Od kilku lat trwa spór o podłożu moralnym na temat tzw.: zapłodnienia pozaustrojowego. Dość mówić, że co pewien czas wybuchają kłótnie i swego rodzaju wojny ze strony Kościoła Katolickiego. Politycy ze swojej strony unikają tego tematu, nie wiedząc właściwie, co mają z nim zrobić. Potępiając in vitro boją się posądzania ich o zacofanie i ciasnotę umysłową oraz sprzeciwu ze strony bezpłodnych par. Poparcie natomiast pociąga za sobą konsekwencje ekonomiczne dla państwa, ale także kolejne problemy dziedziny moralnej.
Kościół Katolicki w zamian za in vitro proponuje nam naprotechnologię. Jest to z pewnością metoda zupełnie inaczej patrząca na cud poczęcia i przyczyny braku owego cudu. Nie znajduję słowa określającego, ile bardziej w stosunku do zapłodnienia pozaustrojowego naprotechnologia jest naturalniejsza i mniej inwazyjna dla zdrowia.
Nie chcę jednak wskazywać palcem, które leczenie jest „naj” w stosunku do drugiego. Pragnę się zastanowić nad sednem tej trudnej dla wielu z nas sprawy.
Niepłodność. To ona jest matką całej tej wielkiej wojny na temat in vitro. Problem ten dotycz 10-15% par w wieku reprodukcyjnym. Za 35% niepłodności odpowiada kobieta i tyle samo mężczyzna, a za 10% odpowiadają oboje. W 20% przypadków nie da się określić jednoznacznej przyczyny. A są one najróżniejsze; od cukrzycy, przez choroby jajników i niedrożne nasieniowody, a kończąc na problemach siedzących w naszych głowach. W zależności od podłoża niepłodności, stosuje się różne metody jej leczenia.
Naprotechnologia to metoda oparta m. i.: na obserwacji ciała kobiety, a co za tym idzie badania jej cyklu miesięcznego, stanu psychicznego oraz śluzu. Leczenie natomiast polega, na przykład: na stymulacji owulacji. Taką stymulację stosuje się ze stosunkowo niegroźnymi chorobami, kiedy, np.: zaburzenie ma podłoże hormonalne u kobiety. W przypadkach niepłodności, w których problem stanowi np. nieprawidłowa budowa organów rozrodczych, stosuje się metody inwazyjne, czyli operacje.
Plusami naprotechnologii są: stosunkowa taniość zabiegów i mała inwazyjność (gdyż polega przeważnie na doustnym przyjmowaniu hormonów). Te cechy nie dotyczą rzecz jasna operacji.
Kiedy naprotechnologia nie wystarczy, niepłodnej parze pozostaje in vitro. Dzieje się tak, gdy kobieta ma niedrożnych jajowody (lub w ogóle ich brak), nasienie mężczyzny jest niskiej jakości, lub w przypadku pobranej i zamrożonej komórki jajowej.
Zapłodnienie pozaustrojowe jest bardzo skomplikowanym procesem, drogim i czasochłonnym. Nierzadko nie przynosi żadnych efektów lub jego skutkiem jest „nadmiar szczęścia” (czyli niespodziewane ciąże bliźniacze). Składa się z czterech faz: stymulacji hormonalnej w celu doprowadzenia komórek jajowych do dojrzewania, pobrania dojrzałych komórek jajowych za pomocą punkcji, przeprowadzenia zapłodnienia komórki jajowej z plemnikiem w warunkach laboratoryjnych i umieszczenia zapłodnionych komórek jajowych (zarodków) w macicy.
Uzyskane w ten sposób zarodki są zamrażane. Tzw. krioprezerwacja zarodków polega na umieszczeniu zarodków w pojemniku z ciekłym azotem, w temperaturze około -196 °C. Pozwala to na przechowywanie zarodków przez dłuższy czas w celu ich późniejszego przeniesienia do macicy i uzyskania ciąży.
Krioprezerwację stosuje się w wypadku, gdy uzyskano więcej zarodków niż potrzebne jest do pojedynczego zapłodnienia, lub gdy kobieta nie jest w stanie przystąpić do zabiegu przeniesienia zarodków do macicy. Przechowywanie zarodków stosuje się też, gdyż z powodu średnio 20% prawdopodobieństwa udanej ciąży w wielu przypadkach potrzebne jest powtórzenie procedury transferu zarodków do macicy.
Absolutnie nie jestem za sprowadzaniem aktu poczęcia do poziomu probówek i przyrządów laboratoryjnych. Cud, jakim jest życie, wymaga większego szacunku. Równocześnie współczuję parą, które nie mają innego wyboru i in vitro zostawia im ostatnią otwartą furtkę.
Mustella