Obietnice
Obietnice... kochanków, małżonków, rodziców i dzieci, przyjaciół... Obietnice życia...
Margaret Crane ma udane małżeństwo, troje wspaniałych dzieci, wygodny dom, satysfakcjonującą pracę. Wraz z mężem Adamem wychowali osieroconą dziewczynkę Ninę, którą łączy z Margaret silna więź uczuciowa. Nina pracuje w Nowym Jorku i pogodnie patrzy w przyszłość, mając u boku błyskotliwego, przystojnego bankowca Keitha. Życie zdaje się spełniać swoje obietnice... Ale ostatnio Margaret zauważyła, że Adam za dużo pracuje, jest roztargniony i niepewny siebie. Coraz mniej czasu spędzają razem. Tłumaczy to sobie jego kłopotami zawodowymi; plotki o możliwej sprzedaży firmy zachwiały zapewne poczuciem bezpieczeństwa odpowiedzialnego męża i ojca rodziny. I wtedy Margaret poznaje Rundi, tę drugą... Nina także ma poważny problem: Keith, mężczyzna jej życia, okazał się niezupełnie tym, za kogo go brała. Obie muszą więc dokonać bolesnych wyborów. I wówczas również między nimi otwiera się przepaść.
"Obietnice " to historia o marzeniach, które legły w gruzach i zostały wskrzeszone siłą nadziei i miłości.
CZĘŚĆ PIER WSZA
1973
Rozdział 3
- Obróć się - powiedziała Izabela ze szpilkami w ustach. Spoglądając w dół, Margaret widziała w lustrze zręczne palce, poruszające się po kaskadzie białego jedwabiu. Patrząc w górę, mogła dostrzec swoją głowę w aureoli potarganych kędzierzawych rudych włosów i obce w swej nagości ramiona wznoszące się nad plątaniną przemyślnie ułożonych fałdek i falbanek.
Matka Margaret westchnęła.
- Naprawdę nie wiem, jak ty to robisz, Izabelo.
- Szycie to dla mnie rozrywka, Jean. A szyć ślubną suknię dla własnej synowej, którą się znało jeszcze przed jej urodzeniem... Ilu osobom trafia się w życiu taka gratka?
Z oczu Izabeli emanowało ciepło. Były opalizujące i szeroko rozstawione jak oczy jej syna. I, tak jak Adam, nosiła się prosto, z godnością. Odwrotnie jednak niż on - była rozmowna. Jego inteligentna twarz o prostych, symetrycznych rysach robiła wrażenie posępnej; posępnej i romantycznej. Tajemniczej. Heroicznej. Margaret zakochała się w niej, kiedy miała piętnaście lat. „Jeśli mnie Adam kiedykolwiek rzuci, umrę" - pomyślała nagle.
Ostatni raz zadzwonił w poniedziałek, jak tylko przyjechała do domu na przerwę wiosenną. Przedtem nie dzwonił od czwartku. A przecież mieli zwyczaj rozmawiać ze sobą co wieczór po ósmej. Rozmowa nigdy nie przekraczała trzech minut, mimo to jednak - chociaż jej college od jego uniwersytetu dzieliły dwa stany - czuła się tak, jakby ją obejmował ramionami.
Kiedy zaczęło się to zmieniać? I czy się rzeczywiście zmieniło? No cóż, miał przed sobą ostatni odcinek trudnej drogi
do dyplomu. Może zresztą tylko jej się przywidziało? Jakieś nie wypowiedziane słowo, nie odwzajemnione spojrzenie, nie wykonany telefon... Kiedy się szuka znaków, można ich znaleźć wiele. A szczególnie łatwo zrobić z igły widły, gdy się jest przewrażliwionym. Tak, to z pewnością to. Jest przewrażliwiona. Margaret rozejrzała się po znajomym pokoju, jakby w jego swojskości szukała pociechy. Było w nim jakieś niezwykłe ciepło. Ciepło, którym tchnął cały dom, solidna wiktoriańska siedziba rodzinna, z frontowym gankiem i drewnianymi rzeźbieniami, którą zbudował przy tej szerokiej ulicy jej pradziadek, by trwała przez pokolenia. I dwie kobiety - proste, dobre i zwyczajne, owdowiałe podczas wojny koreańskiej, które pracowały, samotnie wychowując dzieci. A także radosne piski bawiących się na podwórku malców.
Ze swojego miejsca Margaret widziała grupkę dzieci bawiących się w jakąś starą grę w kółko, z Niną pośrodku, która zdecydowanie wiodła wśród nich prym. Jako sześciolatka wybiła się na bezsprzeczną przywódczynię okolicznej dziatwy. Cóż to była za wspaniała i powszechnie lubiana osóbka, ta mała siostrzeniczka Jean! Adam miał zwyczaj żartować:
- Kiedy już się pobierzemy, ludzie będą myśleli, że to nasza córka, że ją do tej pory trzymaliśmy w ukryciu.
- Czy im się tam nic złego nie stanie? - zapytała Jean. -Zawsze się martwię, kiedy jej nie mam na oku.
- Niepotrzebnie się martwisz, mamo. Nina świetnie da sobie radę w życiu. Z tą swoją bystrą buźką i niespożytą energią - zobaczysz, będzie szła jak burza od sukcesu do sukcesu. A poza tym, kiedy Nina jest pod moją opieką, możesz być o nią spokojna, włos jej z głowy nie spadnie. - Po tych słowach Margaret nie mogła opanować śmiechu. - Ja ją dość krótko trzymam.
- Będzie z ciebie wspaniała matka - orzekła Izabela, wstając z kolan.
- Wspaniała matka! - Jean się roześmiała. - Owszem, ale przedtem ma jeszcze do załatwienia parę spraw. Przede wszystkim w maju ma skończyć college. Potem dyplom Adama, no i wreszcie dwudziestego czerwca - ślub! Ale, właśnie,
8
zapomniałam podać fotografowi datę! Mój Boże, zaraz zadzwonię.
- Chwileczkę, mamo - powstrzymała ją Margaret. - Ja... my nie jesteśmy jeszcze pewni tej daty...
- Co chcesz przez to powiedzieć? - odpowiedziały jej dwa przerażone, wysokie głosy.
Uwalniając się z okowów białego jedwabiu, Margaret poczuła się nagle niebezpiecznie naga i bezbronna.
- Pomyśleliśmy... to znaczy Adam powiedział... że mamy za dużo różnych spraw naraz. Te wszystkie daty... On powinien mieć trochę czasu, by sobie kupić różne rzeczy...
- Kupić różne rzeczy! - przerwała jej Izabela. - Ależ on nie potrzebuje nic więcej poza nowym garniturem. A i na to będę go musiała namawiać, sądząc z tego, jak małą wagę przywiązuje do ubrania.
W miarę tego, jak zepchnięte w głąb myśli wydobywały się na powierzchnię, z pokoju uchodziło całe ciepło.
- Nie tylko o to chodzi. Jak się nad tym zastanowić, to jednak widać, że Adam powinien mieć powiedzmy ze dwa tygodnie na przyzwyczajenie się do nowej pracy. Po prostu trochę czasu dla siebie.
- A ty, żeby dojść do takich wniosków, czekałaś aż do kwietnia? - powiedziała Jean zirytowana.
Dwie starsze kobiety w oczywisty sposób poczuły się zaniepokojone. Nawet nie patrząc na nie, Margaret wiedziała, że wymieniają pytające spojrzenia. Jakżeż pragnęły tego małżeństwa! Oznaczało ono dla nich bezpieczeństwo. Odpowiedzialnego zięcia dla jednej i odpowiedzialną synową dla drugiej. Eliminowało groźne niewiadome. Margaret doskonale je rozumiała.
- Ale przecież on mi nigdy o niczym takim nawet nie wspomniał! - wykrzyknęła Izabela.
- No bo nie byliśmy pewni. Jakoś dopiero teraz nam to przyszło do głowy. Tak czy siak, w tym tygodniu będziemy musieli podjąć decyzję.
Obie kobiety patrzyły na nią badawczo. Margaret poczuła na sobie jak gdyby zimny podmuch. Wciągnęła dżinsy, zapięła bluzkę i powiedziała spiesznie:
- Boże, a co to za problem! Co za różnica, czy to będzie 5
czerwiec, czy lipiec? Przecież was w porę zawiadomimy. Możecie być spokojne. Jeszcze w tym tygodniu. Na pewno.
Izabela, która jakoś łatwiej dała się uspokoić, włożyła ślubną suknię do plastikowego worka.
- W porządku. Tylko żebyście dali znać. Zostało mi już niewiele roboty przy spódnicy - dodała wesoło. - Przyjdę jeszcze raz, żeby ostatecznie wyrównać zakład, i to wszystko.
Gdy tylko zostały same, Jean zadała oczekiwane przez córkę pytanie:
- Powiedz mi, Margaret, o co w tym wszystkim chodzi? Czy coś się stało?
- Nie. A co mogło się stać?
- No bo gdyby coś się stało, to przecież ja nie mogę wyjechać i tak cię zostawić.
- Z powodu tej drobnostki, jaką jest ewentualna zmiana daty ślubu?
- O ile rzeczywiście tylko o to chodzi.
- Tylko o to.
Na czole Jean pojawiły się dwie charakterystyczne pionowe bruzdy.
- Chwilami mam wrażenie, że w ogóle nie powinnam wyjeżdżać. Indie. To przecież szaleństwo.
- Jeżeli Henry'ego wzywają tam obowiązki dyplomatyczne, to musisz jechać. O co właściwie chodzi?
- Może w ogóle plany małżeńskie po tylu latach wdowieństwa to absurd.
- Tym bardziej,, powinnaś wyjść za mąż, mamo.
Jean robiła wrażenie znużonej. Jak gdyby lata pracy w bibliotece zniszczyły ją tak, jak niszczą się książki, niegdyś piękne i kolorowe, teraz poszarzałe i zużyte. Tak niewiele zostało jej czasu na to, by kochać męża i być kochaną. Prawie całe życie dzień w dzień tylko praca i dziecko. Margaret ogarnął smutek i współczucie. Chwilami wydawało jej się, że zamieniły się rolami: że to Jean jest córką, a ona matką.
- Mamo - powiedziała stanowczym tonem. - Henry jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, a ty masz wiele szczęścia. Bardzo się z tego cieszę. Przestań wreszcie myśleć o mnie. Nic mi się złego nie dzieje. Dam sobie radę.
- Tak, wiem, że jesteś silna. Ale zostawiam ci Ninę na 10
głowie. Rozpoczynać małżeństwo, mając na głowie sześciolatkę, to naprawdę nie jest w porządku.
- Owszem, jest w najzupełniejszym porządku. Ja ją kocham, a Adamowi ona nie przeszkadza.
- On jest naprawdę aniołem. Ale ty też, Margaret, taka piękna i taka dobra. Chwilami mam wrażenie, że aż za dobra.
- Mówisz jak prawdziwa matka. Mamo, nie obraź się, ale zostało mi jeszcze sporo do przeczytania, egzaminy końcowe za pasem.
Popołudniowe słońce było wodniste, a stare nędzne bzy ciągle jeszcze nagie. Margaret, siedząc przy oknie, patrzyła na znajomy krajobraz, pozwalając błądzić niespokojnym myślom.
Jakie to cudowne, że przyszła na świat właśnie w tym domu i że teraz, kiedy matka jej go podarowała, kto wie, może nawet w nim umrze. Ale nie w tym pokoju, tylko w takim dużym, po drugiej stronie korytarza, z masywnym ciemnym łożem i szafą, która w dzieciństwie przytłaczała ją swoim ogromem niby groźny olbrzym. Wróciły jej na pamięć młodzieńcze marzenia o medycynie, widziała siebie na sali operacyjnej albo na statku-szpitalu, wiozącą cuda współczesnej medycyny w odległe miejsca kuli ziemskiej.
- Możesz być kim zechcesz - mówiono jej - masz wszechstronne uzdolnienia.
W miarę jak dorastała, w latach college'u, stawało się jasne, że musi dokonać wyboru. Adam, starszy z nich dwojga, teraz właśnie opuszczał sale wykładowe uczelni, by zacząć życie w normalnym świecie. A osiągnął naprawdę niemało. W college'u członek korporacji Fi Beta Kappa, miał wszelkie szanse, by zrobić dyplom z najwyższymi honorami, i już teraz dostał pracę tu w Elmsford w Zaawansowanych Systemach Danych, jednej z największych w całym stanie firm komputerowych. Rysowała się przed nim wspaniała przyszłość. Jednakże w sytuacji, w której uniwersytet stanowy znajdował się w odległości ponad trzystu kilometrów od domu, medycyna stała się dla Margaret niemożliwa.
Co do tej decyzji - ich decyzji - nie mogło być wątpliwości. Byli dla siebie wszystkim. Absolutnie wszystkim. Nagle ogarnęło ją jakieś szalone podniecenie. Zerwała się
7
z miejsca, zrzucając książkę na podłogę, i łapiąc po drodze sweter, zbiegła na dół. Na podwórku Jean huśtała Ninę.
- Myślałam, że masz się uczyć - powiedziała zdumiona.
- Tak, ale już skończyłam.
Jean się uśmiechnęła. Miała zwyczaj rozpędzać smutki uśmiechem.
- Zawsze mówię wszystkim, że jak już nie będziesz miała co czytać, zabierzesz się za książkę telefoniczną.
Była to prawda. Niestrudzona wyobraźnia Margaret nie cofała się przed niczym - zdobywała szczyty górskie, sięgała w przeszłość, docierała w najdalsze zakątki świata. Na przykład rano znalazła w książce telefonicznej zabawne nazwisko: Sokrates O'Brien. Może jakiś O'Brien był marynarzem floty śródziemnomorskiej i poznał grecką dziewczynę, którą przywiózł później do Ameryki? I może ten Sokrates to właśnie jego syn? A ci O'Brienowie byli biegli w sztuce antycznej i ich dzieci miały takie imiona, jak Psyche czy Kasandra...
Huśtawka kołysała się - skrzyp, skrzyp - w przód i w tył, w górę i w dół. To powtarzające się zawsze w tym samym miejscu skrzypienie miało moc hipnotyczną. Psyche, Kasandra - skrzypiała huśtawka.
Kiedy szła w górę, nogi dziecka były wyżej od głowy i cały czas rozbrzmiewał śmiech małej. W drodze powrotnej Nina piszczała w atakach udanego przerażenia. Po śmierci siostry Jean mała została przywieziona z Chicago, stając się dzieckiem Jean i Margaret, a ściślej, głównie Margaret. Uratowane dziecko; niewinny owoc lekkomyślnego seksu matki z anonimowym ojcem. Nina, Nina - skrzypiały liny.
- Co się z tobą dzieje, Margaret? Jesteś o tysiąc kilometrów stąd. Margaret, mrugając, powróciła do rzeczywistości.
- Potrzebuję świeżego powietrza i ruchu. Cały dzień siedziałam w domu.
- To wszystko sprawa napięcia nerwowego. Pamiętam, jaka ja byłam zdenerwowana przed ślubem. Idź, kochanie, na jakiś spacer.
Ulica była przyjemna, stare zadbane domy stały daleko jeden od drugiego. Większość ludzi miała w swoim obejściu 8
jakieś drzewa owocowe, a z tyłu obszerny ogródek warzywny. Prawie wszyscy trzymali psy, które buszowały po całym osiedlu, czując się jego właścicielami. Margaret i Jean też uprawiały całkiem przyzwoity ogródek, ale nie miały psa.
„Teraz, kiedy Nina jest już trochę starsza, trzeba będzie chyba wziąć psa" - pomyślała Margaret.
Jej myśli błądziły, próbując stawić czoło rzeczywistości. Szła ze spuszczoną głową i z zimnymi rękami w
kieszeniach swetra.
Idąc uliczkami o małomiasteczkowym dziewiętnastowiecznym charakterze, znalazła się w mieście, jakim z upływem lat stało się Elmsford. Tu była główna biblioteka, obrośnięty bluszczem gotycki budynek, gdzie mama pracowała jako bibliotekarka. Tu znajdowała się też szkoła średnia, w której Margaret Keller, wówczas uczennica pierwszej klasy, jakimś cudem zwróciła na siebie uwagę kończącego szkołę Adama Crane'a. To prawda, że już od dawna o sobie wiedzieli, ale „wiedzieć o sobie" a „zwrócić na siebie czyjąś uwagę" to dwie różne rzeczy. I utrzymać tę uwagę tak długo, by doszło aż do ślubnej sukni i pary białych atłasowych czółenek, leżących na górnej półce w szafie.
Margaret ogarnęła nostalgia; poszła na szkolne boisko, skąd roztaczał się widok na płynącą w dole rzekę, nad którą, po tej stronie, stłoczyły się różne fabryki i która wartko toczyła wezbrane po długotrwałych wiosennych deszczach wody. Po drugiej stronie rzeki kilometrami ciągnęły się pola kukurydzy i pszenicy, tu i ówdzie urozmaicone niewielkimi kępami drzew, przypominającymi wyspy na spokojnym oceanie.
Elmsford - wygodne miejsce. Dobrze tu było dorastać i dobrze będzie wychowywać dzieci. Margaret nie należała do „latawic", była domatorką, tak zresztą, jak Adam, tyle że on myślami wybiegał daleko. A ona stała teraz, zmarznięta na coraz gwałtowniejszym wietrze, i wspominała...
Jej wychowawczyni ze szkoły średniej, pani Hummel, powiedziała w ubiegłym roku w lecie:
- Mam nadzieję, Margaret, że nie zrobisz nic pochopnie. Cały czas przygotowywałaś się do studiów medycznych i teraz zamierzasz zrezygnować?! Naprawdę musisz?
- Znalazłam wyjście kompromisowe. Jeśli mnie tu zechcą, mogę uczyć biologii i chemii.
13
- I to nazywasz wyjściem kompromisowym?
- Tak. Ostatecznie będę uczyła przyszłych lekarzy.
- No cóż... - powiedziała pani Hummel. - Może i tak... Najprawdopodobniej uważała, że skoro jest znajomą matki, to jej rada spotka się ze zrozumieniem córki. Ale się myliła. Powiedziała jej o tym już mina Margaret i wobec tego pani Hummel dodała szybko:
- Chciałam tylko powiedzieć, że tak się świetnie zapowiadasz. No i że jesteś taka młoda...
Młoda! Przeciwnie, Margaret czuła się teraz stara. I to jeszcze jak! A poza tym tak bardzo, tak boleśnie tęskniła za Adamem! Gdyby tylko mogła z nim porozmawiać, ale nie przez telefon, gdyby mogła spojrzeć w jego spokojną twarz. Adam, inaczej niż ona, był opanowany, nie poddawał się tak łatwo emocjom. Jeśli zrozumie jej rozterkę, z pewnością ją pocieszy.
A jednak nie pocieszył... Kiedy niejasno zasugerował odłożenie ślubu i Margaret zapytała, czy jest może coś, czego ona nie wie, równie niejasno odpowiedział, że nie.
- Nie ma żadnego powodu, poza ciężkimi egzaminami, które mnie czekają, i tym, że jestem wykończony. A zresztą parę tygodni zwłoki, co to za problem?
Ale Margaret wyczuła specyficzną atmosferę - jakby nagle podczas burzy zgasło światło i własny swojski dom, ze znanymi kątami i zamkniętymi drzwiami, stał się miejscem niebezpiecznym i obcym.
Czyżby był nią zmęczony? Czyżby znalazł sobie kogoś innego? Takie rzeczy się zdarzają. Ale przecież nie im? Nie Adamowi i Margaret?
Musi go zapytać. Ruszyła, niemal biegiem, w stronę domu i telefonu. Kiedy wspinała się pod górę, jej zbolałe serce to waliło w piersi jak młot, to znów trzepotało jak ptak. Musiała się zatrzymać, żeby nabrać tchu, oprzeć się o stary kamienny mur.
Ale wiedziała, że nie zdobędzie się na to, by go zapytać. Że musi czekać, aż sytuacja sama się wyjaśni. To sprawa godności - kobieta nie prosi. W każdym razie ta kobieta. Niewątpliwie był to przestarzały model zachowania, nieuzasadniony w sytuacji, kiedy mężczyźni i kobiety mieli być tacy sami. Ale przecież nie byli. Równi, owszem, ale nie tacy sami. 10
A jednak pamiętał o jej urodzinach, które przypadały w ubiegłym tygodniu - uświadomiła sobie Margaret. Przysłał kwiaty, Poezje zebrane Audena i czekoladki. Zawsze narzekała, że jest „czekoholiczką", a on odpowiadał, że z jej figurą może sobie na to pozwolić.
Szukasz dziury w całym, Margaret. Widzisz rzeczy, które nie istnieją.
Dosłownie spod jej nóg zerwała się ze snu zimowego wiewiórka ziemna i pobiegła wzdłuż muru. Patrząc, jak zwierzątko ucieka nierówno, zygzakiem, zaczęła się zastanawiać nad jego maleńkim móżdżkiem - z jakiego powodu wiewiórka zmienia kierunek i co mogły dostrzec jej paciorkowate oczka, czego nie widziała ona, stojąc w tym miejscu.
Zygzak. Są rzeczy, które jedni widzą, a inni nie.
Margaret, teraz już wolno, skierowała się ku ulicy. Jej matka, osoba religijna, mawiała zwykle: „Bóg nie zsyła na człowieka więcej kłopotów, niż potrafi on unieść". Może, ale Margaret już teraz, na podstawie swojego skromnego doświadczenia życiowego, zaczynała wątpić w tę prawdę.
„Jeśli Adam kiedykolwiek mnie porzuci - pomyślała znowu - to chyba umrę, niezależnie od tego, co sądzi mama. Czy może raczej nie, nie umrę, tylko będę chciała umrzeć. Będę żyła dalej, chcąc umrzeć, a to jest gorsze od śmierci".
Rozdział 2
Ilekroć widział Randi albo przynajmniej wydawało mu się przez chwilę, że ją widzi, na kampusie czy w mieście na ulicy, czuł to sercem, oddechem, dosłownie całym sobą. Zawsze była obecna w jego myślach - gdy siedział na wykładzie, uczył się w swoim pokoju i nawet nie patrząc na zegarek wied...
angela17111