Amanda Quick - Ruiny.rtf

(635 KB) Pobierz

Amanda Quick

Ruiny

(With this ring)

Przekład

Robert Pucek

1

Zaciemnione okna starodawnych ruin

dawały pewne wyobrażenie

o usposobieniu pana domu.

„Ruiny” pani Amelii York

Rozdział pierwszy

Szalony Mnich z Monkcrest dumał przy kominku.

Zdawało mu się, że stoi na krawędzi studni i spogląda w dół w ciemne wody melancholii. Nie zanurzył się jeszcze w jej głębinach, ostatnio jednak zauważył, że z coraz większym trudem utrzymuje równowagę.

Przez wiele lat opierał się pokusie wpatrywania się w ciemności. Studiowanie ksiąg oraz obowiązki związane z samotnym wychowywaniem dwóch pełnych życia synów sprawiły, że jego uwaga skupiała się na poważniejszych sprawach. Jednak półtora miesiąca temu jego następca, Carlton, oraz młodszy syn, William, w towarzystwie starego guwernera udali się na kontynent, aby odbyć Wielką Podróż.

Szalony Mnich dziwił się, widząc, jak po ich wyjeździe pustoszeją komnaty opactwa Monkcrest. Był teraz sam ze swą wierną służbą i psem, Elfem. Wiedział, że kiedy Carlton i William wrócą, nic nie będzie już takie samo jak kiedyś. Jego - teraz w wieku siedemnastu i dziewiętnastu lat - synowie staną się lada chwila mężczyznami. Byli silni, inteligentni i niezależni jak młode orły gotowe do samodzielnego lotu.

Wiedział, że skłonność do spoglądania w ciemności ma we krwi. Odziedziczył ją po przodkach, długiej linii mężczyzn noszących przed nim tytuł lorda Monkcrest. Pomiędzy nimi było kilku odpowiedzialnych za przezwisko prześladujące całą resztę: Szaleni Mnisi.

Wielki pies wyciągnięty przed kominkiem ożywił się nieco, jak gdyby wyczuł niepokój swego pana. Zwierzę uniosło masywny łeb i z niepokojem spojrzało na Leo.

- To burza, Elf. Cała ta energia nasyca powietrze elektrycznością. Na człowieka o moim usposobieniu musi to wywierać jakiś niezdrowy wpływ.

Elf nie wyglądał na całkowicie usatysfakcjonowanego tym wyjaśnieniem, niemniej jednak położył łeb z powrotem na potężnych łapach. Metalowe ćwieki na szerokiej skórzanej obroży na jego grubym karku połyskiwały w blasku tańczących płomieni.

Leo przyjrzał się uważnie srebrnym nitkom wokół pyska Elfa. Ostatnio podczas golenia zauważył w lusterku w swoich ciemnych włosach podobne.

- Czy to możliwe, żebyśmy się starzeli, Elf?

Pies mruknął coś z lekkim niesmakiem. Nie zadał sobie nawet trudu, aby otworzyć oczy.

- Dzięki Bogu. Zdjąłeś mi kamień z serca. - Leo sięgnął po stojący na stole, prawie już pusty, kieliszek brandy i pociągnął łyczek. - Przez chwilę byłem odrobinę zaniepokojony.

Na zewnątrz wył wicher. Przez ostatnią godzinę smagał gwałtownie kamienne ściany starodawnego opactwa od pokoleń zamieszkanego przez Szalonych Mnichów. Od czasu do czasu błyskawice przecinały jeszcze ciemności, oświetlając bibliotekę niesamowitym blaskiem, najgorsze jednak już przeszło. Wściekłość żywiołów gasła. Leo rozmyślał nad tym, że ostatnio jego badania nad tajemną wiedzą dawnych cywilizacji już nie wystarczają, aby odwrócić uwagę od studni.

- Przyczyną nie może być fakt, że poświęcam im zbyt mało czasu, raczej zbyt wiele. Być może to już najwyższy czas, abyśmy znów wybrali się na polowanie, Elf.

Pies uderzył ogonem w podłogę na znak, że całkowicie zgadza się z tą sugestią.

- Niestety, tak się składa, że w naszej okolicy już od miesięcy nie ma żadnej interesującej zwierzyny. - Leo znów łyknął nieco brandy. - W każdym razie muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, żeby nie skończyć jak bohater jednej z tych mrożących krew w żyłach powieści, które cieszą się takim powodzeniem w bibliotekach publicznych.

