Karol May - Twierdza w Górach.doc

(589 KB) Pobierz

 

 

 

 

Karol May

 

Twierdza w górach

 


I

Powszechnie wiadomo, że nawet ustne opowieści wymagają zwięzłości, a powtarzanie tych samych rzeczy działa na słucha-czy nużąco, opowiadanie czyniąc rozwlekłym. Tym bardziej więc należy wymaga~ ód autora utworu pisanego, aby unikał zbędnego balastu słów, jeżeli i tak już niczego wyjaśni~ nie mogą. Skoro jednak autor stawia sobie za zadanie osiągnięcie pewnych celów, które, jak to ma miejsce u mnie, związane są z prawdziwą wiarą w Boga, poczuciem tego wszystkiego, co dobre, piękne i szlachetne, to w tym wypadku może swoje myśli i spostrzeżenia, że użyję popularnego wyrażenia, postarzać do woli.

Jednym z często u mnie występujących spostrzeżeń jest to, iż losy, nie tylko narodów, lecz także poszczególnych ludzi, pozostają z sobą w ścisłym związku, którego niedoświadczone oko zazwyczaj nie dostrzega, a mimo to istnieje ów związek i wychodzi na jaw wówczas, gdy się go najmniej spodziewamy.  Jak setki tysięcy i miliony mil oddalone od siebie gwiazdy firmamentu powiązane są ze sobą na mocy wiecznych praw, tak też działalność człowieka i wydarzenia jego życia, bez względu na dzielący je czasokres, ściśle się łączą i dość często w wydarzeniu wieku starczego da się zauważyć skutek pewne-go czynu, który miał miejsce kiedyś w dawno minionej i zapomnianej młodości. Nie ma nic takiego, zarówno w wewnętrznym, jak i w zewnętrznym życiu człowieka, co by można było uważać za całość, wyodrębnioną z pośród innych okoliczności.  Wszystko, co na powierzchnię życia wypływa, jest owocem ubiegłego dnia, który zawiera w sobie jądro dalszego, ukierunkowanego rozwoju. Ukierunkowanego! Z rozmysłem to podkreślam, gdyż dobry uczynek może zrodzić tylko dobro, a zły - zło. Jest to wieczne, niewzruszone prawo, które można różnie tłumaczyć, ale którego jednak nie jesteśmy w stanie zmienić. Jakże często się zdarza, iż dzielny, dobry człowiek widzi nagle spadające nań konsekwencje jakiegoś dawno już odżałowanego i zapomnianego czynu; zdawało się, że nic go nie zdoła wskrzesić, a jednak towarzyszył człowiekowi w ukryciu przez cały czas. Wyświadczenie komuś przyjacielskiej przy-sługi przynosi częstokroć po wielu latach niespodzianie nagrodę.

Dlaczego właściwie tak filozofuję i moralizuję, zamiast po prostu rozpocząć opowiadanie? Dobrze, więc do dzieła!  Miałem zamiar podjąć podróż do Szirazu bezpośrednio po naszym powrocie z Birs Nimrud, względnie w krótki czas potem. Natknęliśmy się jednak w Bagdadzie na przekupnia sprzedającego znany w całej Mezopotamii ze swej niezwykłej 6 dobroci balsam piękności, który wyrabiano w okolicy Kirman-szah. Sprzedawca ofiarowywał swój towar w kawiarni, gdzie również i do nas się zwrócił. Przypuszczałem, że Halef pokaże mu po prostu drzwi, ten jednak wdał się z nim w rozmowę, w czasie której zapytał:

- Czy możesz mi powiedzieć, gdzie kupujesz ten zadziwiający środek na piękność?

- Nie mam żadnych podstaw ku temu, by ci nie powiedzieć,

- odparł przekupień - gdyż dumny jestem z tego, iż wyrabiająca go niewiasta udzieliła mi wyłącznego prawa sprzedaży na tę okolicę. Mam od niej też pozwolenie odwiedzania jej dwa razy do roku dla nabywania owego balsamu. Gdy wracam, oczekują mnie wszystkie haremy, aby wejść w posiadanie cudownej maści.

- Czyż rzeczywiście spełnia te nadzwyczajne cuda, o jakich się mówi?

- O, czyni więcej, znacznie więcej, aniżeli można opowiedzieć! Wystarczy nią tylko dotknąć twarzy, a znikną wszystkie zmarszczki, pryszcze i inne niedomagania, szpecące oblicze.

- Przesadzasz!

- Nie, na Allacha, nie! Możesz się udać do plemienia, z którego pochodzi owa kobieta, wyrabiająca maść, a przekonasz się, iż wszystkie tamtejsze mężatki i panny mają lica jak śnieg białe, a lśniące jak blask jutrzenki!

- A czy wiesz, z czego wyrabiany jest ten środek?

-Nie. Jak mogłeś nawet pomyśleć, iż wyrabiająca go będzie tak nieostrożna, by mi to powiedzieć! Odziedziczyła drogocenną tajemnicę od swej prababki, a ta z kolei otrzymała ją w spadku od swej praprababki. Ostatnia zaś też miała prababkę której praprababka, niezwykle nabożna kobieta, otrzymała tę maść nagrodę za swe wielkie cnoty od archanioła Gabriela; ten zaś sprowadził ją z najwyższego niebiańskiego raju, gdzie maść tę spreparowano dla wiecznej młodości prze-bywających tam błogosławionych.

