ZIARNO2.TXT

(59 KB) Pobierz
+ziarno 2+




MIKROPOWIEĆ

TONY DANIEL

ZIARNO (2)

(Grist)

Przełożył Marcin Wawrzyńczak

Wijšca się Rzeka
Na koci widniał numer seryjny, który wyryło w niej ziarno, 7sxq688N. TB wycišgnšł koć ze stosu na starej barce, gdzie mieszkał, i dmuchnšł w jeden koniec. Przez drugi wyleciał pył. TB zakrztusił się i zaczšł kaszleć, aż oczycił sobie gardło z wysuszonego szpiku. Była to chyba koć udowa, długa jak flet. 
- Była wysoka, 7sxq -  powiedział TB do koci. -  Jak to się stało, że się nie pokruszyła?
Potem częć ulepszonego ziarna TB przeniosła się do koci i naprawiła jej zepsute ziarno i wtedy koć skruszyła mu się w dłoniach, rozsypała w proch, a następnie w mniej niż proch, by mógł jš zabrać i wykorzystać do wyleczenia mostka Jill i jej innych złamań. 
Ale nawet to nie wystarczy, pomylał TB. Ona umiera. Jill umiera i nie mogę jej uratować.
- Trzymaj się, malutka -  powiedział.
Jill leżała na stole w fałdach worka, którym owinšł jš TB. Zajrzał na moment do jej myli i ujrzał sen o pocigu i krwi, po czym sprawił, że zasnęła głębszym snem, który był nieodróżnialny od przypływu i odpływu chemii i ładunków elektrycznych w jej mózgu -  sen i tylko życie, i niemylenie. W tym samym czasie zaczšł za pomocš ziarna naprawiać jej poszarpane ciało.
Za póno. Było za póno w momencie, gdy skończyła swojš rozprawę ze szczurzycš. 
Och, ale cóż to była za walka!
Ja jš do tego zmusiłem. Ja zrobiłem z niej myliwego. Wszystko przeze mnie, a teraz ona umrze z tego powodu.
TB nie mógł już na niš patrzeć. Wstał i poszedł do kuchni zrobić sobie herbaty na starej elektronicznej kuchence. Jak zawsze, herbata była letnia. TB wytrzšsnšł parę węgli z paleniska i postawił na nich kubek, żeby trochę go podgrzać, po czym usiadł, zapalił papierosa i policzył, ile szczurów upolował tego dnia.
Dziesięć w worku i dwadziecia, które on i Bob zatłukli wspólnie kijami. Żywe szczury wierciły się, ale nie miały szans na ucieczkę. Będš pokarmem dla Jill. Nie można karmić fretki niczym poza jej naturalnym pożywieniem. Sklepowš karmę dla fretek uważał za kompletny idiotyzm. I kiedy Jill je zje, będzie wiedział. Będzie wiedział, gdzie szczury się znajdowały i skšd przyszły. Jill potrafiła to wywęszyć jak nikt inny. Była w tym naprawdę zdumiewajšca. 
Ona nie zje tych szczurów. Umrze, ponieważ wzišłe mały skrawek programu, który był tylko ugryzieniem, i dałe mu ciało, i teraz popatrz, co zrobiłe.
Nie musiała umierać w ten sposób. Można było wymazać jš bezbolenie. Mogła zaniknšć zredukowana do zepsutego ziarna. 
Ponownie TB wpatrzył się intensywnie w przyszłoć. Czy było tam cokolwiek, jakikolwiek sposób? Skupiajšc się badał nitki możliwych przyszłoci. Szukanie srebrnej nitki w kupie żużlu. Szukanie wiata, w którym Jill przetrwała swój pojedynek. Nie potrafił go dostrzec, nie potrafił go znaleć.
Musiał tam być. Wszystkie przyszłoci zawsze tam były, a kiedy się je dostrzegło, można było sięgnšć w przeszłoć i wywołać zmiany prowadzšce do pożšdanej przyszłoci.
Chcę to zrobić.
Ale nie mogę. Nie widzę jej. Chcę, ale nie mogę, mała Jill. Przepraszam.
By Jill mogła przeżyć, potrzebna była przyszłoć tak wyjštkowa, tak mikroskopijnie cienka w kłębku nitek, że  praktycznie była ona niemożliwa do znalezienia, niepojęta. A jeli nie potrafił jej pojšć, to urzeczywistnienie jej było niemożliwe.
