Hrabina.docx

(284 KB) Pobierz
CATHERINE COULTER

HRABINA

ROZDZIAŁ 1

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, nie wiedziałam oczywiście, kim jest. Tak naprawdę nawet mnie to nie interesowało - przynajmniej wtedy. Minęły dopiero trzy tygodnie od pogrzebu mojego dziadka. Właśnie otrzymałam list od kuzyna, Petera, który cudem wyszedł z bitwy pod Waterloo bez jednego draśnięcia, nie licząc ran duszy. Kuzyn napisał, że nie może opuścić Paryża, dopóki Francuzi, jak zawsze targani namiętnościami, nie zaakceptują Ludwika XVIII jako swojego pełnoprawnego, chociaż zidiociałego króla.

W przeciwieństwie do Francuzów, w owej chwili nie czułam zupełnie nic.

Dopóki nie spotkałam tego człowieka.

Spacerowałam w parku z George'em - moim terierem rasy Dandie Dinmont, o którym znajomi mawiali, że jest brzydki, jak sam diabeł w bezksiężycową noc. Nie zwracałam uwagi na pięknie wystrojonych ludzi, którzy przejeżdżali obok w karetach albo przechadzali się alejkami, podobnie jak ja. Szłam przed siebie w milczeniu, nawet George milczał, chociaż takie zachowanie nie było w jego zwyczaju. Jednak od śmierci dziadka w naszym życiu zapanowała cisza.

George był cicho nawet wtedy, gdy podniosłam patyk i rzuciłam go na odległość ponad pięciu metrów. Zwykle przy takich okazjach zaczynał szczekać jak szalony, po czym zrywał się do biegu i po kilkunastu wariackich skokach dopadał zdobyczy, żeby zatopić w niej zęby i powalić na ziemię. Tym razem nie wydał z siebie głosu. W końcu udało mu się złapać patyk, chociaż nie bez trudu.

Spowodował to mężczyzna, który podniósł patyk i zmierzył George'a wzrokiem, uśmiechnął się, po czym rzucił gałązkę dobre dziesięć metrów dalej. Pies, nadal bez jednego szczeknięcia, rzucił się naprzód tak szybko, że jego cztery krótkie łapki wyglądały jak jeden włochaty wir. Zamiast odnieść patyk swojej ukochanej pani - to znaczy mnie - George potruchtał z powrotem do mężczyzny i złożył gałąź u jego obutych stóp, merdając ogonem, który wyglądał jak wskazówka metronomu.

- George - powiedziałam nieco zbyt głośno - wracaj tu natychmiast. Chodź do mnie. Nie chcę, żeby ktoś ukradł mi taki skarb.

- To naprawdę wspaniałe zwierzę - krzyknął mężczyzna z oddali, a ja natychmiast wyczułam sarkazm w jego głosie. Zresztą trudno go było nie wyczuć. - Ale przysięgam, nie zamierzałem go uprowadzić z myślą o okupie. Niektórzy ludzie, niewątpliwie ograniczeni i płytcy, mogliby jednak pomyśleć, że z tymi musztardowoczerwonymi włosami pies nadaje się wyłącznie do odstraszania nieprzyjaciół.

- On wcale nie ma musztardowoczerwonych włosów. Psy z musztardową sierścią wyglądają idiotycznie. Powiedziałabym, że George ma włosy w barwach beżu zmieszanego z przepięknym, czerwonawym brązem - oświadczyłam, zmierzając w stronę mężczyzny, przy którym stał mój terier. Osobiście uważałam, że George odznacza się wyjątkowo ładnym umaszczeniem, szczególnie podobały mi się plamy beżu, chociaż nieżyczliwi mogliby nazwać ten kolor zgniłożółtym. Zresztą i tak plamy te nie były zbyt duże, bo sam George mierzył mniej niż czterdzieści centymetrów wysokości i ważył tyle, co niewielki kamień. Spojrzałam na niego, marszcząc brwi. Jego szata, mieszanka twardych włosów i miękkiego podszerstka, wymagała porządnego wyczesywania, a ja nie tknęłam go szczotką od ponad tygodnia. Tak bardzo pogrążyłam się w swoich sprawach, że zaniedbałam psa i teraz poczułam wyrzuty sumienia.

Tymczasem ten mały zdrajca wyglądał jakby się zakochał. Uklękłam przed nim, poklepałam jego okrągłą główkę i popatrzyłam prosto w wielkie inteligentne oczy, odgarniając z nich jedwabiste włosy.

- Posłuchaj mnie, ty karłowaty niewdzięczniku. To ja cię karmię, zabieram na spacery i wytrzymuję twoje chrapanie, kiedy najesz się za dużo gulaszu z królika firmy Cook. Teraz zamierzam wrócić do domu i chcę, żebyś poszedł za mną. Rozumiesz, George?

George podniósł głowę, zerkając na mnie, po czym odwrócił się do mężczyzny, który ukląkł obok mnie. W wielkich ślepiach mojego psa błyszczało uwielbienie. Mężczyzna usiłował rozładować sytuację, wzruszając beztrosko ramionami.

- Proszę się nie denerwować. Zwierzęta po prostu mnie ubóstwiają. Taki już się urodziłem, mam pewien dar, pewną moc przyciągania, tak można to nazwać. Wystarczy, że przejdę się raz po Bond Street, a wszystkie te frywolne małe pieski natychmiast zeskakują z rąk dam i ruszają za mną w pogoń. Polują na mnie psy z całego Piccadilly. Staram się je ignorować i zawsze oddaję właścicielkom, ale ten obłęd trwa bez końca. Co mam robić?

To humor, pomyślałam. Coś, czego w moim życiu brakowało już od tak dawna, że z trudem przypomniałam sobie o jego istnieniu. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. W odpowiedzi mężczyzna wyszczerzył do mnie olśniewające białe zęby, po czym ujął moją dłoń i pomógł wstać. Był potężny, zbyt potężny i zbyt wysoki. A przede wszystkim - zbyt młody. Ten człowiek nie stał tak po prostu w parkowej alejce, on górował nad całym otoczeniem, brał je w posiadanie. Odruchowo cofnęłam się o krok, potem o dwa.

- George - powiedziałam, czując się coraz bardziej niezręcznie. - Czas już sprawdzić, co tam pani Dooley naszykowała dla nas na lunch. We wtorki zawsze robi dla ciebie specjalną przekąskę z bekonu. Tak, tak z bekonu. Smaży go, aż stwardnieje do tego stopnia, że można nim rzucać o podłogę. Chodź już. Zostawisz teraz tego pana. Może i jest dla ciebie miły, ale na pewno nie chciałby, żebyś złapał zębami poły jego płaszcza i ścigał go aż do domu. Idziemy.

Odwróciłam się i odeszłam, mając nadzieję, że George nie zostanie z tym mężczyzną. Jeszcze przed chwilą siedział u jego stóp, machając ogonem i nastawiając uszy, zupełnie jakby chciał zapytać: „Czy sądzisz, że naprawdę dostanę bekon na obiad?”.

- Proszę zaczekać! - krzyknął za mną mężczyzna, unosząc rękę. - Nie wiem nawet, kim pani jest.

Ale ja nie zaczekałam. Nie chciałam, żeby poznał moje nazwisko. Poza tym, skąd ta ciekawość? Czy nie widział, że noszę żałobę? Czy nie zauważył, że źle się czułam, stojąc metr od niego? Przyspieszyłam kroku. Był wysoki, silny i za młody. Nie, pomyślałam, na środku parku nic mi nie zrobi, nie na oczach tych wszystkich ludzi. Potrząsnęłam głową, ale nie odwróciłam się do niego. Omal nie krzyknęłam z radości, kiedy popatrzyłam w dół i zobaczyłam, że George drepce obok mnie z wywieszonym językiem i patykiem w pysku. Dopiero na rogu odważyłam się spojrzeć za siebie.

Mężczyzna zniknął.

Właściwie czego innego się spodziewałam? Że rozwinie skrzydła i poleci za mną? Że porwie mnie i George'a w przestworza, po czym zaniesie do jakiegoś mrocznego starego zamczyska? Nie, nie był potworem i chyba nie miał złych zamiarów. Ale to jednak mężczyzna, pomyślałam. Zbyt młody i zbyt pewny siebie. Zdolny do rzeczy, o których bałam się nawet pomyśleć. Ale przynajmniej mnie rozśmieszył. To już coś.

Wróciliśmy do domu, gdzie George dostał na obiad nie bekon, lecz gulasz z królika, w związku z czym chrapał przez całą noc. Ja czytałam szarpiące nerwy wiersze Colleridge'a i zastanawiałam się, czy nie napisał ich pod wpływem opium.

I tak zapomniałam o zdarzeniach dzisiejszego dnia.

Kiedy zobaczyłam go po raz drugi, nadal nie wiedziałam, kim jest.

Ciągle jeszcze chodziłam w czerni, a w dodatku tym razem włożyłam też czarny woal, który zasłonił mi pół twarzy. Kiedy wyszłam z księgarni Hookhama, on stał pod drzwiami z otwartym parasolem. Właśnie zaczynało mżyć. Jego opaloną twarz rozjaśniał szeroki uśmiech, skierowany bez wątpienia do mnie.

Chciałam go zapytać, co tam robił, uśmiechając się do mnie tak promiennie, ale zdanie, które w końcu wydobyło się z moich ust, brzmiało zupełnie inaczej:

- Jakim cudem tak się pan opalił, chociaż od dwóch dni słońce nie wyszło nawet na minutę?

Uśmiech nieco przygasł, ale nadal czaił się w kącikach jego ust, gotowy, by przerodzić się w głośny śmiech. Czułam to.

- Przynajmniej tym razem spojrzała mi pani w twarz, czego nie chciała pani zrobić, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy w parku. W moich żyłach płynie hiszpańska krew, którą mój ojciec szczerze pogardzał, dopóki nie zakochał się w mojej matce, Isabelli Marii. Z tego związku narodziłem sieja. Ciekawe, co by sobie teraz o mnie pomyślał, gdyby jeszcze żył. Zupełnie nie przypominam prawdziwego Anglika, bladego, z różowymi policzkami.

- No cóż, to wszystko wyjaśnia - odparłam, po czym skinęłam głową, życząc mu miłego dnia.

Nie byłam zdziwiona, kiedy chwilę później mżawka przemieniła się w ulewę - w końcu mieszkałam w Anglii. Zdziwił mnie natomiast fakt, że mężczyzna szedł za mną krok w krok, trzymając mi parasol nad głową. Hm, nawet niech o tym nie myśli... Odwróciłam się raz jeszcze, żeby spojrzeć mu w twarz.

- Dziękuję, że mnie pan osłania. Co pan tu robi?

- Zobaczyłem, że kupuje pani książkę. Pada. Nie ma pani parasolki. Zamierzam chronić panią przed szaleństwem żywiołów, odprowadzić, dokąd tylko zechce pani pójść, i tym samym zyskać sobie pani dozgonną wdzięczność.

- Proszę wybaczyć - przerwałam mu, zerkając na szare niebo koloru żelaza. - Jakie szaleństwo żywiołów? Czy pan oszalał? Jesteśmy w Anglii.

Mężczyzna odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Śmiał się z tego, co powiedziałam. Usiłowałam zmarszczyć surowo brwi, ale on tylko podszedł bliżej. Nawet się nie przestraszyłam. Wokół krążyło co najmniej kilkunastu ludzi, uciekających przed deszczem lub manipulujących przy swoich parasolach.

- Dokąd mogę panią odprowadzić, panno...?

Już chciałam odwrócić się i odejść, kiedy on delikatnie dotknął ręką mojego ramienia. Zamarłam w bezruchu. Trwałam tak przez chwilę, czekając, co się stanie.

- W porządku - powiedział wolno, mierząc mnie wzrokiem.

Wiedziałam, że chciałby zedrzeć zasłonę z mojej twarzy. Ale oczywiście nie mógł tego zrobić.

- Miałem nadzieję, że George zastąpi osobę, która mogłaby nas sobie przedstawić owego dnia w parku. Niestety wtedy tego nie zrobił, a dzisiaj nie widzę go przy pani. Skoro pies nie nadawał się do tej roli, musimy znaleźć wspólnego znajomego pośród ludzi. Najwyraźniej jest pani damą surowo przestrzegającą praw etykiety. Czy w pobliżu widzi pani kogokolwiek, kto byłby godzien, aby mnie pani przedstawić?

Tak bardzo chciałam się roześmiać... Aż za bardzo. Nie powinnam się śmiać teraz, zaledwie miesiąc po śmierci dziadka. Stanowczo nie powinnam.

Popatrzyłam na przepięknie dobrany krawat, po czym podniosłam wzrok na tego mężczyznę. Miał dołeczek w dumnym podbródku i nadal uśmiechał się do mnie w najlepsze, demonstrując wspaniały garnitur białych zębów. Deszcz przybrał na sile, więc nie zamierzałam porzucać właściciela parasola. Nie ufałam mu ani trochę i podejrzliwie patrzyłam na ten uprzejmy uśmiech, ale nie byłam na tyle głupia, żeby z tego powodu przemoknąć do suchej nitki.