- Jak się nazywa owa kobieta?

- Właściwego imienia nie znam, lecz nazywają ją Umm ed Dżamahl, Matka Piękności.

- Gdzie mieszka?

- Nigdzie, gdyż jej plemię nie prowadzi osiadłego trybu życia; raz mieszka tu, raz tam. Stanowią zaś część składową plemienia Idiz Bachtijarów i przebywają najczęściej po drugiej stronie Kirmanszah.

-Ale kiedy ci potrzeba maści, musisz wiedzieć, gdzie szukać tej niewiasty!

- Tego się dowiaduję od aptekarza z Kirmanszah, który również sprzedaje ten środek i sam często zasięga informacji o miejscu jej pobytu. Następnie odszukuję Matkę Piękności i biorę od niej, czego mi potrzeba. Powiadam ci, jest to stara kobieta, ale nie ma na jej twarzy najmniejszej zmarszczki. Ile pudełek chcesz kupić?

- Ile kosztuje pudełko?

- Jeden rijal.

- W takim razie nic nie kupię.

- Czemu?

- Dlatego, że za drogo.

- Za drogo! Alboś zmysły postradał, alboś jest sknera!

Człowiek, dla którego tak mała suma dla upiększenia swego haremujest za wysoka, nie zasługuje na mój szacunek! Zrazu g stawiasz mi szereg pytafi, a gdy ci na nie z jak największą gotowością odpowiadam, okazujesz się niewdzięczny i zarzu-casz mi zbyt wysoką cenę tak, że spłonąłbym ze wstydu, gdyby to rzeczywiście było prawdą. Obyś zczezł, na Allacha!  To rzekłszy, przekupiefi się oddalił. Ku mojemu zdumieniu, zapalczywy zazwyczaj Hadżi przyjął spokojnie skierowane dofi ostre słowa. Machnął ręką i rzekł:

- Nie kupiłbym tej marham ed dżamahl, nawet gdyby kosztowała tylko para, gdyż Hanneh, najbardziej nieporówna-na spośród wszystkich ukochanych kobiet świata, nie zgodzi-łaby się na to.

- Dlaczego? - zapytałem.

- Ponieważ ... hm!

Zatrzymał się zakłopotany i dopiero po chwili ciągnął dalej, zapytując:

- A gdyby ci szczerze odpowiedział, czy myślałbyś źle o Hanneh, która jest najbardziej nieporównaną osobą spośród wszystkich innych kobiet?

- Ależ nie, na pewno nie, drogi Halefie.

- A więc proszę cię, powiedz prawdę! Czy Emmeh, wiecz-nie płonąca zorza twego haremu, nie ma zmarszczek na twa-rzy?

- Nie.

- Ani jednej?

- Ani jednej.

- Jakżesz to możliwe? Żadnej? Ani jednej, nawet malut-kiej, ledwie widocznej?

- Nie. Nie ma.

Toż pomyśl, sidi! Jestem przekonany, że gdybyś chwilę 9 pomyślał, na newno przypomniałbyś sobie choćby jedną, jedy-ną zmarszczkę!

Wiedziałem, co go skłaniało do takiego przynaglania. Ko-biety wschodnie szybko się starzeją, a Hanneh była wszak kobietą orientalną, miała zatem zmarszczki. To bynajmniej nie umniejszało jego gorącej miłości; była dlań jeszcze dzisiaj, jak przed laty, najpiękniejszą z pięknych. Dlatego, odpowie-działem też, chcąc go oszczędzić:

- Moja Emmech rzeczywiście nie ma zmarszczek. Ale pomyśl o szeregu lat, w ciągu których twoja Hanneh musiała troszczyć się o ciebie, o Kara Ben Halefa i całe plemię Hadde-dihnów! A troski, mój kochany, przynoszą zmarszczki. Czcij je i szanuj!

Odparł mi szybko tonem zadowolenia:

- Effendi, jesteś dobrym człowiekiem, równie jak ja do-brym człowiekiem! To się nie da ukryć, a ponieważ masz tak dobry wzrok, zauważyłeś, iż u mojej Hanneh, acz jest najpięk-niejszą z kobiet świata, policzki zaczęły się powoli marszczyć.  Od tego czasu jednak kocham ją dwakroć silniej! Wszystko czyniła, aby przeszkodzić tym zmarszczkom, jednak daremnie.  Wierzaj mi, zmarszczki są robactwem piękności: wystarczy, iż zjawi się jedna zmarszczka, a zaczynają się, mnożyć w nieskoń-czoność. Zupełnie jak mrówki; z początku widzi się jedną, potem dwie, potem trzy, następnie pięćdziesiąt, osiemdzie-siąt, sto i wreszcie rozrastają się i mnożą tysiącami. Tak też jest z bruzdami i rowkami na twarzy; dochodzą do takiej liczby, iż przy ich bliższej obserwacji człek zaczyna się gubić. O, gdyby każda kobieta była na tyle mądra, by nie dopuścić do pojawie-nia się tej pierwszej zmarszczki na swej twarzy! Ale, jak ci wiadomo, kobiety nie posiadają tej ostrożności, która jest znakomitą właściwością nas mężczyzn. Oby nas Allah nie pozbawił tej znakomitej cechy charakteru! A ponieważ twoja Emmeh, wdzięczna ofiarodawczyni twej szczęśliwości, nie po-siada jeszcze zmarszczek, nie masz wyobrażenia o tym, jak głęboko bruzdy twarzy wżerają się w serce i duszę kobiety, zwłaszcza, iż nie ma takiej maści ani plastru, który by jakąkol-wiek zmianę na lepsze mógł sprowadzić. Hanneh, najwspa-nialsza róża wśród wszystkich gatunków róż Wschodu i Za-chodu, doniosła mi, że po długich i daremnych trudach, jedyna jej nadzieja odzyskania wspaniałej błogiej gładkości lic spoczy-wa w znakomitej maści Matki Piękności. ‘Pd kobieta z plemie-nia Bachtjarów jest bowiem powszechnie znana dzięki swej cudownej maści, po użyciu której zmarszczki tak uciekają, jak mrówki ze swej jamy, gdy do niej wlać wodę z cybucha. Ale cóż mi z tego, skoro jest tak daleko od nas do tej okolicy, w której jej szukać należy! Dlatego też niezrównana towarzyszka mego życia ziemskiego była zachwycona, dowiedziawszy się, że ży-czysz sobie, abym się udał z tobą do Persji. Udzieliła mi też chętnie pozwolenia towarzyszenia ci w tej podróży pod warun-kiem wszakże, iż przywiozę jej tyle marham ed dżamahl, ile potrzeba do całkowitego usunięcia zmarszczek z twarzy i przy-wrócenia jej poprzedniej gładkości.

- Mnie, niestety, słowem nie wspomniała o tym swoim zamiarze!

- Tobie? O, effendi, jakże młodym i niedoświadczonym jesteś, gdy chodzi o osądzanie spraw haremu. Gdyby Hanneh, jedyne słoneczko na firmamencie mojej siedziby kobiecej, dowiedziała się, że ty również spostrzegłeś, tę jedną jedyną chociażby zmarszczkę na jej obliczu, padła by martwa ze wsty-du i zmartwienia. Jakże więc mogłeś nawet pomyśleć, iż będzie mówiła o tym z tobą! Zlituję się nad tobą i powiem ci tajemni-cę, bardzo wielką tajemnicę haremową. Zważ dokładnie, co następuje: im więcej kobieta ma zmarszczek na twarzy, za tym gładszą chce uchodzić w twoich oczach. Jeżeli więc ehcesz możliwie najdłużej zachować szczęście domowe, nie zdradź się przenigdy przed twoją Emmeh, żeś zauważył zmarszczki na jej twarzy. Nie powinieneś ich widzieć, nawet myśleć ci o nich nie wolno, jeżeli ci drogim jest życie i spokój oraz wygoda twego domowego zacisza! Wierz mi, znam się na tym, sidi! Bierz więc ze mnie przykład! Ja również nie chcę widzieć więcej zmarsz-czek i mam nadzieję, iż cudowna maść mi w tym pomoże.  Kupię marham ed dżamahl dla Hanneh i dla siebie.

- Dla siebie także?

- Oczywiście! Spójrz na mnie, a przekonasz się, że również i moje czoło nie jest pozbawione zmarszczek, których chętnie chciałbym się pozbyć. Przeto jestem niezmiernie zadowolony, iż się mogłem dowiedzieć od przekupnia, gdzie szukać Matki Piękności. Pojedziemy natychmiast do Kirmaszah!

- My? Kogo przez to rozumiesz?

- Ciebie i siebie naturalnie! Nie sądzę bowiem, iż mnie puścisz samotnie, a sam będziesz czekał, aż powrócę.

- To mi nawet przez myśl nie przeszło! Nasza droga pro-wadzi przez Szirazu, nie zaś do Kirmaszah, dokąd nie masz w ogóle potrzeby jechać, mogąc w tak łatwy sposób tutaj na miejscu nabyć balsam. Dlaczegóż go nie kupiłeś?

- Pytasz dlaczego? O sidi, jak wielki twój rozum mało zna się na działaniu cudownych balsamów! Kupić tutaj? Tego

12 właśnie najsurowiej mi zabroniła Hanneh, kobieca istota mej męskiej błogości! Wierzaj mi, effendi, nie zawahałbym się przed żadną ceną, gdybym był przekonany o oryginalności marham ed dżamahl. Sprzedawcy bowiem, chcąc powiększyć zasób swego towaru, fałszują go. Aby zarobićwięcej pieniędzy, robią z jednego pudełka sto; dodają przy tym takie składniki, które nie tylko, że są bezużyteczne, lecz często nawet szkodzą, tak, iż biedna niewiasta, która się takim balsamem posmaruje w błogiej nadzieji odzyskania klasycznej urody, zamiast stracić siedem zmarszczek, które posiada, zdobywa nowych siedem-dziesiąt siedem. O Allah, Wallah, Tallah! Mamże ciebie posą-dzić o to, iż życzysz mojej Hanneh jedenastokrotnego powię-kszenia ilości zmarszczek na jej szlachetnym obliczu? Nie!  Ona chce mieć prawdziwy balsam i musi go otrzymać bezpo-średnió z rąk Umm-ed-Dżamahl. Musimy przeto natychmiast udać się c~o Kirmaszah!

Mały Halef wypowiedział słowa powyższe tak pewnym i energicznym tonem, jak gdyby szło o życie lub śmierć i zrozu-miałem, że wszystkie moje ewentualne zarzuty natrafiłyby na stanowczy opór z jego strony. Wiedziałem z góry, iż, rad nie rad, będę musiał zrezygnować z moich obiekcji, mimo to próbowałem go jeszcze przekonać:

- Halefie, chętnie chciałbym przyjąć słowa twoje jako żart, słyszę jednak, że mówisz całkiem poważnie. Czy zdajesz sobie sprawę, jak daleko stąd do Kirmaszah? Na pewno upłynie tydziefi, zanim znowu ujrzymy mury Bagdadu. Mamy więc taki szmat czasu poświęcić, celem zdobycia balsamu o wątpliwej wartości?

- Sidi, nie chodzi przecież w tym wypadku o balsam, lecz odmłodzenie, upiększenie i pozbawienie zmarszczek twarzy, która mi jest najukochafiszą na całym świecie. A co się tyczy wartości balsamu? O, effendi, wy, Frankowie rościcie sobie zawsze prawo do wszechmądrości i wszechwiedzy; lecz Allah w bezgranicznej swej łasce obdzielił nas darami, które wam są niedostępne. Słyszałeś wszak, że archanioł Gabriel sprowadził ten balsam z najwyższego, a więe z siódmego nieba, a ponieważ wy nie posiadacie siódmego nieba, więc nie jest wam dane posiadanie tej marham ed dżamahl. To jasne! A że balsam rzeczywiście pomaga, że skutek jego jest nadspodziewanie wielki i zdumiewający, możesz się o tym przekonać z setek tysięcy i milionów zmarszczek, które dzięki niemu znikły.  Wiesz, jak dalece ci wierzę i ufam każdemu twemu słowu, ale w kwestii balsamu nie chciej mnie przekonywać gdyż na tym lepiej się rozumiem i znam, aniżeli ty. Chyba, że mi powiesz, że byłeś u praprababki owej praprababki, o której mówił przedtem przekupiefi.

- Nie - odparłem zgodnie z prawdą.

- Czyś próbował jego skuteczności? Czy kiedykolwiek dawałeś go kobietom haremowym do wypróbowania i przeko-nałeś się,. że zmarszczki nie znikły?

- Nie.

- A więc, proszę cię, dowiedz się o nim w haremach Mezopotamii i u wszystkich niewiast i ich córek całej okolicy; pytaj w Teheranie, Isfahanie, Kerindze i Hamadanie, a prze-konasz się, że pod działaniem balsamu Matki Piękności znika każde niedomaganie twarzy. Każdy o tym wie, ja sam słyszałem o tym przeszło sto razy i proszę cię, nie doprowadzaj mnie do pąsji!

Uniósł się gniewem. Wiedziałem, iż bezcelowe jest dalsze przekonywanie go, spróbowałem więc w inny sposób odwieść go od tego zamiaru, mówiąc:

- Nasza droga prawdopodobnie zawiedzie nas z Szirazu do Isfahanu i T~heranu, będziemy więc wracali przez Kirman-szah. Sądzę, że wówczas jeszcze będziemy mieli czas wywie-dzieć się o tej, która wyrabia balsam.

- Czy jesteś przekonany, że tę drogę odbędziemy?

- Sądzę.

- Sądzisz! Jeżeli tylko tak myślisz, to muszę ci powiedzieć, że cenię wyżej swój bałsam, aniżeli twoje myśli. A może potra-fisz swoimi myślami usuwa~ zmarszczki?

- Muszę ci przyznae, że tego jeszcze nie próbowałem.

- I słusznie, gdyż tego rodzaju próba na nic by się zdała!

Tłuszcz używany bowiem bywa do wyrabiania balsamów, a nie myśli. A gdyby nawet było rzeczą pewną, iż przybędziemy do Kirmanszah, czy możesz mnie poinformować, ile to czasu upłynie, licząc od dnia dzisiejszego?

- W każdym razie kilka miesięcy.

- Kilka miesięcy! Allah Kerżhum. Co może się stać w ciągu tak długiego czasu z ukochanego oblicza mojej Hanneh! Sły-szałeś przecież, że zmarszczki są robactwem piękności. Czy chcesz więc temu robactwu dać tyle czasu, aby tak się rozmno-żyło, iż potem trzeba będzie zużyć dziesięć razy więcej balsa-mu, niż teraz?! A gdy przywiozę mojej Hanneh balsam, mam-że dopiero czekać, aż skutek zacznie się powoli okazywać?  Chcę po powrocie widzieć rozkosz moich oczu bez zmarsz-czek! Muszę jej wcześniej posłać balsam, dlatego chcę już teraz jechać wprost do Kirmanszah i dlatego już obecnie 15 poszukam słynnej kobiety plemienia Bachtijarów, aby od niej zdoby~ słodką rozkosz oblicza mojej Hanneh. Ruszam w po-dróż natychmiast i nieodwołalnie! Jeżeli nie zechcesz mi to-warzyszyć, pojadę sam: Jednakowoż dusza moja będzie cier-piała z tego powodu, że obojętnym ci jest serdeczne życzenie twego Halefa, który w każdej chwili byłby gotów dla ciebie na ~mierć wyruszyć.

To rzekłszy, odwrócił się ode mnie i zamilkł.  Nieszczęsny przedstawiciel Matki Piękności! Dlaczego mu-siał akurat w czasie naszej obecności przyjść do kawiarni i przypomnieć mojemu Hadżiemu o zmarszczkach jego Han-neh! To nonsens dla kosmetyku przedsięwziąć tak daleką, długotrwałą i niezupełnie bezpieczną podróż! Ale człowiek Wschodu nie ma zrozumienia dla drogocenności czasu i Halef nie był w stanie pojąć, jakiej ofiary wymaga ode mnie. W rzeczywistości wszakże, nie mogłem mówić o stracie czasu w ścisłym tego słowa znaczeniu. Przedsięwziąłem tę podróż, aby zebrać wraienia i doświadczenia, jako materiał do powieści podróżniczych i mogłem sobie pozwolić na kilkudniową wy-cieczkę bez wielkiego uszczerbku dla moich planów; tak; moż-na się było nawet spodziewać rzeczy ciekawych na tym bocz-nym trakcie, ciekawszych aniżeli na głównej uczęszczanej dro-dze. Nazwawszy zaś tę drogę nie bardzo bezpieczną, nie mo-głem z drugiej strony twierdzić, że zamierzona podrbż w dół Tygrysu i przez zatokę do Szirazu była zupełnie bezpieczna.  Poza tym musiałem się liczyć z charakterem mego Halefa.  Kochał ponad wszystko swoją Hanneh i nie przepuściłby na pewno żadnej sposobności, ażeby spełnić jej życzenie, zwłasz-cza, że w tym wypadku szło nie o zwykłe jej pragnienie, lecz o  prośbę niezwykle ważką. Zważmy, ile kosmetyków znajduje się w buduarze kobiety Zachodu! Wymagania jednak kobiety wschodniej pod tym względem są znacznie większe. Niepoha-mowana żądza kobiety, aby zewnętrznie jak najkorzystniej się przedstawiać, jest na Wschodzie o wiele silniejsza, niż na Zachodzie. Jakże więc mogłem dziwić się Hanneh, że starała się wydawa~ możliwie piękną swemu Halefowi! Balsam Matki Piękności - tu chodziło wszak o radykalny środek na pięk-ność! Wolno mi o tym było sądzić, co mi się żywnie podobało, wolno mi było uważać, że skuteczność tego balsamu jest równa zeru, nie miałem jednak prawa przeszkadzać Halefowi w uczy-nieniu tego, co miało Hanneh, a co zatem idzie i jemu, sprawić radość. Tylekroć dla mnie narażał życie - dla mnie teraz opuścił żonę, syna i szczep swój i gotów był w każdej chwili złożyć mi ofiarę ze swej przyjaźni, więc czyż mogłem mu nie poświęcić paru dni? Powód, że ja, jako stary westman, nie mam właściwego zrozumienia dla kosmetyków, nie wchodził tu w rachubę. Nadto, przypomniałem sobie, iż większość szczepbw Bachtijarów należy do sekty Ali Ilahis, a więc do sekty, o której wprawdzie wiele słyszałem i czytałem, lecz której żadnego z przedstawicieli nie znałem dotąd osobiście. Może nadarzała mi się teraz sposobnoś~ wypełnienia powyższej luki w podróży do Kirmanszah? Było więc dosyć powodów, aby zgodzić się na życzenie Halefa, aczkolwiek wydawało mi się rzeczą śmieszną, ażeby odbyć długotrwałą i męczącą podróż dla sprowadzenia balsamu od starej perskiej znachorki. Mimo więc wszystko, uczyniłem jeszcze ostatnią próbę odwiedzenia Hadżiego od jego zamiaru.

- Czy znasz, Halefie, szczep Bachtijarów, do którego 17 należy Umm ed Dżamahl? - zapytałem go.

- Nie - odrzekł krótko.

- Zdaje się, że nie posiada ludzi, kTorym można zbytnio ufać.

- Jakże to?

- Słyszałeś przedtem od handlarza nazwę idiz. Może wiesz, jakie jest znaczenie tego wyrazu?

- Nie wiem.

-Idiz, to kurdyjski wyraz, a znaczy: złodziej. Udasz się więc na poszukiwanie rzezimieszków?

- Czemu nie? Właśnie dlatego, że są lub też nazywają się złodziejami, chcę do nich się udać! Może wreszcie u nich doznam jakichś wrażeń. Przecież w tym celu podróżujemy!  Teraz dopiero podwójnie się cieszę z tej podróży. Na pewno potem pożałujesz, żeś mi nie towarzyszył. Powiedz, effendi, czy nie jesteś w stanie tego pojąć, że Hanneh, ranna, południowa i wieczorna rozkosz każdego dnia mego życia, chce uchodzić za tak piękną w moich oczach, jak to jest tylko możliwe?

- Ach, doskonale to rozumiem! Lecz smarowanie policz-ków tłuszczem nie mieści się jakoś w mojej mózgownicy.

-‘R~ dobrze! Przecież tłuszcz nie ma służyć na mózgowni-cę, lecz do policzków! I twoja Emmeh wszelkimi siłami stara ci się chyba spodobać?

- Nie, ponieważ wie, że i bez specjalnych ku temu wysiłków z jej strony i tak mi się podoba.

- Bo jej twarz jeszcze jest gładka i bez zmarszczek! Ale mimo to na pewno używa różnych środków dla tym staranniej-szego podkreślenia swej urody?

- Ja o niczym nie wiem.

- Używa chyba pomady do włosów?

- Nie. Nie znoszę zapachu pomady.

- A pudru do twarzy?

- Także nie. Zdrowa czerwiefi policzków jest ładna, a co jest ładne, tego nie należy pokrywać warstwą mąki.

- Ty rzeczywiście masz słuszność, gdyż mąka służy do wypieku chleba, a nie do przykrywania kolorów. Ale przednią kredką twoja Emmeh na pewno czerwieni swe wargi?

- Nie. Usta, którymi do mnie przemawia, nie powinny być pokryte fałszem pomadki.

- Ale choć czarnej farby używa do oczu, aby powiększyć wnikliwość swego wzroku?

- I tego nie czyni. Jej ładne, jasne oko unika każdego cienia.

- A więc jakich perfum zazwyczaj używa, aby połechtać miłośnie twoje powonienie?

- Żadnych.

- A piżmo, które pachnie w przeciągu dwóch tygodni?

- Ach, nie wspominaj mi o nim. Wystarczy napomknąć tylko o piżmie, ażebym zwiał, gdzie pieprz rośnie, tak nie znoszę jego woni. Sztucznie spreparowane zapachy podtrzy-mują kłamstwo. W moich oczach jest grzechem wyparcie się niewinnego i delikatnego zapachu swego zdrowego ciała przez tego rodzaju sztuczne środki.

- Oh, sidi, jaki z ciebie barbarzyńca! Gdyby w twojej Emmeh nie było nic sztucznego, jakżeby spędzała ten piękny czas, jaki wszystkie kobiety tracą ku wielkiej swojej radości na staranne upiększanie swego ciała?

- Nie szkodzi, ma robotę. Uczy mnie.

-Allah akbar! Bóg jest wielki! Ciebie? Ciebie?

-Tak, mnie.

- Sidi, to niemożliwe! Wszak ja cię znam! Jesteś człowie-kiem niezwykle doświadczonym i masz umysł jasny i bogato wyposażony. Czego możesz się więc nauczyć od Emmeh, twej duszy!

- Właśnie tu tkwi wielki, niezrozumiały błąd ludzkości, że nie chce posyłać umysłu swego do duszy na naukę! Nie zna się istoty obu tych czynników i sądzi fałszywie, że nauczycielka powinna pobierać nauki u ucznia.

- Nie pojmuję tego!

- Niech cię to zbytnio nie smuci! Takich jest legion, ale im się wydaje, że lepiej od ciebie to rozumieją. Pozwalają duszy marnieć a upiększają, malują i perfumują umysł tak, że staje się eunuchem!

- A więc najwspanialsze nawet wonie haremu nie mają dla ciebie żadnej wartości?

-Też pytanie! W Ben Szirjest napisane:Allah bylnajpierw twórcą a potem poetg. Stworrywsry ziemię, podarował jej jako ukoronowarcie całego dziela swojego - Boski Wiersz, kobietę. I cóż powiesz na to, Halefie, że ten wiersz smaruje się pomadą i mąką, otacza się wonią z torby piżmowca, maluje się mu wargi, lica, oczy i ręce i stara się w ogóle wszelkimi siłami zniszczyE boską harmonię, jaką włożył weń niebiafiski poeta, największy znawca prawdziwego piękna?

- Co mam na to powiedzieć, sidi? Wszystkiego się zrzeknę, za wyjątkiem jednej rzeczy, balsamu piękności!

- Nazwałem Hanneh wierszem. Jej zmarszczki, to jego strofy budzące wdzięczność i szacunek.

- A więc uważasz marham ed dżamahl, którą mam zamiar nabyć za zbyteczną?

-‘Oczywiście!

- Wobec tego stwierdzam, że zmarszczki ludzi Zachodu nie są tak bardzo godne smutku, jak zmarszczki ludzi Wscho-du. Według naszego smaku estetycznego wiersz bez bruzd jest zawsze ładniejszy od wiersza ze zmarszczkami i gdybym był w stanie wrócić mojej Hanneh gładkość lic, chętnie zrzekłbym się strof, budzących cześć. Ruszam więc zaraz w kierunku Kirmanszah, mimo przemiłej naturalności twojej Emmeh. A teraz decyduj, czy mam tę podróż odbyć samopas, czy też nie!  Mam nadzieję, że twoja miłość ku mnie nie jest mniejsza, niż moja ku tobie.

- Pod tym względem masz słuszność, Halefie. Jedziemy razem.

Stał z boku nadąsany. przy ostatnich moich słowach odwró-cił się szybko i z błyskiem w oczach zawołał:

- Rzeczywiście? Czy to prawda?

- Tak.

- Nie kpisz?

- Nie.

- Hamdulillah! Zwyciężyłem, zwyciężyłem effendiego Ka-ra Ben Nemzi, którego dotychczas żaden człowiek na świecie nie pokonał! Sidi, dzięki ci, dzięki z całego serca! Przywiezie-my ze sobą nie tylko balsam piękności, ale dokonamy również czynów bohaterskich, których sława przejdzie z pokolenia na pokolenie, do naszych dzieci, wnuków i prawnuków!

- Wraz z balsamem Matki Piękności?

- Zamilknij, sidi! Mam naturalnie na myśli tylko nasze

czyny bohaterskie! Chodź, pójdziemy do binbasiego, który teraz został podniesiony do godności pułkownika. Musimy mu opowiedzieć, że wyruszamy jutro do Kirmanszah. Zobaczysz, będzie się już z góry cieszył czynami męstwa, których dokona-my i dziełami odwagi i opisami zwycięstw, o których usłyszy po naszym powrocie. Jakże jestem szczęśliwy i radosny, że zdoła-łem pokonać twój upór. Albowiem - dodał, rzuciwszy na mnie chytre spojrzenie - muszę ci się przyznać, że nie pod-jąłbym nigdy tej podróży, bez ciebie.

- A, to sprytne.

- Tak, jestem przebiegły; wiem to za dobrze nawet. Wła-ściwość tę posiadam od urodzenia, - ciągnął dalej poufnym tonem - a od czasu, jak jestem właścicielem haremu, bardziej jeszcze się w tym kierunku wydoskonaliłem.  Teraz mały Halef był znowu sobą. Rzeczą samo przez się zrozumiałą było również to, że zaraz powiązał naszą podróż do Kirmenszah z „dziełami odwagi i męstwa”.  Opuściliśmy kawiarnię i udaliśmy się do naszego mieszka-nia. Przybywszy do domu, oznajmiliśmy nasze postanowienie, „dotychczasowemu binbasiemu a obecnie pułkownikowi”. T~n zapytał o cel naszej wycieczki w persko-kurdyjskie góry. Halef, bez żadnych osłonek wszystko mu opowiedział i ku mojemu wielkiemu zdumieniu, stary nie tylko, że się nie zdziwił, lecz nawet mu przyznał słusznoś~. I on również znał sławę Umm-ed-Dżamahl i zapewnił mnie, że jest całkowicie uzasadniona.  Słyszał niejednokrotnie, że środek ten działał zadziwiająco, a gruby Kepek, który się przysłuchiwał naszej rozmowie, dodał pewnym tonem, podkreślając swe słowa przekonywującymi gestami rąk:

- Tak, Umm-ed-Dzamahl zasługuje całkowicie na taką nazwę! Jej balsam najpotworniejszą twarz czyni piękną i sły-szałem nieraz w kawiarniach, które odwiedzam, że mężczyźni nawet doświadczyli na sobie doskonałość tego balsamu. Ja jednak nie używam tego kremu!

Tak, dla niego był rzeczywiście zbyteczny, gdyż sprzyjający los wypełnił mu twarz tak obficie tłuszczem, że istnienie na niej jednej choćby zmarszczki należało uważać za absolutnie niemożliwe.