Poza tym widział, oczywicie, dokšd prowadzš niemal wszystkie nitki:
Jill będzie umierała długo. Widział to wyranie. Widział również, że nie miał serca, by zabić jš szybko, skrócić jej cierpienie. Ale by to wiedzieć, nie trzeba było żadnych specjalnych umiejętnoci.
Jak to się stało, że troszczę się tak bardzo o ten nic nie znaczšcy kłębek futra i kodu, tutaj, na zasranym końcu wszystkiego?
Jakże mogłoby być inaczej, po tym jak poznałem Jill?
Dwa dni minš, według rachuby czasu na Czyraku, zanim mała fretka umrze. Oczywicie to nigdy nie będzie prawdziwy dzień. Jedyne ródło wiatła stanowiła bioluminescencja cuchnšcych kup mieci. Duża jej częć była nadal żywa. Na Czyraku panował wieczny zmierzch, którego wiek zbliżał się już do trzystu lat. W miarę powolnego gnicia organicznych resztek uformowało się bagnisko. A potem Wijšca się Rzeka, któa była tylko odrobinę więcej niż silnym strumieniem na bagnie, kršżšcym bez końca w precesji do obrotów modułu. Gdzie znajdował się Czyrak? Kogo to obchodziło? Gdzie na końcu wszystkiego, gdzie macki Sieci dotykały pasa asteroidów. Nie miało to znaczenia. Nie było tutaj wirówki, która zapewniałaby grawitację na użytek ludzi. Nikogo nie obchodzili tutejsi mieszkańcy. Czyrak obracał się -  w rzeczywistoci odrobinę szybciej niż Ziemia -  by zagęcić odpady, tak aby ludzkie gówno nie pokryło całego pasa asteroidów. 
Wielka luza opróżniajšca mieci do Czyraka została zainstalowana pół wieku wczeniej. Miała zamontowane specjalne zawory, żeby uniemożliwić cofanie się odpadów. Całe gówno z wewnętrznego układu trafiało do Czyraka, a konserwujšce ziarno wykorzystywało jego częć do powiększenia obszaru wysypiska w oczekiwaniu na kolejne dostawy. Nic nigdy nie opuszczało Czyraka i reszcie układu w zupełnoci to odpowiadało. 
Kto brodził po płycinie obok barki i przeklinał. To była czarownica, Gladys, mieszkajšca w przepucie kawałek dalej. Znalazła trap i TB usłyszał, jak wspina się po nim. Nie podszedł do drzwi. Zastukała dononie kijem, który nosiła przy sobie, twierdzšc, że to zaklęty wšż. Może i tak było. Dziwniejsze rzeczy działy się na Czyraku. Ludzie i ziarno łšczyli się na dziwne sposoby, często niezrozumiałe. 
- TB, muszę z tobš o czym porozmawiać -  usłyszał przez drzwi głos czarownicy. Zakrył uszy, ale ona zastukała ponownie i nie było to miłe. -  Wpuć mnie, TB. Wiem, że jeste w domu. Widziałam wiatło.
- Nie, nie widziała.
- Muszę z tobš porozmawiać.
- W porzšdku. -  Podniósł się i otworzył drzwi. 
Gladys weszła do rodka i rozejrzała się po wnętrzu barki niczym zaskoczony ptak.
- Co gotujesz?
- Nic.
- Przyrzšd mi co.
- Gladys, moja stara kuchenka ledwo działa. 
- Wrzuć do niej jednego ze swoich szczurów, a ja chętnie go zjem.
- Nie, Gladys, nie zrobię tego. -  TB otworzył lodówkę i przeszukał zawartoć. Wycišgnšł lody i podał jej. -  Proszę,  chyba czekoladowe.
Gladys zaczęła obgryzać przysmak  jak kawałek koci. Wkrótce skończyła. Całe usta miała upaprane na bršzowo. Otarła je rękawem. 
-  Masz więcej?
- Nie, nie mam -  odparł TB. -  A nawet gdybym miał, nie dałbym tobie.
- Jeste złoliwy. 
- Takie produkty trudno zdobyć.
- Jak twoja fretka Jill?
- Została dzisiaj ranna. Czy Bob ci powiedział? Wkrótce umrze.
- Przykro mi to słyszeć. 
Nie chciał rozmawiać o Jill z Gladys. Zmienił temat. 
-  Wydobylimy kupę szczurów z tej nory.
- Jest ich więcej tam, skšd przychodzš.
- Mylisz, że o tym nie wiem!
Gladys przysunęła sobie krzesło i usiadła na nim ciężko. Chyba była Europejkš z pochodzenia; trudno było to stwierdzić. Twarz miała brudnš, poza jasnš smugš pod nosem i na brodzie, gdzie wytarła się po zjedzeniu lodów. 
- Dlaczego tak bardzo ich nienawidzisz? Wiem, dlaczego tak jest w przypadku Boba. On jest szalony. Ale ty nie jeste wariatem.
- Nie nienawidzę ich. Po prostu tym się zajmuję.
- Tym włanie teraz?
- Nie nienawidzę ich -  powtórzył TB. -  O czym chciała ze mnš porozmawiać?
- Chcę wybrać się w podróż.
- Dokšd?
- Chcę zobaczyć się z mojš ciotkš. Mylałam o niej ostatnio. Miała kiedy kotkę. Doszłam do wniosku, że przydałby mi się kot. Jako pomocnik, rozumiesz. Do pomocy przy czarach. Wiesz, ona jest sławnš pilotkš statków chmurowych. 
- Kotka?
- Nie, moja ciotka.
- Zabierzesz ciotce kotkę?
- Nie, nie zabiorę! - Gladys wydawała się bardzo urażona. Pochyliła się ku niemu, ciszajšc głos do konspiracyjnego szeptu: -  Ta kotka jest już dorosła i sšdzę, że będzie miała kociaki i będę mogła jednego sobie wzišć.
- Jest tu sporo przypuszczeń -  rzekł TB łagodnie.
- Mam pewnoć. Mój anioł, Tom, powiedział mi, żebym to zrobiła.
Tom był jednš z nadprzyrodzonych istot, z którymi się kontaktowała. Przynajmniej tak twierdziła. Ludzie przybywali z odległych częci Czyraka, by Gladys im powróżyła. Mówiło się, że potrafi dokładnie wskazać miejsce, gdzie należy szukać srebrnych kluczy. 
- Cóż, jeli Tom ci tak powiedział, to powinna to zrobić. -  TB pokiwał głowš.
- Cholerna racja. Ale chcę, żeby popilnował mi domu, kiedy mnie nie będzie.
- Gladys, mieszkasz w starym rowie.
- To suchy przepust. I nie chcę, żeby ktokolwiek się tam wprowadził za mojej nieobecnoci. Takie ładne miejsce trudno jest znaleć.
- Wszystko, co mogę zrobić, to pójć tam i sprawdzić.
- Jeli kogokolwiek tam spotkasz, musisz go przegonić.
- Nie będę nikogo przeganiał. 
- Musisz. Liczę na ciebie.
- Powiem, że miejsce jest już zajęte. - TB westchnšł. -  To wszystko, co mogę ci obiecać.
- Powiedz, że cišży nad nim klštwa. I że rzucę klštwę na każdego, kogo tam spotkam!
-  W porzšdku. - TB z trudnociš opanował miech. -  Czy masz jeszcze co?
- Podlewaj mojš hortensję. 
- A co to takiego?
- To rolina. Po prostu wetknij palec w ziemię i nie podlewaj, jeli będzie jeszcze wilgotna. 
- Wetknšć palec w ziemię?
- To czysta gleba!
- A więc dobrze.
- Czy pozwolisz mi się tu dzisiaj przespać?
- Nie, Gladys.
- Boję się tam wracać. Harold robi się nieprzyjemny.   
Harold był "diabłem", który siedział Gladys na drugim ramieniu. Tom przemawiał do jednego ucha, a Harold do drugiego. Ludzie mogli pytać Harolda o pienišdze, a on podawał odpowied Gladys, jeli miał na to ochotę. 
- Nie możesz tutaj zostać. -  TB podniósł się i zdjšł Gladys z krzesła. Z bliska wyranie czuł jej intensywny zapach. -  W gruncie rzeczy musisz już ić, ponieważ mam co do zrobienia. -  Odprowadził jš do wyjcia. 
- Co masz do zrobienia? Oswobodziła się z jego uchwytu.
- Co. -  TB otworzył drzwi. -  Id do domu, Gladys. Jutro z...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin