Prolog:
Dwudziesty drugi lipca. Na ten dzień tak czekałam od kilku miesięcy i „nareszcie” nadszedł, choć już nie jest taki szczęśliwy. Przecież jeszcze jakiś czas temu nic nie było dla mnie ważniejsze niż ślub i mój ukochany.
A teraz czemu mam wątpliwości? Nagle drzwi do mojej sypiali otworzyły się i weszła miłość mojego życia – tak mi się przynajmniej wydawało lub próbowałam to sobie wmówić.
- Dzień dobry, kochanie – przywitał się ze mną i przyciągnął do siebie. – Jak ci się spało? – zapytał, uśmiechając się.
- Nawet dobrze – odpowiedziałam, pochylając głowę
- Miejmy nadzieję, że pogoda się poprawi. – Pokiwałam tylko głową, nie miałam nawet bladego pojęcia, jaka dzisiaj jest pogoda. – Już zostawiam cię samą, żebyś mogła się przygotować. – Pocałował mnie w policzek i podszedł do wyjścia.
- Bello – usłyszałam po chwili. – Kocham cię.
- Ja ciebie też – odpowiedziałam słabym głosem. Gdy tylko drzwi się zamknęły, usiadałam na łóżko i schowałam twarz w dłonie. Po paru minutach do pokoju weszła fryzjerka potem następna osoba i jeszcze jedna. Nie zwracałam uwagi, co ci wszyscy ludzie robili koło mnie. Dwie i pół godziny później byłam już gotowa. Czekałam na dole z moimi druhnami, wszystkie stały koło mnie uśmiechnięte, zadowolone a nawet powiedziałabym, że były bardzo szczęśliwe. Dlaczego ja nie mogłam zachowywać się tak jak one? Po chwili weszła Maggie (kobieta, która pomogła nam zorganizować ślub) i powiedziała nam, że za pięć minut wychodzimy. Drzwi zostały już otwarte, a ja z oddali obserwowałam gości. Niektórzy rozmawiali, inni patrzyli się w kierunku drzwi, spojrzałam też w stronę ołtarza, gdzie stał mój ukochany. Widziałam na jego twarzy szeroki uśmiech i założę się, że można było dostrzec w jego oczach blask.
Nagle Maggie dała nam znak, żebyśmy wychodziły, w oddali było słychać „Marsz Mendelssohna”, a w mojej głowie słyszałam wszystkie te kłamstwa, które próbowałam sobie wmówić. Parę metrów przed ołtarzem zatrzymałam się, a mój ukochany patrzył na mnie z takim strachem, złością lub przerażeniem w oczach, ale nie mogłam tego określić.
- Przepraszam – wyszeptałam i zaczerpnęłam powietrza. – Przepraszam, ale nie mogę. – Po powiedzeniu tych słów odwróciłam się w stronę domu i zaczęłam uciekać. Słyszałam, jak mój ukochany woła moje imię, ale się nie obejrzałam do tyłu. Wbiegłam do domu wzięłam moją torebkę i skierowałam się jak najszybciej na parking. Na parkingu spotkałam dwójkę gości, coś tam mówili i patrzyli się na mnie. Może rzeczywiście wyglądało to trochę teatralnie albo jak w tym filmie z Julią Roberts „Uciekająca panna młoda”, ale mnie w tym momencie to nie obchodziło, musiałam dostać się jak najszybciej na lotnisko.
kristbell