Elf zastrzygł uchem. Leo podejrzewał, że jego pies jeszcze mniej niż on sam interesuje się romansami, horrorami i ponurymi tajemnicami, wypełniającymi powieści grozy.

- Mogę sobie wyobrazić, jak nocami przemierzam opustoszałe, zniszczone, pokryte pajęczynami komnaty, wypatrując w ciemnych kątach zjaw i widm i jednocześnie rozglądając się, czy nie wpadnie mi w ręce jakaś piękna, bezbronna heroina.

Myśl o pięknej, bezbronnej heroinie nie poprawiła mu humoru. Problem w tym, że już od bardzo długiego czasu nie miał kobiety - ani bezbronnej, ani żadnej innej.

Być może to właśnie było tego wieczoru przyczyną jego niepokoju.

Zerknął na zastawione książkami półki. Nic go nie zainteresowało. Zdawało się, że nuda przeniknęła go aż do kości. Pomyślał o kolejnym kieliszku brandy.

Elf ocknął się i uniósł łeb. Tym razem nie spojrzał na Leo. Jego uwaga skupiła się na oknie biblioteki.

- Czyżbyś niepokoił się tą burzą? Bywały już gorsze.

Pies zignorował go. Wstał powoli i na krótką chwilę zamarł w bezruchu. Potem podbiegł do okna; jego ogromne łapy poruszały się bezszelestnie po wschodnim dywanie.

Widząc zachowanie psa, Leo zmarszczył czoło. Ktoś w środku nocy zbliżał się do opactwa Monkcrest. W środku nocy i wiosennej burzy.

- To niemożliwe - powiedział. - Nikt nie śmiałby pojawić się tutaj nie zaproszony. Ja zaś nie zapraszałem nikogo od czasu, kiedy w zeszłym miesiącu bawił tu ten idiota Gilmartin.

Skrzywił się na samo wspomnienie tamtej krótkiej wizyty. Charles Gilmartin twierdził, że jest uczonym, okazał się jednak szarlatanem i głupcem. Leo nie tolerował ani jednych, ani drugich. Pomyślał, że musiał wtedy naprawdę potrzebować inteligentnego towarzystwa, skoro w ogóle zgodził się spędzić jakiś czas z tym człowiekiem.

Jeszcze jedna daleka błyskawica przecięła nocne niebo. Nie towarzyszyło jej uderzenie piorunu, ale przytłumiony stukot kół powozu na bruku podwórca.

Ktoś rzeczywiście miał czelność przybyć do opactwa nie zaproszony.

- Diabli nadali. - Leo ujął delikatną szyjkę kryształowej karafki i nalał sobie jeszcze brandy. - Ktokolwiek to jest, bez wątpienia liczy na nocleg, Elf.

Pies spoglądał spokojnie w okno.

- Finch go odprawi.

Finch pracował w opactwie od czasów, gdy Leo był jeszcze chłopcem. Miał dużą praktykę w odprawianiu nieproszonych gości. W okolicy krążyły legendy o niegościnności Szalonych Mnichów. W opowieściach o ich złych manierach było coś więcej niż ziarno prawdy. Właściciele opactwa Monkcrest znani byli z długiej tradycji unikania tych, którzy mogliby ich znudzić. Taka polityka nie przyczyniała się raczej do zbyt aktywnego życia społecznego.

Elf warknął cichutko. Leo zauważył jednak, że nie było to jego zwykłe ostrzegawcze warknięcie. Zabrzmiało raczej jak wyraz psiej ciekawości.

Powóz na zewnątrz się zatrzymał. Końskie kopyta tańczyły po bruku. Od strony stajni dało się słyszeć jakieś głosy. Woźnica zawołał, żądając, by ktoś zajął się końmi.

- Ruszże tyłek, człowieku. W powozie mam szacowną damę wraz ze służącą. Będą potrzebowały ogrzać się przy kominku i zjeść coś przyzwoitego. Pospiesz się trochę. Po tej Cholernej burzy konie zrobiły się narowiste.

Leo znieruchomiał.

- Damę? O czym on, u diabła, mówi?

Elf z postawionymi uszami wciąż bacznie wpatrywał się w okno.

Leo niechętnie odstawił kieliszek brandy, wstał i podszedł do okna. Stanął za psem i położył dłoń na jego szerokim łbie. Podwórzec opactwa był sceną niezwykłej aktywności.

Z ciemności wyłaniał się oświetlony lampami zarys niewielkiego zabłoconego pojazdu. Od strony stajni nadchodziło dwóch chłopców stajennych, aby zająć się końmi. Woźnica zawinięty w obszerną opończę zszedł z kozła i otworzył drzwiczki powozu.

- Kimkolwiek są, musieli się zgubić. - Leo zwrócił się do Elfa: - Finch wskaże im zaraz właściwą drogę i będzie po kłopocie.

Na frontowych schodach opactwa pojawił się Finch. Stary lokaj widocznie posilał się właśnie w kuchni, w jednej ręce trzymał bowiem jeszcze kawał sera, a drugą pospiesznie zapinał płaszcz na swym wydatnym brzuchu.

Otarł dłonią resztki sera z ust i zaczął wymachiwać rękami. Mimo że miał pełne usta, a okno było zamknięte, mówił dostatecznie głośno, by Leo mógł go zrozumieć.

- Co tu się dzieje? - Finch schodził po schodach. - Kim jesteście, żeby przyjeżdżać tu bez zapowiedzi o tak bezbożnej godzinie?

Pociągany rosnącą ciekawością Leo otworzył okno, aby lepiej słyszeć. Deszcz prawie już ustał, ale porywisty wiatr niósł jeszcze dość wilgoci, żeby zmoczyć mu włosy. Elf wystawił nos przez okno i wwąchiwał się w nocne powietrze.

- Macie gości, człowieku. - Woźnica wyciągnął rękę, aby pomóc wysiąść pasażerowi powozu.

- To rezydencja lorda Monkcrest - oświadczył Finch. - Pan nie oczekuje żadnych gości. Przybyliście pod niewłaściwy adres.

Zanim jednak woźnica mógł odpowiedzieć, z powozu wysiadła kobieta. Jej twarz była zasłonięta kapturem peleryny. Najwyraźniej nieuprzejme powitanie Fincha nie zbiło jej z tropu.

- Przeciwnie - oświadczyła tonem nie znoszącym sprzeciwu. Jej głos był zimny i szorstki. - Opactwo Monkcrest jest właśnie miejscem, do którego zamierzaliśmy dotrzeć. Bądź łaskaw zawiadomić jego lordowską mość, że ma gości. Jestem Beatrice Poole. Towarzyszy mi służąca. Zanocujemy tutaj.

Finch wyprostował się; zdecydowanie przewyższał wzrostem Beatrice, która, jak zauważył Leo, nie była zbyt wysoka. Jednakże ten brak rekompensował z nawiązką jej władczy sposób bycia, którego nie powstydziłby się sam Wellington.

- Jego lordowską mość nie przyjmuje nie zaproszonych gości -warknął Finch.

- Bzdura. Mnie przyjmie.

- Madame...

- Zapewniam cię, że tak. Nie odjadę stąd, dopóki z nim nie porozmawiam. - Beatrice zwróciła się w stronę powozu. - Chodź, Sally. Już dosyć wycierpiałyśmy z powodu tej burzy. Taka pogoda jest dobra w powieści, ale w prawdziwym życiu jest raczej uciążliwa.

- Święte słowa, madame. - Z powozu wygramoliła się hoża, silnie zbudowana kobieta. - Taka noc nie nadaje się ani dla ludzi, ani dla zwierząt, n‘est-ce pas?

Na dźwięk tak okropnego francuskiego akcentu Leo aż uniósł brwi. Gotów był się założyć, że owa Sally - kimkolwiek była - nie spędziła we Francji ani godziny.

- Zaraz się ogrzejemy i wysuszymy - powiedziała Beatrice.

- Wolnego. - Finch rozpostarł ramiona, aby zablokować dostęp do frontowych schodów. - Nie możecie tak po prostu wprosić się do opactwa Monkcrest.

- Z pewnością nie przyjechałam tutaj z daleka tylko po to, aby pozwolić odesłać się z kwitkiem - poinformowała go Beatrice. - Mam sprawę do jego lordowskiej mości. Jeżeli nie zamierzasz zaprowadzić mnie do domu, to bądź tak dobry i usuń się z drogi.

- To jego lordowską mość wydaje tutaj rozkazy - powiedział Finch jak najbardziej stanowczo.

- Jestem pewna, że gdyby wiedział, co się tutaj dzieje, natychmiast kazałby ci zaprosić nas do środka.

- Z czego wynika, że nie znacie wcale jego lordowskiej mości - odparował Finch.

- Słyszałam, że lord Monkcrest jest wielkim ekscentrykiem - powiedziała Beatrice. - Nie mogę jednak uwierzyć, aby mógł wydać dwie bezbronne, niewinne i wyczerpane kobiety na pastwę tej okropnej burzy.

- Ta dama wyraża się nieco patetycznie, nieprawdaż? - Leo bezwiednie podrapał Elfa za uszami. - Coś mi mówi, że nasza pani Poole nie jest ani bezbronna, ani niewinna. Nie wygląda również na bardzo zmęczoną.

Elf poruszył jednym uchem.

- Kobieta, która ośmiela się przybyć nie zaproszona do Monkcrest w noc taką jak ta jedynie w towarzystwie służącej, nie jest jakimś tam delikatnym kwiatuszkiem.

Pies przysunął się bliżej do otwartego okna.

Finch cofał się po schodach z rozpostartymi ramionami.

- Madame, nalegam, aby wróciła pani do powozu.

- Nie bądź śmieszny. - Beatrice napierała na niego z determinacją marszałka polnego.

Leo uśmiechnął się delikatnie.

- Biedny Finch nie ma najmniejszych szans, Elf.

- Poczekajcie. - W głosie Fincha zabrzmiała nuta desperacji. - Na skraju wsi jest zajazd. Możecie spędzić tam noc. Rano poinformuję jego lordowską mość, że pani życzy sobie z nim rozmawiać. Jeżeli wyrazi zgodę, to poślę pani wiadomość.

- Spędzę tę noc pod tym dachem, a wraz ze mną ci, którzy mi towarzyszą. - Kobieta machnęła ręką w kierunku woźnicy. - Zaprowadź Johna do czystej, suchej kwatery. Potrzebny będzie również kufel piwa i gorący posiłek. Ten dzielny człowiek dość już się wycierpiał podczas tej okropnej podróży. Nie chciałabym, żeby się przeziębił. Moja służąca, oczywiście, zostanie ze mną.

Woźnica posłał Finchowi triumfujący uśmiech.

- Nie rób sobie kłopotu. Wystarczy kilka plasterków szynki, kawałek pasztetu, jeśli akurat masz pod ręką, i piwo. Choć przyznam, że mam szczególną słabość do puddingów.

- Daj mu pudding i wszystko, o co prosi - powiedziała Beatrice. - W końcu zasłużył sobie na to po tym nieszczęśliwym spotkaniu z rozbójnikiem.

- Z rozbójnikiem? - Finch wytrzeszczył oczy.

- To było okropne. - Sally chwyciła się ręką za gardło i zaczęła się trząść. - Ci łajdacy, wiesz, oni nie zawahają się przed porwaniem niewinnych niewiast, takich jak madame i moi. Diabelnie nam się udało, że nie zostałyśmy...

- Wystarczy, Sally - przerwała jej szybko Beatrice. - Nie trzeba dramatyzować. Obie wyszłyśmy z tego bez szwanku.

- Co za rozbójnik? - domagał się wyjaśnień Finch. - Na ziemiach należących do opactwa Monkcrest nie ma rozbójników. Żaden nie śmiałby się tu pokazać.

- Właśnie, co za rozbójnik? - powtórzył cichym głosem Leo i wychylił się jeszcze bardziej z okna.

- Był po drugiej stronie rzeki - wyjaśniła Beatrice. - Zaraz za mostem. Nieprzyjemny typek. Na szczęście miałam pistolet, a John również był uzbrojony. Razem zdołaliśmy wyperswadować mu ten napad.

Woźnica wykrzywił się do Fincha.

- Zauważ jednak, że ten łajdak nie zwrócił na mnie zbytniej uwagi. To pani Poole napędziła mu stracha. Mam wrażenie, że nigdy jeszcze nie stanął naprzeciw kobiety uzbrojonej w pistolet. Prawdopodobnie dobrze się zastanowi, zanim spróbuje obrabować następny powóz.

Finch puścił te szczegóły mimo uszu.

- Jeżeli spotkaliście rozbójnika po drugiej stronie rzeki, to nie stało się to na ziemiach należących do opactwa Monkcrest.

- A cóż to za różnica? - zdziwiła się Beatrice. - Rozbójnik pozostaje rozbójnikiem.

- Dopóki rozbójnik trzyma się z daleka od Monkcrest, jego lordowska mość nie musi się nim zajmować - zauważył Finch.

- To bardzo wygodne stanowisko - powiedziała Beatrice.

- Madame, zdaje się, że nie rozumie pani sytuacji - rzekł nieuprzejmie Finch. - W pewnych sprawach jego lordowska mość jest bardzo wymagający.

- Tak jak ja. Kiedy już zajmiesz się Johnem, możesz przysłać nam tacę z gorącą herbatą dla mnie i Sally. Jak tylko się odświeżymy, spotkam się z jego lordowską mością.

- I postaw na tej tacy pół kwarty dżinu, s’il vous plait - dorzuciła Sally. - Dla celów leczniczych, oczywiście.

Beatrice uniosła suknię i spróbowała wyminąć Fincha.

- Mógłbyś być tak dobry i zejść mi z drogi?

- Opactwo Monkcrest nie jest jakąś cholerną oberżą, pani Poole! - ryknął Finch.

- W takim razie obsługa i wikt powinny zdecydowanie przewyższać te, z którymi miałyśmy do czynienia zeszłej nocy w podróży. Bądź łaskaw zawiadomić jego lordowską mość, że będę gotowa zobaczyć się z nim za pół godziny.

W tym momencie powiew wiatru odrzucił kaptur z twarzy Beatrice i Leo mógł wreszcie zobaczyć rysy jej twarzy w blasku światła wydobywającego się przez uchylone drzwi domostwa.

Miała wysokie, inteligentne czoło; kształt nosa wyrażał stanowczość, a szczęka była ładnie zarysowana. Kobieta miała około trzydziestu lat i była stworzona do wydawania poleceń. Bez wątpienia światowa osoba, uznał Leo. Jedna z tych, które zawsze dostają to, czego chcą. Beatrice znów zasłoniła się kapturem.

- Mam powiedzieć jego lordowskiej mości, że pani zobaczy się z nim za pół godziny? - Finch zgarbił się i pochylił głowę jak byk gotujący się do szarży. - Nie rozkazuje się jego lordowskiej mości, jak gdyby był jakimś cholernym lokajem.

- Boże, nie zamierzałam wcale rozkazywać lordowi Monkcrest - przerwała mu gładko Beatrice. - Pomyślałam jednak, że jego lordowską mość życzyłby sobie wiedzieć, co dzieje się pod jego dachem.

- Zapewniam panią, madame, że jego lordowską mość ma swoje sposoby dowiadywania się o wszystkim, co dzieje się w jego domu i na ziemiach należących do Monkcrest - obwieścił Finch złowieszczym głosem. - Sposoby nie znane zwykłym ludziom, jeżeli wiesz, pani, co mam na myśli.

- Rozumiem, że czynisz aluzję do tych wielce interesujących plotek na temat zwyczaju jego lordowskiej mości, mówiących, że interesuje się on sprawami nadprzyrodzonymi. Ja osobiście w to nie wierzę.

- A może powinnaś, pani. Dla własnego dobra.

Beatrice zachichotała.

- Nie próbuj mnie przestraszyć, dobry człowieku. Tracisz tylko czas. Nie wątpię, że tutejsi wieśniacy znajdują przyjemność w tych opowieściach, ja jednak uważam się za autorytet w tego rodzaju sprawach i nie wierzę w bzdury, które słyszałam.

Leo uniósł brwi.

- Autorytet? Co, u diabła, ona ma na myśli?

Elf nadal węszył.

Tymczasem na podwórcu Beatrice doszła już widocznie do granic swojej cierpliwości.

- Sally, nie będziemy stać ani chwili dłużej. Wejdźmy do środka. - Ruszyła do przodu z szybkością, która bez wątpienia zaskoczyła Fincha.

Leo przyglądał się z niechętnym podziwem, jak zgrabnie wymija lokaja, wbiega po schodach i znika w sieni. Sally deptała jej po piętach.

Na dole stał Finch z otwartymi ustami.

Woźnica poklepał go ze współczuciem po ramieniu.

- Nie wiń siebie, człowieku. Przez ten krótki czas, jak pracuję dla niej, zauważyłem, że pani Poole jest jak żywioł. Jeżeli wyznaczy sobie jakiś cel, najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest zejść jej z drogi.

- Jak długo dla niej pracujesz? - zapytał Finch ponurym głosem.

- Wynajęła mnie wczoraj rano, abym przywiózł ją do Monkcrest. Ale to wystarczająco dużo czasu, żeby się dowiedzieć czegoś o tej pani. Muszę jej jednak przyznać, że w odróżnieniu od reszty ludzi z towarzystwa dba o swoją służbę. Po drodze jedliśmy całkiem dobrze. Nigdy też nie krzyczy na człow...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin