VI.doc

(232 KB) Pobierz

VI

BPW:

- Isabello, uczynisz mi ten zaszczyt i wyjdziesz za mnie?

Że co?! Jak to? Przecież to nie możliwe! Ja go nie dawno tak naprawdę poznałam! Nie, to się nie dzieje naprawdę. Przymknęłam na chwile oczy, ale gdy je otworzyłam z powrotem, Carlisle nadal tam był i klęczał przede mną z pierścionkiem w ręce.

- Bello, jeśli potrzebujesz jeszcze trochę czasu to… W głosie Carlisle’a dało się wyczuć nutkę smutku. I co ja mam teraz zrobić? To dzieje się za szybko, ale on był ze mną, gdy potrzebowałam kogoś a teraz najważniejsze pytanie, czy go kocham.

- Bello… – Znowu usłyszałam głos Carlisle’a.

- Tak, wyjdę za ciebie.

- Naprawdę? – spytał z niedowierzaniem.

- Naprawdę odpowiedziałam, uśmiechając się do niego, on tym czasem wstał i nałożył pierścionek na mój palec. Pierścionek był złoty a jego oczko stanowiła perła. Był piękny, ale jak dla mnie zbyt wyszukany.

 

C:\Users\Pati\Desktop\happy\p\Różne\4.jpg

 

Carlisle był szczęśliwy. Nigdy go nie widziałam takiego zadowolonego, aż miło było na niego popatrzeć. Po kolacji odwiózł mnie do domu i odprowadził do mieszkania.

- Nawet nie wiesz, jaki jestem szczęśliwy wyszeptał mi do ucha i po chwili ujął mnie pod brodę i pocałował namiętnie. Nie wiem czemu, ale przypomniał mi się Edward, jak prawie tamtej nocy mnie pocałował. Ale Edward wyjechał i nie dawał znaku. Cieszę się, że mnie wtedy nie pocałował, skoro i tak miał wyjechać i się nie odzywać. Przez resztę wieczoru moje myśli krążyły wokół Edwarda, doskonale pamiętałam jego twarz, oczy i to, że był najprzystojniejszym mężczyzną na ziemi. Ale przecież on nie wróci, zresztą czy taki facet, jak Edward, chciałby kogoś takiego jak przeciętna Bella Swan, niewyróżniającą się niczym dziewczynę. Odpowiedź jest prosta nie.

 

EPW:

Samolot lądował na lotnisku w Los Angeles. Podróż z Azji ciągnęła mi się niemiłosiernie długo. Nie mogłem się doczekać aż znowu zobaczę moje kochane LA. Byłem bardzo przywiązany do mojego rodzinnego miasta. Na lotnisku czekał na mnie Jasper.

- Myślałem, że już nigdy nie wrócisz zwrócił się do mnie na powitanie.

- Do Los Angeles zawsze wracam chętnie odpowiedziałem mu, wkładając walizki do bagażnika

- To, dokąd cię zawieść? zapytał Jasper.

- Jak to, dokąd? Do firmy odparłem.

- Do firmy? zapytał zdziwiony moją odpowiedzią Jasper.

- Nie było mnie parę miesięcy, muszę wiedzieć, co się dzieje w firmie.

- Ale zapewniam cię, że w firmie wszystko jest w porządku.

- Wierze ci, ale mimo wszystko chciałbym tam jechać.

Pół godziny później byliśmy już na miejscu. Po wejściu do budynku wszyscy się ze mną witali i dopytywali jak było w Azji. Też mi coś. Przecież ja tam nie byłem na wycieczce tylko w pracy, ale oczywiście nikogo nie interesował projekt tylko krajobrazy i zabytki Azji.

Parę godzin posiedziałem nad fakturami, lecz nagle przypomniałem sobie o pewnej cudownej osobie, której nie widziałem już bardzo długo. Zszedłem na dół recepcji, gdzie znajdowała się Jessica.

- Jessico, mam do ciebie prośbę. Wyślij na ten adres duży bukiet czerwonych. Podałem jej kartkę z adresem. Tylko pamiętaj, bardzo duży bukiet.

- Oczywiście odpowiedziała, a ja tymczasem wróciłem do swojego gabinetu.

 

BPW:

Było jeszcze wcześnie, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Z wielkim trudem wstałam z łóżka i powlekłam się do drzwi.

- Mam nadzieję, że nie obudziłem mojej księżniczki? To był Carlisle.

- Nie, właśnie miałam wstawać.

- Przyniosłem ci śniadanie.

- Ale nie musiałeś.

- Oczywiście, że musiałem. Znając ciebie, to na pewno nie masz nic w lodówce.

Po chwili wzięłam się za robienie kawy, czułam, że cały czas Carlisle bacznie mi się przygląda.

 

- Co? zapytałam trochę skrępowana.

- Nic, po prostu patrzę na moją piękną narzeczoną. A tak w ogóle, to chciałem porozmawiać o naszym ślubie.

- Ślubie? spytałam zaskoczona.

- No tak, powinniśmy się pobrać.

- Ale tak wcześnie.

- Ależ, kochanie, co to za różnica teraz czy później.

- No ale…to czemu nie.

- Świetnie ucieszył się Carlisle. Bo ja tak naprawdę to zarezerwowałem na lipiec miły parowieczny zamek w Irlandii, abyśmy mogli się tam pobrać. Że co, proszę? Chyba się przesłyszałam. Carlisle zarezerwował zamek w Irlandii na nasz ślub, nic mi wcześniej nie mówiąc.

- I co ty na to?zapytał.Tylko nie mów, że przesadziłem.

- Szczerze, to trochę nie spodziewałam się, że to tak będzie wcześnie i tak szybko stanę się twoją żoną.

- Oh, Bellouśmiechnął się Carlisle – ja każdego dnia wyobrażam sobie, że jesteś moją żoną, a tu za nie całe trzy tygodnie nią zostaniesz.

- Takodpowiedziałam.

- Teraz już muszę iść. Porozmawiamy później. Chciałbym, żebyś była gotowa na dwudziestą, ponieważ chciałbym cię komuś przedstawić.

 

Zgłoś jeśli naruszono regulamin