- Czego pan sobie życzy?

- Życzę sobie usłyszeć pani nazwisko, bym mógł poznać pani rodziców, rodzeństwo i wszystkie zwierzęta domowe oraz zapewnić ich, że nie jestem jakimś diabolicznym złoczyńcą, który uwziął się na ich piękną krewną. Chcę zabrać panią na lody do Gunthera i zaprosić na konną przejażdżkę. I chcę znów panią rozśmieszyć.

Tylko tyle, pomyślałam, wiedząc, że było to absolutnie niemożliwe.

- Mam tylko jednego krewnego - kuzyna, który aktualnie przebywa w Paryżu. Gdyby wiedział, jak pan mnie nagabuje, z pewnością odstrzeliłby panu głowę.

Mężczyzna przestał się uśmiechać.

- Czy nagabywaniem nazywa pani fakt, że usiłuję uchronić panią przed przemoknięciem aż po czubki pani uroczych bucików?

- Niezupełnie.

- To już coś. Jest pani w żałobie, głębokiej żałobie. Czy to oznacza, że każdy, kto panią spotyka, musi zrobić tragiczną minę, westchnąć i przygotować chusteczkę?

Był mocno umięśniony, podobnie jak Peter. Zauważyłam to pomimo eleganckiego stroju do konnej jazdy, który miał na sobie - obcisłe bryczesy, marszczona biała koszula, marynarka, której żaden człowiek nie mógłby włożyć samodzielnie i wypolerowane czarne buty sięgające za kolana. Mężczyzna na schwał, jak powiedziałby mój dziadek.

- Nie potrzebuję pańskiej chusteczki. A co do tragicznej miny, to pan chyba nie byłby w stanie jej zrobić. Ma pan twarz stworzoną do uśmiechów.

- Dziękuję.

- Nie chciałam, żeby zabrzmiało to jak komplement.

- Wiem.

- Radzę sobie świetnie sama, nie szlocham, nie błagam o współczucie i już z pewnością nie drgają mi usta. Aż tu nagle wyskakuje pan, jak...

- Błagam, niech pani ze mnie nie robi Filipa z konopii.

- W porządku. Wyskakuje pan nagle jak wuj Albert, którego trzymamy w zamknięciu na trzecim piętrze. Niestety regularnie przekupuje służącą i ucieka.

Mężczyzna wybuchnął śmiechem. Miał wspaniały śmiech, tubalny, głęboki i dźwięczny. Nie słyszałam takiego śmiechu od dawna. Prawdę mówiąc, od zbyt dawna. Ostatni raz w czasie naszego pierwszego spotkania w parku. Czyżbym niezamierzenie osiągnęła komiczny efekt? To dziwne, bo w moim życiu naprawdę brakowało choćby iskry humoru. Rzucając garść ziemi na trumnę dziadka, zdecydowałam, że dwadzieścia jeden lat uśmiechów i chichotów to wystarczająco wiele, jak na jedną ludzką istotę. A nawet więcej niż trzeba. Dziadek był przy mnie, odkąd skończyłam dziesięć lat, odkąd umarła moja mama, tata wyjechał z Anglii, a Peter zaczął naukę w Eton. I dziadek uwielbiał się śmiać. Ku mojemu zawstydzeniu poczułam, że po policzkach płyną mi łzy. Przywarły do przeklętego kwefu. Zerwałam z głowy zasłonę i otarłam oczy wierzchem dłoni. Łzy nadal płynęły. Czułam się ogromnie upokorzona.

- Bardzo mi przykro - powiedział mężczyzna. - Bardzo. Kogo pani straciła?

- Dziadka.

- Mój umarł pięć lat temu. Przeżyłem wtedy ciężkie chwile. Chociaż mówiąc szczerze, najbardziej tęsknię za babcią. Babcia zawsze powtarzała, że kocha mnie mocniej niż zachody słońca w Irlandii. Pochodziła z Galway, gdzie, jak twierdziła, zachody słońca są najpiękniejsze na świecie. A potem pokochała mojego dziadka tak bardzo, że dobrowolnie rozstała się z zachodami słońca, wyszła za niego za mąż i pojechała do Anglii. Nigdy nie wspominała nic na temat irlandzkiego Yorkshire.

Przez chwilę myślałam, że on też się rozpłacze. Nie chciałam, żeby był miły. Nie chciałam nawet, żeby wiedział cokolwiek o moich uczuciach. Wolałam, żeby zachował się jak mężczyzna. Wtedy wiedziałabym, kim jest, zanim jeszcze musiałabym się przejmować jego nazwiskiem. Moje łzy nagle wyschły. Wtedy on podał mi lewą rękę, ponieważ w prawej nadal trzymał parasol. Padało tak mocno, że zostaliśmy osaczeni przez mały, szary świat. Byliśmy całkiem sami. Nie podobało mi się to, ale cieszyła mnie obecność parasola. Nawet nie czułam wilgoci w powietrzu.

- Nie - powiedziałam, patrząc na jego dłoń, opaloną podobnie jak twarz, ale nie okrytą nawet rękawiczką. Nie zamierzałam dotykać tej wielkiej dłoni o silnych, muskularnych palcach. - Nie - powtórzyłam. - Nie chcę się z panem spotykać. Mieszkam razem z moją towarzyszką, panną Crislock, i nie przyjmujemy gości. Jesteśmy w żałobie.

- A jak długo planuje pani uciekać w żałobę?

- Uciekać w żałobę? Niczego podobnego nie robię. Kochałam mojego dziadka i tęsknię za nim. Szanuję jego pamięć. A poza tym jestem na niego trochę wściekła, że umarł i zostawił mnie tu zupełnie samą. Jak on mógł mi to zrobić? Pomimo zaawansowanego wieku nawet nie chorował. Wszystko było w porządku aż do tego dnia, kiedy wyjechał na przejażdżkę i jego koń potknął się w kałuży błota. Dziadek spadł z konia, uderzył głową w pień dębu i stracił przytomność. Już jej nie odzyskał. Ja broniłam go przed głupim doktorem, który chciał codziennie puszczać mu krew. Zaklinałam dziadka, żeby nie umierał, obiecałam, że pozwolę mu zjeść tyle tarty jabłkowej Cooka, ile tylko będzie chciał. Błagałam, żeby mnie nie opuszczał, żeby otworzył oczy i uśmiechnął się do mnie - albo obrzucił mnie wyzwiskami, co lubił prawie tak jak śmianie się - ale on nie słuchał. Nie chcę, aby mi przypominano, że życie toczy się dalej, chociaż ja straciłam najważniejszą osobę spośród bliskich, i to w tak idiotyczny sposób. Nikogo to zresztą nie obchodzi.

- A kogo może obejść, skoro nie chce pani nawet zdradzić swojego nazwiska?

- Życzę panu miłego dnia.

Tym razem za mną nie poszedł. W ciągu kilku sekund przemokłam na wylot. Woal przylgnął do mojej twarzy jak druga skóra i drażnił mnie jak lepki plaster. Uciekać w żałobę. Co za nietaktowna uwaga. I przy tym jaka okrutna. Powiedział to tylko dlatego, że nie chciałam mu się przedstawić. Mężczyźni są drażliwi. Myślą tylko o sobie i przykładają wagę tylko do własnych pragnień i zachcianek. Mój dziadek nie żył. Opłakiwałam jego śmierć. Każdy opłakiwałby śmierć tak wspaniałego człowieka.

Wcale nie uciekałam w żałobę.

Kiedy zobaczyłam go po raz trzeci, nadal nie miałam pojęcia, kim jest. Rozmawiał właśnie z przyjacielem mojego dziadka, Theodorem lordem Anstonem, dżentelmenem, który zasłaniał łysą czaszkę kruczoczarną peruką i zawsze wdziewał czarne bryczesy - nie tylko do Almacka w środowe wieczory. Jeździł ze swoimi psami po Hyde Parku, polując nie tyle na lisy, co na urodziwe damy i ich służące. Mój dziadek opowiedział mi kiedyś, śmiejąc się w rękaw, że Theo włożył nawet satynowe bryczesy na zawody w Hounslow Heath. Jeden z walczących był tak zdziwiony, że na chwilę opuścił ręce i wbił wzrok w lorda Anston. A wtedy jego przeciwnik błyskawicznie rozłożył go na łopatki.

Lord Anston uśmiechnął się, pokazując komplet zadziwiająco ładnych zębów, poklepał mężczyznę po ramieniu, po czym stuknął w chodnik laską o gałce w kształcie lwa. Lord miał na sobie czarne satynowe buty z wielkimi, srebrnymi klamrami. Moim zdaniem poruszał się na tych siedmiocentymetrowych obcasach całkiem zgrabnie, jak na mężczyznę.

Gdybym odeszła nieco szybciej, mężczyzna z pewnością by mnie nie zauważył, ale ja zapatrzyłam się na buty lorda Anstona. Zastanawiałam się właśnie, jak ja bym w nich wyglądała, kiedy moim oczom ukazała się ogromna kałuża odległa najwyżej o metr od szykownych butów. Zastygłam w napięciu - wiedziałam, że lord za chwilę w nią wdepnie - i z wrażenia nie odeszłam stamtąd dość szybko. Kompan lorda dopadł mnie w ciągu dwóch sekund.

- Ale co to? Nie ma George'a? - zapytał, oślepiając mnie tymi swoimi białymi zębami. - Biedny piesek, roztyje się z powodu braku ruchu.

- George cierpi na katar. Już dochodzi do zdrowia, ale nadal jest zbyt słaby, żeby wydać go na pastwę żywiołów.

Wprawdzie „żywioły” nie wydawały się szczególnie okrutne w ten słoneczny, pogodny dzień, ale mężczyzna pokiwał głową.

- Katar to podstępna choroba - powiedział tonem człowieka, który nigdy się nie myli. - Radziłbym trzymać George'a z dala od żywiołów, aż będzie w stanie postawić ogon na sztorc.

Uśmiechnęłam się - a niech go! - I natychmiast wyobraziłam sobie George'a merdającego tą swoją chorągwią, kiedy pani Dooley karmiła go z ręki ręcznie lepionymi kuleczkami z łososia.

- Znowu panią rozśmieszyłem! - oświadczył nagle mężczyzna, a ja odruchowo odsunęłam się o krok, zanim pojęłam, że nie mam powodów do niepokoju. On tylko odchylił głowę na bok i popatrzył na mnie pytająco. Ale ja nie zamierzałam mu tłumaczyć, że nie ufam ani jemu, ani żadnemu mężczyźnie na tyle, żeby stanąć bliżej niż wynosił mój rekord w pluciu do kałuży na odległość. - Proszę się nie bać - powiedział w końcu, marszcząc brwi. - Pomyślałem tylko, że kiedy mężczyzna potrafi rozśmieszyć kobietę, wówczas ona już jest jego.

Pokręciłam głową, ale on znów się uśmiechnął.

- To był tylko żart, ale nie do końca - powiedział. - Lord Anston poinformował mnie, kim pani jest. Poprosiłem, żeby pani nie wołał, bo mogłaby pani uciec, na co on: „Co takiego, John? Jamesonówna miałaby uciec? Ha! W tym małym ciele nie ma nawet jednej tchórzliwej kostki. Ona pięknie śpiewa. Może ta muzykalność rozciąga się na całe ciało, niestety nie udało mi się tego sprawdzić. Chyba jest słodziutkie, kto wie?”. Dokładnie to powiedział mi lord. Dodał też, że zna panią odkąd wypluwała pani mleko na jego kołnierz.

- To możliwe - odparłam - chociaż nie przypominam sobie tego mleka. Lord Anston jest starym przyjacielem mojego dziadka. A ja znacznie lepiej gram na fortepianie niż śpiewam. To moje palce są muzykalne, nie gardło.

- Trochę się zdziwiłem słysząc, że jest pani kuzynką Petera Wiltona. Jaki ten świat mały. Znam Petera od czasów, kiedy jako chłopcy studiowaliśmy razem w Eton. Pani jest Andrea. Peter opowiadał mi o pani tysiące razy.

- Nie - powiedziałam. - Nie nazywam się Andrea. Popełnił pan okropny, chociaż zrozumiały błąd. To się zdarza. Proszę nie rozpamiętywać tej porażki, do jutra o wszystkim pan zapomni. Do widzenia. Życzę panu miłego dnia.

Obejrzałam się za siebie dopiero za rogiem. Stał tam jeszcze, patrząc za mną. Podniósł rękę, żeby mnie pozdrowić, po czym powoli ją opuścił i poszedł w swoją stronę.

To było nasze trzecie spotkanie, a ja nadal nie znałam jego nazwiska. Usłyszałam tylko imię: John. John to zwyczajne i przeciętne imię, ale wiedziałam, że jego właściciel do przeciętnych nie należy. Znajomość pierwszego imienia w pełni mi wystarczała. Wolałam na tym zakończyć naszą znajomość. Każdą cząstką ciała, aż po podeszwy stóp czułam, że ten mężczyzna jest niebezpieczny.

Niebezpieczni są wszyscy mężczyźni, którzy uśmiechają się promiennie tak często, jak często wkładają ulubioną koszulę.

ROZDZIAŁ 2

Leżałam na jednym z pięknych aksminsterskich dywanów dziadka i z nogami niedbale opartymi o wielki, skórzany fotel czytałam o moim bohaterze - lordzie Nelsonie. Gdybym tylko była przy nim na pokładzie Yictory, gdybym mogła go strzec, na pewno żyłby do dziś. Przynajmniej dowiedziałby się przed śmiercią, że wygrał bitwę. A tak - jest już tylko wspomnieniem, przeszedł do historii i na karty książek jako bohater swoich czasów. Ale założyłabym się o każdą kwotę, że wolałby tu siedzieć ze mną i opowiadać o swoich przygodach, szczególnie tych miłosnych, związanych z panią Hamilton. Ach, co za podły świat, jak powiedziałby mój dziadek. Chociaż wcale mnie to nie zachwyca, rzeczy mają się tak, a nie inaczej. Tego nauczyłam się już jako dziecko. Mogłam się burzyć i protestować, ale świat jest taki a nie inny.

- To był prawdziwy mężczyzna. Nie tolerował niekompetencji, bolał nad szaleństwem króla, ministrom wydzierał z gardła pieniądze, statki i ludzi potrzebnych do pokonania tych przeklętych Francuzów. Zawsze pozostał wierny swojemu krajowi. Znałem go bardzo dobrze i nigdy już chyba nie spotkam mężczyzny, który będzie tak odważny i tak śmiały jak on. A czasem dziadek ulegał diabelskim pokusom i mówił, że pani Hamilton tak naprawdę zakochała się w nim, a nie w lordzie Nelsonie. I tylko dlatego, że dziadek miał już żonę, pani Hamilton musiała zadowolić się romansem z lordem. Nelson był strasznie niski, wiesz Andy? Okropnie. Za to nadrabiał wybitnym rozumem. Chociaż nie zawsze. Na przykład, pomimo całej swojej bystrości, nigdy nie umiał uszczęśliwiać dam. Nie chodzi mi o to, że kobiety są głupie - to nieprawda. Wystarczy tylko popatrzeć na twoją babkę. To dopiero dama - trzymała mnie w garści dzięki znakomitej sprawności rozumu. A lord Nelson bezustannie wymyślał wspaniałe nowe strategie, ale żadna z nich nie mówiła o tym, jak uszczęśliwić kobiety.

Chciałam go zapytać, jak wpadł na tę wspaniałą teorię. Chciałam mu powiedzieć, że mężczyźni zawsze myślą tylko o swoim szczęściu. Kiedy już zdobędą władzę nad kobietą, dlaczego mieliby się o cokolwiek starać?

- Andy, co ty, do diabła, robisz?

Zerknęłam w górę i zobaczyłam mojego kuzyna Petera.

- Peter - zanim dotarłam wzrokiem od jego stóp do twarzy musiało minąć trochę czasu. - Podobno jesteś w Paryżu. Ale zdaję się, że jednocześnie stoisz tu przede mną.

- A ty leżysz na podłodze z nogami na krześle i nosem w książce. Nawet nie wiesz, ile razy wyobrażałem sobie ciebie w takiej pozie.

Skoczyłam na równe nogi i rzuciłam się, żeby go uściskać. Na szczęście w porę otworzył ramiona. Wycałowałam całą jego twarz, nie ominęłam nawet płatków uszu.

- Wróciłeś - szepnęłam, przytulając się do niego. Peter roześmiał się, ściskając mnie mocno w objęciach. W końcu odsunął na chwilę od siebie.

- Dobrze wyglądasz - powiedział i natychmiast wyczułam, że kłamie.

Byłam blada i chuda, a co gorsza, miałam takie cienie pod oczami, że mogłabym straszyć dzieci nawet w słoneczny dzień. Ciągle głaskałam go rękami po ramionach, chcąc się upewnić, że naprawdę przede mną stoi.

- Co tu robisz? Nie spodziewałam się ciebie. Mój Boże, czy coś się stało?

Peter opuścił ręce.

- Nie przyjechałem na długo - powiedział, patrząc na mnie przez ramię, po czym podszedł do barku nalać sobie brandy. - Muszę wracać do Paryża.

Podniósł karafkę i popatrzył na mnie pytająco. Skinęłam głową, więc nalał mi brandy do jednej z przepięknych kryształowych szklaneczek mojej babci.

Stuknęliśmy się szkłem, po czym wypiliśmy jego zawartość, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że Peter jest wściekły. Jego wykalkulowane gesty i całkowite opanowanie wydały mi się bardzo dziwne. Odstąpiłam o krok i czekałam. Nie widziałam go od pół roku. Prawie wcale się nie zmienił, chociaż trochę wyprzystojniał od czasu, kiedy w maju wyjechał z Anglii do Brukseli. Jeszcze nigdy nie modliłam się tak często i z takim zaangażowaniem, jak w czasie miesięcy poprzedzających wielką bitwę pod Waterloo. Peter był dziedzicem mojego dziadka. Jego rodzice, Rockford Wilton z żoną, zmarli, kiedy miał zaledwie pięć lat. Peter wychowywał się w domu mojej rodziny aż do momentu, gdy dziadek uznał, że chłopak może już jechać do Eton. Pamiętam, że Peter kochał moją matkę. Nie wiem, co sądził o ojcu.

Peter przypomniał mi o tamtym mężczyźnie o imieniu John, mężczyźnie, którego nadal nie znałam, chociaż spotkałam go już trzykrotnie przy różnych okazjach. Ostatni raz widziałam Johna trzy miesiące wcześniej. Czas mijał szybko. Nastał listopad, zimny i wilgotny, pozbawiony słońca. Nie mogłam tego znieść. Powietrze gęstniało od dymu z licznych pieców węglowych. W chłodne zimy i jesienie w Londynie nie należało nosić białych ubrań.

Chciałam wyjechać na wieś, gdzie powietrze było czyste i świeże, ale panna Crislock nie czuła się dobrze. Nie mogłam od niej żądać, żeby odbyła czterodniową podróż - przynajmniej nie w tym stanie.

W ciepłym gabinecie dziadka zaciągnięte zasłony chroniły nas przed zimnym, szarym popołudniem.

- Usiądź, Peter - powiedziałam w końcu, dopijając brandy. - Powiedz mi, dlaczego jesteś wściekły.

- Nie jestem - odparł tak ostrym i twardym tonem, że mógłby nim roztrzaskać moją szklankę.

Zauważyłam, że pani Pringe, gospodyni, która pracowała dla mojego dziadka dłużej niż ja żyłam na tym świecie, właśnie stanęła w drzwiach prowadzących na korytarz. Pani Pringe obserwowała nas spod uniesionych grubych, czarnych brwi.

- Poprosimy o herbatę - powiedziałam i skinęłam głową w jej stronę. Pani Pringe była wysoką, potężnie zbudowaną kobietą, większą nawet od dziadka, i zawsze ubierała się w atłasowe, fioletowe podomki. Znała zarówno mnie, jak i Petera od zawsze, więc chciała wiedzieć, co się stało. I pomóc we wszystkim, w czym tylko by mogła. A zawsze wyczuwała, ilekroć coś było nie tak. Ja oczywiście doskonale wiedziałam, dlaczego Peter tak nagle przyjechał do domu i dlaczego był wściekły, ale uznałam, że mam prawo usłyszeć o tym od niego pierwsza, bez pani Pringe, krążącej nad nim jak sęp z zaciśniętymi ustami i drżącymi rękami.

Ale Peter stał jak skamieniały, patrząc na mnie takim wzrokiem, jakbym przeszyła bagnetem jego przyjaciela. Zbyt przystojny, to mu przyniesie pecha - mawiał dziadek. Za dużo włosów, więcej niż potrzeba i niż się należy takiemu smarkaczowi. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Dziadek stracił większość włosów na pół roku przed czterdziestymi urodzinami. Peter mógł wyglądać jak anioł albo jak potwór - dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Nie bałam się Petera. Ufałam mu instynktownie odkąd skończyłam trzy lata, a on wyciągnął mnie z grząskiego bagna, w które wpadłam nad stawem. Od tego czasu żywiłam dla niego nieograniczony podziw, co doprowadzało go do rozpaczy. Był właśnie dorastającym chłopcem, uczniem w Eton i często sprowadzał do domu swoich przyjaciół, którzy musieli patrzeć, jak malutka kuzynka wpatruje się w niego z niekłamanym uwielbieniem i wyciąga chude ramionka, żeby wziął ją na ręce.

- Powiedz mi, że to nieprawda - mruknął w końcu.

- Dlatego tu przyjechałeś? Dlatego jesteś wściekły?...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin