaardzo długimi pazurkami. O, kurczę, czy on nie wie co to jest obcinaczka do paznokci?! A może nie mógł sobie nią dać rady... To od czego jest sekator?! Cóż, ale nie mogłem pozwolić, aby za bardzo spił się wodą, bo później musiałby, biedaczek , trzeźwieć przez tydzień. Wyciągnąłem go i ujrzałem... kosmatą główkę wielkości główki kapusty (i to takiej całkiem dorodnej) ze słoniowymi uszami i ślepiami wielkości kuflów do piwa. –Ce...Ce...Ce...Cze...Ce...Ceść. Ja naziwać się Wierci... (i w tym momencie zaczął chorcować się, jakby rzuciło się na niego stado żarłocznych mrówkofonów) ...Wierci...Wie... O chorobcia, jak ja nie znosię tyś pchłokoupoków!!! Jeśtem Wiercipiętek.
Ja z oczami i ustami rozdziawionymi na wielkie ,,O” patrzyłem na niego.
-A ti jak?
-Co ,,ti”???
-No, ti?!- i popatrzył na mnie jak na Ufolutka-Zieloniutaka z planety Milka.
-Jestem Przygłuchy-Długouchy.
Zaprzyjaźniliśmy się. Później okazało się że całkiem niezły piasek można znaleźć na Niecałkiem Dzikim Zachodzie. Wiercipiętek zawiózł mnie tam na swoim Gracie-Automacie-Hop-Hula-Na-Dwa-Sprzęgła. Wykopałem tyle piasku ile trzeba czas było wracać. Zacząłem się żegnać ze swoim przyjacielem. Biedaczek patrzył na mnie jak przybity pies.
-Ti jeście pzijechać???
-Nie...
-Skoda...
I dał mi na pożegnanie jedną ze swoich pchłokoupoków. Wyruszyłem do domu. W niedługim czasie zakochałem się w pchłokoupokównie i wzięliśmy ślub u ks. Batmana. Żyliśmy długo i było nam mrówczo w swojej lepiance z piasku kołysani cudownym piskiem szczurów na parapecie.
Han-Taliban i rozlane mleko
-Mleczarzu! Mleczarzu!!! – Do kuchni wpadł przerażony do zieloności Talibanek.
-Co się stało?!
-Och, Mleczarzu! Władca Han-Taliban rozlał mleko!!!
-Na Wielkiego Krowokonia!!!!!!! Jak to się mogło stać, ...p...p...przecież to niedopuszczalne!! –I obaj pobiegli do komnaty króla. Władca kończył właśnie jeść swojego ostatniego Zawijańca-a’la-Tłuściańca, a na podłodze świeciła się plama rozlanego mleka.
-Mleczarzu –powiedział król- to mleko zerka.
Wszyscy popatrzyli na mleko, które ku zdumieniu wszystkich powiedziało: -
wujek116