Jacek Inglot - INQUSITOR
www.bookswarez.prv.pl
W apollińskiej atmosferze pokoju nauczycielskiego dzwonek ogłaszający koniec długiej przerwy zabrzmiał szczególnie ostro i nieprzyjemnie.
- Jezuuuu... - zawył nostalgicznie Jan Łucek, geograf, dla oszczędności zwany Łucjanem, i na jego twarzy odbił się wyraz zniechęcenia. - Znowu trzeba iść na tę
golgotę.
W oficjalnej dydaktycznej nomenklaturze "golgota" nosiła nazwę jednostki lekcyjnej.
- Jeżli ci życie zbrzydło i świat stał się piekłem, wsadź łeb do muszli i pierdolnij deklem - strzelił w jego kierunku Rybak, anglista, który miał się dzisiaj za jedynego prawdziwego cierpiętnika systemu edukacyjnego, ponieważ od rana dręczył go obrzydliwy kac. Lubował się wówczas w prostych i niewyszukanych mądrościach ludowych.
- Gdybyż to było takie proste - westchnął ciężko informatyk, nazywany powszechnie Teogderykiem , ksywę tę nadała mu wdzięczna młodzież, jako że na każdej lekcji podkreślał wartość solidnego, teoretycznego przygotowania, co uczniowie mieli za "teoretyczne gderanie". - Poza tym o wiele łatwiej poszukać
sobie solidnej gałęzi, najlepiej na młodym drzewie. Nie zapomnij tylko namydlić
pętli.
Łucjan wybałuszył na nich przerażone oczy.
- A idźcie mi do diabła z takimi radami! - krzyknął i chwytając po drodze dziennik wypadł w głąb szkolnych kazamatów. Za nim powoli ruszała się i reszta , nauczyciele łapali za dzienniki i znikali za drzwiami. Po chwili zostałem sam. Miałem teraz okienko, czyli wolną godzinę, którą zasadniczo powinienem spędzić
na poprawianiu wypracowań . Spojrzałem z niechęcią na ich stos, spoczywający na moim kawałku stołu; przypominały cienkie, lejące się naleśniki, ułożone jeden na drugim - potrzebny byłby tylko słoik dżemu i widelec. Ujrzałem je oczyma wyobraźni, ślicznie wypieczone, parujące i zachęcająco pachnące. Wizja była tak sugestywna, że poczułem, jak kąciki ust wypełniają mi się śliną. Przełknąłem ją, gromiąc się równocześnie za grzech łakomstwa. Naleśniki zniknęły i znowu widziałem prozaiczny stos czekających na sprawdzenie bazgrołów. Chociaż
mógłbym przysiąc, że w powietrzu nadal unosił się skręcający kiszki zapach. Nie miałem czasu więcej nad tym deliberować, ponieważ do pokoju wpadła Krystyna, sekretarka dyrki.
- Herman wyskoczył przez okno! - wrzasnęła, okręciła się w miejscu jak fryga i już ją wywiało z powrotem.
Nie wierzyłem własnym uszom - Herman, historyk,zwany Pobożnym, bowiem specjalizował się w Piastach śląskich, sprawiał wrażenie najspokojniejszego faceta w całej budzie. Skakanie przez okno czy nawet skakankę w jego wykonaniu wydawało się równie nieprawdopodobne co i lot na Księżyc. Wyjrzałem na zewnątrz. Rzeczywiście, na trawniku z tyłu szkolnego budynku leżał
na wznak Herman, wokół którego kręciło się kilku uczniów pod dowództwem peowca. Ten objaśniał właśnie szczegółowo obrażenia związane z pęknięciem śródstopia i uszkodzeniem stawów. Błyskawicznie zbiegłem na dół. Hermana tymczasem położono na noszach , nie wyglądał dobrze, cały blady i trzęsący się
jak osika.
- Skąd on skoczył? - spytałem. Peowiec bez słowa wskazał otwarte okno na pierwszym piętrze. Ani chybi ubikacja. Pochyliłem się nad leżącym historykiem.
- Po coś to uczynił, człowieku boży? - zapytałem. Herman dalej dygotał, szczękając zębami, w końcu wykrztusił: '
- Mmmusiałem... zzzatrzasłłłooo..'. dzzzwonekkk...
Zrozumiałem z tego, że, zatrzaśnięty w ubikacji, usiłował przez okno wydostać się
na zewnątrz i zdążyć na lekcję. A mówią, że nauczyciele w ogóle się nie przykładają do roboty. Proszę, oto nasz historyk ryzykował życiem, aby wyłożyć
absolutnie nikomu niepotrzebną lekcję o wojnie trzydziestoletniej czy rewolucji przemysłowej w Anglii. Chciałem w tym momencie udzielić Hermanowi pochwały na miejscu, niczym sam Kim Ir Sen, ale właśnie zjawiło się dwóch ludzi z pogotowia i peowiec mógł przystąpić do praktycznej lekcji przekładania poszkodowanego z jednych noszy na drugie.
Wracając do pokoju zatrzymałem się przy nauczycielskiej ubikacji. Samobójczy skok z powodu zatrzaśniętych drzwi? Owszem, czasem zdarzały się zatrzaśnięcia, aż do zeszłego tygodnia, kiedy jeden z użytkowników definitywnie zablokował
zamek, łamiąc w nim klucz. Od tej pory wchodził tam kto chciał i miało tak trwać
aż do momentu, gdy konserwator upora się z teoretyczną stroną zagadnienia (tzn. kupić nowy zamek czy naprawić stary). Pchnąłem ostrożnie inkryminowane odrzwia, chodziły lekko jak posmarowane masłem. Wszedłem do środka, zatrzaskując je za sobą z całej siły. Potem znowu otworzyłem. Nic. Przywidziało mu się czy co? Nie wiedziałem, co o tym myśleć, w związku z czym dałem sobie spokój i poszedłem na górę.
Oczywiście cały pokój nauczycielski huczał od plotek.
- A ja wam mówię, że on się zakochał - oświadczyła pani Zosia, rusycystka. - Eto emocjonalnyj cziełowiek, diejstwitielno romanticzieskaja duszcz!
- Herman? - powiedział z powątpiewaniem Teogderyk. - On się takimi bzdurami nie zajmuje, to człowiek wyższych ideałów, kochać by się mógł co najwyżej w świętej Jadwidze.
Ale teoria pani Zosi już chwyciła i zaczęto się teraz zastanawiać, któraż to bogdanka zmusiła Pobożnego do tak desperackiego kroku. Wtedy po raz pierwszy padło imię Patrycji.
- Och, Patrycja... - powiedział z westchnieniem Rybak i zamknął z lubością oczy.
- Jaka znowu Patrycja? - zdziwiłem się.
- Przekonasz się - Rybak uśmiechnął się znacząco i puścił do mnie oko. - Mróz po kościach idzie...
W tych sprawach Mister Fisherman nie stanowił dla mnie autorytetu, jako że bezkrytycznie ciął, co podleci, folgując resztkom młodości i tracąc przy tym ostatki owłosienia. Zaliczał głównie zresztą maturzystki, które oddawały mu się ze względu na egzamin. Anglista, widząc moją sceptyczną minę, dodał:
- Sam zaraz zobaczysz. Dyrka prosiła, abyś poszedł za Hermana na fakultet i zajął ich trochę. Dzisiaj już się nie da ściągnąć innego historyka.
- I ta Patrycja tam będzie.
Rybak nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko wyjątkowo obleśnie. Wzruszyłem ramionami i poszedłem szukać dziennika.
Gabinety historyczne znajdowały się na pierwszym piętrze - fakultet Hermana siedział w środku, z dziennika wynikało, że jest to szesnastu maturzystów płci obojga. Kładłem już rękę na klamce, kiedy naraz zastanowiła mnie panująca za drzwiami cisza.
Zwykle czekająca na nauczyciela młodzież daje czadu na całego, zupełnie nie oszczędzając młodych strun głosowych. Z drugiej strony nie była to cisza absolutna, coś tam przez szpary we framudze przeciekało - jakieś wielogłosowe dyszenie, sapanie, chwilami mlaskanie. Do licha, co oni tam wyprawiają? - pomyślałem, naciskając klamkę.
Dobrze, że uchyliłem drzwi tylko trochę, od całości sceny dostałbym prawdopodobnie pomieszania zmysłów. Ujrzałem oto fragment zajmującego środek klasy kłębowiska nagich ciał, zajętych kopulacją, masturbacją i co tam kto mógł wymyślić. Dupy, pośladki, penisy i języki ruszały się szybko w tępym, tartacznym rytmie i w monotonii charakterystycznej dla pornosów produkcji Madame Orlowski. Gapiłem się na to przez piętnaście może sekund, po czym zatrzasnąłem z hukiem drzwi i oparłem o nie ciężko, ledwo mogąc ustać na drżących nogach.
Otarłem chusteczką pot z czoła - od tego widoku spociłem się jak mysz. Nie ulegało wątpliwości, że albo ja zwariowałem, albo ci za drzwiami. Tertium non datur.
Tak czy owak rzecz należało wyjaśnić do końca. Inkwizytorze, do dzieła. Otworzyłem drzwi na oścież - gwar klasy ucichł i uczniowie, jak na komendę, obrócili ku mnie głowy.
Wszyscy siedzieli na swoich miejscach, ubrani od stóp do głów, z rozłożonymi książkami i zeszytami. Na mój widok wstali i chcieli chórem powiedzieć dzień
dobry, ale machnąłem ręką, aby dali sobie spokój. Usiadłem za biurkiem Hermana i zacząłem sprawdzać obecność.
Patrycja była zapisana pod numerem, nomen omen,trzynastym. Oczywiście rewelacje Rybaka na jej temat, jak zwykle u tego erotomana, okazały się
przesadzone, niemniej zełgałbym jak pies, mówiąc, że nie uczyniła na mnie wrażenia. Wysoka, rudowłosa, zielonooka, o ładnej, pociągłej twarzy, zepsutej trochę zbyt intensywnym makijażem. Siedziała całkiem sama, w najodleglejszym kącie, obserwując mnie spod zmrużonych powiek. W jej wzroku było coś
niepokojącego. Poczułem się naraz nagi i zawstydzony - czy może być spojrzenie równie intensywne jak Chanel numer 5? Taki wzrok, więcej, wyraz twarzy, miała Sylwia Kristel jako Emmanuelle w czasie sceny w samolocie, między jednym a drugim stosunkiem. Tak mogła patrzeć tylko babilońska nierządnica. Cała reszta klasy spoglądała na mnie w sposób jak najbardziej niewinny i prozaiczny. Jeżeli jeszcze minutę temu nurzali się grupowo w rui i porubstwie, musieli mieć wręcz nieludzką zdolność metamorfozy - albo to, co widziałem, stanowiło wyłącznie twór mojej imaginacji. Wyglądało to tak, jakbym na jawie śnił
któryś z bardziej sprośnych snów Rybaka.
Jeszcze raz spojrzałem na Patrycję; odprężona, rozluźniona nawet, uśmiechała się do mnie z nietajoną perwersją. O wszystkim wie! - przeszło mi przez głowę w nagłym olśnieniu. I to z tego powodu ma tak świetny ubaw? W jej oczach zamigotały figlarne ogniki, rozchyliła usta i na moment ukazał się w nich koniec różowego języka, dotykający górnej wargi. Przeklęta nimfetka, czy myśli, że każdy w tej szkole jest Rybakiem? Odpowiedziałem jej jednym z moich najszczerszych uśmiechów, typu "belfer też człowiek". Zawsze zdążę się z nią
policzyć.
- Otwórzcie zeszyty. Ostatnio mówiliście o wystąpieniu Lutra i kontrreformacji. Jedną z cech kryzysu renesansu było nasilenie się procesów o czary. Najsłynniejszy podręcznik inkwizycji, "Młot na czarownice", po łacinie Malleus Malef carum, opublikowano już w roku 1486, czyli jeszcze przed wojnami religijnymi...
Dzień następny zaczął się zwykłym szkolnym kieratem: lekcja, przerwa, lekcja. ,O
wypadku Hermana dyskutowano jeszcze, ale z mniejszym zapałem: Bardziej się
stresowano mającą niedługo nastąpić kuratoryjną wizytację. Tak trwało aż do długiej przerwy.
Kręciłem się wtedy na dyżurze i widziałem, jak Teogderyk znika właśnie w sekretariacie. Wynurzył się stamtąd po niespełna pół minucie z paniką wypisaną
na twarzy. Spojrzał w moim kierunku i machnął rozpaczliwie ręką. Cały czas stał
przy drzwiach do sekretariatu, trzymając się kurczowo klamki.
- Co się dzieje? - zapytałem. - Wyglądasz, jakbyś zobaczył diabła...
- Gorzej - sapnął, nie odstępując drzwi ani na moment. - Sam popatrz. Uchylił je na tyle tylko, abym mógł wsadzić do środka głowę. Rzeczywiście, tego widoku można było się przestraszyć. Nie żeby Krystyna miała złą figurę i czy jakieś szczególne defekty, nie, wszystko przedstawiało się bardzo przyzwoicie. Niemniej widok dokumentnie gołej sekretarki, pracującej jak gdyby nigdy nic, mógł jednak w środku szkolnego dnia trochę zaszokować. Krystyna, nieco pochylona, wypełniała jakiś formularz. Podniosła głowę i spojrzała na mnie.
- Dlaczego nie wchodzisz? - zapytała spokojnie.
- Zzzzarazzz... - cofnąłem się i zamknąłem drzwi.
Teogderyk wyjaśniał jakiemuś uczniowi, że sekretariat jest chwilowo nieczynny. Spojrzał na mnie ponaglająco.
- Zrób co?! - syknął.
- Ale co? - zupełnie nie miałem żadnego pomysłu.
- Idź tam i spróbuj ją jakoś ubrać.
Wiśta wio, łatwo powiedzieć - przyszła mi na myśl jedna z ludowych mądrości Rybaka. Chyba jednak nie było innej rady.
Wsunąłem się ukradkiem do sekretariatu i podszedłem do biurka Krystyny. Nadal siedziała za nim goła jak ją Pan Bóg stworzył: z tyłu dostrzegłem krzesło z ułożonym w porządną, wojskową kostkę kostiumem. Z oparcia zwisały pończochy wraz z bielizną, buty stały obok. Przemawiał z tego widoku charakter osoby systematycznej i uporządkowanej. Dlatego to, ca widziałem za biurkiem, nie chciało mi się pomieścić w głowie. W pierwszej chwili pomyślałem, że to rozpaczliwa demonstracja znudzonej na śmierć urzędniczki - i takie wypadki notują kroniki obyczajowe. Niemniej wiąże się z tym określone, prowokacyjne zachowanie, wyzywający wzrok, wulgarne propozycje itp. Krystyna nadal pracowicie wypełniała formularz, nie zwracając na mnie większej uwagi.
- Jeśli masz coś naprawdę ważnego, to wolałabym później, teraz jestem zajęta - otworzyła skoroszyt i sprawdzała coś w rozdzielniku.
- Ehm, jakby ci to powiedzieć... - podsunąłem sobie wolne krzesło i usiadłem tuż
przy biurku. - Powiedz mi, jak się czujesz?
Przerwała wypisywanie danych i spojrzała na mnie z uwagą. Wzrok miała niewinny i niczego nieświadomy. Znalazłem w nim tyleż perwersji co i kociego płaczu, jedynie chłód i irytację biuralistki, której przeszkadza się w pracy.
- Nie narzekam - odparła. - A co się wła?ciwie dzieje?
- Eee, widzisz... - wiłem się jak na szpilkach, zastanawiając gorączkowo, jakby tu jej powiedzieć. - Wydaje mi się, że nie wszystko jest z tobą w porządku. Krystyna wyprostowała się na krześle i spojrzała na mnie znowu, tym razem z rezerwą. Starałem się gapić gdzieś w górny róg pokoju, zawsze podejrzewałem, że ma niezły biust.
- Czy masz jakieś zastrzeżenia do mojej pracy? - zapytała zimno.
- Nie, skądże, tylko... - plątałem się coraz bardziej. Cierpiętniczo wzniosłem oczy do nieba, tam szukając natchnienia. - Tfu, zaraza, apage, satanas . Na ziemię sprowadził mnie jej cienki wrzask: Krystyna zakryła piersi rękoma i krzycząc coraz głośniej, rozpaczliwie wierciła się na krześle, szukając miejsca, gdzie mogłaby się schować.
- Nie wrzeszcz - powiedziałem i z godnością odwróciłem się do niej plecami. - Ubranie masz z tyłu, złożone na krześle. Teogderyk pilnuje drzwi i nikt tu nie wejdzie.
Kiedy wychodziłem z sekretariatu, zatrzymał mnie Łucjan. Wyglądał dosyć
marnie, podkrążone oczy i drżące ręce, którymi bezskutecznie usiłował wydłubać
z paczki papierosa. W końcu wcisnął paczkę z powrotem do kieszeni i nachylił się
ku mnie.
- Wiesz, chciałbym pogadać - szepnął konspiracyjnie.
W tej chwili dzwonek oznajmił koniec długiej przerwy.
- To może po lekcjach? - zaproponowałem. - Kończymy dziś chyba razem.
- Wolałbym jak najwcześniej - mruknął zgnębionym głosem i powlókł się przed siebie.
Reszta dnia minęła spokojnie. Po ostatniej lekcji Łucjan dał mi znać, abym nie wychodził z pokoju nauczycielskiego , został też Teogderyk, jak zwykle brodzący w stosie komputerowych wydruków. Geograf zaczął bardzo oficjalnie:
- Wiesz, mówią, że znasz się na sprawach dziwnych i niewytłumaczalnych, a nawet niesamowitych i, jakby tu rzec...
- Diabelskich - poddałem mu uprzejmie.
- No właśnie - z miny Łucjana przebijał wstyd racjonalisty przyłapanego na wierze w krasnoludki.
- A jakże, na diabłach i czarownicach zna się jak nikt - zaśmiał się kpiarsko Teogderyk, od początku nadstawiający ucha. - Młodzież nazywa go inkwizytorem.
- A w czym konkretnie rzecz? - zapytałem.
Łucjan chrząknął zakłopotany.
- W klopie - wyjaśnił. - To było wczoraj, już po wypadku Hermana. Lepiłem z 2a plastelinowy model Ślęży i ubabrałem się po łokcie. Odkręciłem kran i... przerwał i zbladł jak ściana.
- I co? - zapytał Teogderyk, wyraźnie zaciekawiony. - Fenol czy rtęć?
- Krew!!! - wybuchnął Łucjan. - Siknęło tak, że po sekundzie obryzgało mnie od stóp do głów, strumień walił z kranu jakby pod ciśnieniem stu atmosfer. Miałem ją wszędzie, na twarzy, na ubraniu, ciepłą, wstrętną, lepką i dławiącą. Próbowałem zamknąć kran , ale kurek urwał się i został mi w ręku. Strumień walił
jak oszalały, potem strzeliła głowica kranu, rozerwało ją na kawałki, w ścianie zrobiła się dziura wielka jak piłka do siatkówki, skąd wylewało się to wszystko z siłą górskiej kaskady. Nie mogłem nic zrobić, stałem już po pas w spienionej krwi, chciałem dobrnąć do drzwi, ale wypadająca ze ściany struga odpychała mnie w przeciwną stronę. Zbełtana krew sięgała mi po szyję i...
- Zemdlałeś - stwierdziłem beznamiętnie. - To jedyny rodzaj ucieczki w takich sytuacjach.
- Znalazła mnie woźna, leżącego na wznak przy umywalce. Po krwi nie było ani śladu, ciekła tylko woda z zatkanego zlewu.
- Ciekawe - mruknął Teogderyk. - Plaga indywidualnych halucynacji?
- Jakich halucynacji?! - uniósł się geograf. - Czułem smak tej krwi, plułem nią i rzygałem...
Ale ja już miałem gotową hipotezę.
- Uczysz przypadkiem Patrycję?
- Tę rudą? Owszem, leniwa bestia aż strach, huknąłem jej ostatnio lufę...
- No właśnie - uśmiechnąłem się szeroko. - Zapytaj ją przy najbliższej okazji o byle co i postaw dobry stopień. Nie powinno być więcej takich halucynacji. Spróbujesz?
- Co takiego? - Łucjan spojrzał podejrzliwie.
- Zrób, jak mówię, później ci wyjaśnię w czym rzecz - ziewnąłem i zerknąłem wymownie na zegarek. Z moich dotychczasowych ustaleń wynikało, że Herman postawił Patrycji trzy lufy, stąd groziło jej niezaliczenie fakultetu. Łucjan patrzył
na mnie jeszcze przez chwilę, potem machnął z rezygnacją ręką i chwycił za teczkę. Przy drzwiach zatrzymał się na moment.
- Naprawdę myślisz, że to pomoże? - spytał.
- Tak - odparłem. - Jeśli nie, pomyślimy jeszcze o czymś innym. Kiedy drzwi się za geografem zamknęły, Teogderyk obrócił się ku mnie gwałtownie.
- Co ty wyprawiasz, chłopie? Co ma z tym wszystkim wspólnego Patrycja? I co to ma być to "coś innego"
- Wszystko jest pod kontrolą - oświadczyłem, niedbale oglądając paznokcie. - Po prostu moim zdaniem Patrycja jest czarownicą.
Oczy Teogderyka o mało nie wyszły z orbit.
Otworzył usta i przez chwilę poruszał nimi niemo jak ryba.
- Chyba żeś ocipiał albo i zwariował - wystękał w końcu. - To czytanie tych średniowiecznych bzdetów rzuciło ci się na mózg. Czarownice w wieku komputerów! Czysty obłęd! Idź się leczyć, człowieku!
- A dlaczegóżby nie? -zareplikowałem spokojnie. - Skoro istnieje Bóg i Diabeł, to dlaczego nie czarownice? No chyba że pierwszych dwóch nie ma, to rzeczywiście czarownice wraz z nimi między bajki trzeba włożyć.
- Wykręcasz kota ogonem - mruknął Teogderyk, człek bardzo pobożny. - Nie o to mi chodziło.
- Dobrze, daj mi w takim razie jakiekolwiek racjonalne wyjaśnienie tego, co dzieje się w szkole od dwóch dni? Plaga indywidualnych halucynacji? Co to właściwie znaczy? Równie dobrze mógłbyś powiedzieć, że przechodzimy epidemię
tropikalnego bzika, mimo że wiosna dosyć chłodna.
Informatyk milczał, gryząc w zamyśleniu koniec długopisu.
- No dobrze - powiedział wreszcie. - Załóżmy, czysto teoretycznie, oczywiście, że masz rację. Jej zachowanie w stosunku do nauczycieli jest w tym kontekście rzeczywiście zrozumiałe - stawiają jej pały, to się mści. Ale co jej zawiniła Krystyna?
- To też już ustaliłem - triumfalnie wyszczerzyłem zęby. - Krystyna widziała Patrycję w tancbudzie o podejrzanej reputacji, zwanej "Czerwonym młynem". Mówił mi znajomy policjant, że to gniazdo młodocianej prostytucji i prawdopodobnie punkt rozprowadzania haszu: Już kiedyś wyrzuciliśmy uczennicę
za konszachty z tamtejszym towarzystwem...
- Nie wiedziałem ... - powiedział Teogderyk.
- No to teraz wiesz.
- ...że nasza sekretarka prowadzi tak intensywne życie nocne. Oczywiście musiałem go zabrać ze sobą. Siedział skulony w kącie, pociągając przez słomkę sok pomarańczowy i gapiąc się na podstawową klientelę
"Czerwonego młyna". Stanowili ją neohippisi, poobwieszani różnymi sznurami i wisiorami mającymi pełnić funkcję indiańskich amuletów; i właściwie tylko tyle łączyło ich z poprzednikami z epoki sweet sixty, jako że ci dzisiejsi ufryzowali sobie włosy najnowszymi kolorowymi żelami, a w ubiorze przeważały banalne hawajskie koszule. No i oczywiście hasz, który dystrybuowano praktycznie jawnie i bez ograniczeń.
Między nimi kręciło się multum młodych dziewczyn, poubieranych jak lale, w większości jeszcze licealistek.
Miałem wrażenie, że dostrzegam pośród nich kilka twarzy, znanych mi ze szkolnych korytarzy. Tej, na którą czekaliśmy, nadal nie było.
- Jest - powiedział naraz Teogderyk i wskazał słomką przed siebie. - Przy tym podświetlanym parkiecie.
Rzeczywiście, zobaczyłem tam Patrycję. Co prawda, odmienioną, bo umalowaną
na demona trzeciej klasy i w ciemnych, zakrywających pół twarzy goglach. Ale z rudymi kłakami nic nie mogła zrobić. Patrzyła w naszym kierunku - w ręku trzymała krwistoczerwoną różę. Obrywała płatek po płatku i jadła je powoli, w rytualnym jakby namaszczeniu. Obok niej stała dziewczyna niewątpliwie znacznie młodsza, drobna, pulchna blondyneczka o twarzy niczym aniołek. Patrzyła na Patrycję jak w gwiazdę.
- Znasz tę dzieweczkę obok? - pochyliłem się ku informatykowi. Ten poprawił
okulary i spojrzał uważniej.
- To chyba mała Maria z 2c - powiedział po chwili. - Wyglądają na bardzo zażyłe psiapsiółki.
W tym momencie discjockey wybełkotał coś do mikrofonu, ruszył kogut ze stroboskopowym światłem, a z głośników zaryczał "Guns N'Roses". Młodzież, opalona haszem i opita piwem, wlała się na parkiet szeroką strugą. Ale natychmiast można było spostrzec, kto tu rządzi - wokół Patrycji, która tańczyła z początku samotnie, od razu utworzył się krąg pięciu-sześciu młodych samców, najwyraźniej aspirujących do roli wybrańców na resztę nocy. Wykonywa...
paddingtons