II

Podróż, na którą tak niechętnie się zgodziłem, była niezwy-kle ciekawa. Cośmy tam przeżyli i czegośmy doświadczyli żostanie opowiedziane w innym miejscu, tak, że wystarczy teraz krótko tylko wspomnieć, co następuje: Umm ed Dża= mahl odnaleźliśmy znacznie szybciej, aniżeliśmy to sądzili i to w roli szejka jednego ze szczepów jej plemienia. Dzięki pomy-ślnemu przypadkowi udało nam się wykorzystać sytuację i wyświadczyć jej przysługę, za którą była nam niewymownie wdzięczna. Byliśmy gośćmi plemienia, którego władczyni oka-zała nam wiele przychylności i ten fakt bardzo mnie cieszył.  Zanim rozstaliśmy się z tymi ludźmi, Halef nie tylko że otrzy-mał od niej znaczny zapas balsamu, lecz także przydała mu specjalnego posła, który miałjej podarunek osobiściewręczyć Hanneh. Mnie atoli przypadła w udziale większa łaska, albo-wiem Umm ed Dżamahl wyjawiła mi, oczywiście w cztery oczy, 24 tajemnicę przyrządzania balsamu; objaśniła mnie przy tym, że jeden z jej przodków, słynny na owe czasy lekarz, otrzymał to cudowne lekarstwó od Szeherezady, ulubiennicy Haruna ar Raszida, w dowód wdzięczności dla swej sztuki lekarskiej, dzięki której udało mu się ją, słynną i znakomitą recytatorkę „T~siąca i jednej nocy”, uratować od niechybnej śmierci.  Gdy wreszcie żegnaliśmy ją oxaz całe plemię i wyjawiliśmy, że nie wracamy drogą Kirmanszah, Kerind, Khanekin ze względu na zbyt wielką przestrzeń, którą wypadłoby nam nad-łożyć, radziła nam Matka Piękności ruszyć w stronę T~zaizu, dopływu Djali, ostrzegając wszakże przed zetknięciem się ze zbójeckimi Hamawandami i Dawuhdijehami, dwoma równie „przedsiębiorczymi” jak i „nikczemnymi” plemionami kurdyj-skimi, które właśnie wtedy były we wrogich wzajemnie stosun-kach. Wyżej wyłuszczone powody czyniły, jej zdaniem, wspo-mnianą okolicę podwójnie niebezpieczną, toteż mimo wszy-stko, radziła nam nadłożyć drogi. Aczkolwiek zdawaliśmy so-bie sprawę, że ostrzeżenie płynie z dobrego serca, nie mogli-śmy jednak nie ruszyć we wskazaną uprzednio drogę na’Iśzai-zu, tym bardziej, że uczynilibyśmy to i bez rady Umm ed Dżamahl. Odnośnie zaś tego, że się Kurdów uważa za rabu-siów i zbójów, mieliśmy, nasze własne, osobiste zdanie, wypły-wające z doświadczenia, a więc sąd bezstronny i obiektywny.  Te często spotwarzane i w pismach europejskich napasto-wane plemiona okazują podróżnym, przyjaźnie względem nich usposobionym, geścinność, zasługującą na największe uznanie; nawet wróg śmiertelny tak długo korzysta z ochrony w namiocie, względnie w obozie plemienia nieprzyjaciel-skiego, pod którego pieczę oddał się z całym zaufaniem, jak 25 daleko sięga władza tego plemienia i przyrzeczenie. Rzecz zrozumiala, że kto przybywa w zamiarach wątpliwych lub, jak to czynią niektórzy, zwłaszcza europejscy podróżni, traktuje Kurdów jako upośledzonych, niżej od siebie stojących ludzi, skromnie uznających jego przewagę i godzących się na niepo-szanowanie ich zwyczajów i obyczajów, ten nie powinien się od nich spodziewać, że się przyczynią do chwalebnego wyra-żania o nich. Jeżeli nawet żądają od ludzi, przejeżdżających przez ich terytorium, pewnego wynagrodzenia, to przecież nie można ich z tego powodu ganić. Ajeżeli odmawia im się tego wynagrodzenia i oni je gwałtem wówczas wymuszają, nie na-leży się im dziwić, że pobierają więcej, aniżeli żądali i znawca tutejszych stosunków nie nazwie ich mimo to rabusiami. Po-jęcie wyrazu „grabież” i pogląd na tę sprawę w ogóle są u tych ludzi całkiem odmienne, niż u nas. Jeżeli nasze poglądy, w powyższej kwestii nie mają żadnego znaczenia dla większej części Wschodu, nie możemy wymagać li tylko od Kurdów, od „dzikich” Kurdów, ażeby oni właśnie ku nim się sklaniali z własną szkodą materialną. Przypomina mi się prowadzona razu pewnego przeze mnie rozmowa w tej właśnie sprawie z tamtejszym wysokiem urzędnikiem. Na czynione zarzuty, od-powiedział mi, uśmiechając się przy tym dwuznacznie:

- Grabież? Łupieżcy? Chrofi cię Allah od niesprawied-liwości! Znam jednego człowieka, który był u was w kraju i prócz tego wiele o was czytał; on mi też o was opowiedział, a więc orientuje się trochę w tych sprawach. U nas mamy do czynienia z prostą, otwartą, szczerą grabieżą, która u nas występuje w formie grzecznej, skrytej i tajemniczej. Wy nazy-wacie to bankructwem, ruiną, krachem, trustami, spekulacją i pod tym płaszczykiem przynosicie szkodę nie tylko innople-mieficom, lecz także i swoim współziomkom. Wy skrycie wbi-jacie noże w piersi bliźnich, podczas gdy ci, których tu, u nas nazywacie rabusiami, czynią tojawnie, mówiąco tym otwarcie, przy czym napadniętym jest zawsze obcokrajowiec, nieprzyja-ciel, nigdy zaś człowiek z własnego narodu! Jacy więc rabusie zasługują na wzgardę i potępienie, nasi czy wasi?  Czy mogłem i czy moim obowiązkiem było zaprzeczyć jego słowom?

Ostatnimi czasy tak często z goryczą mówi się o Kurdach jako o narodzie rabusiów i im się przypisuje całą winę za osławione zamieszki armefiskie! Mawiałem już nieraz i teraz powtarzam, oczywiście w sensie ogólnym ujmując, że wolę dziesięciokro~ Kurda, aniżeli Ormianina, aczkolwiek ten ostatni jest chrześcijaninem. Jeżeli gdzieś na Wschodzie ma miejsce jakaś nikczemność, wówczas należy przypuszczać, że maczał w tym palce Lewantyńczyk, Grek albo, co jest bardziej, niestety, prawdopodobne, orlonosy Ormianin. Odnośnie zaś wspomnianych przed chwilą „zamieszek”, jest rzeczą po-wszechnie wiadomą, w jaki sposób i dla jakich celów powsta-wały, albo, lepiej powiedziawszy „wywołane zostały”!  Jeżeli usiłuję w tym miejscu bronić dobrego imienia Kur-dów, czynię to wyłącznie z punktu widzenia humanitaryzmu; jestem bowiem zdania, że należy każdego sądzić wedle okoli-czności, które go wychow...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin