Magdalena Rutkowska„Stąd do wieczności”PrologWszystko zaczęło się bardzo dawno temu, ale Vivacius miała wrażenie, jakby minął zaledwie dzień- nie dwa stulecia i nie jedno. Teraz samotna i zgorzkniała, próbowała zapomnieć o przeszłości, co okazało się trudniejsze niż sądziła.Wciąż miała przed oczyma tamtą noc- płonący dom, krzyki ludzi i nieznajomych, którzy pojawili się znikąd, i obserwowali bezradnych ludzi, na próżno usiłujących zdławić szalejący żywioł...Czekali. Wysocy, wręcz górujący wzrostem nad przeciętnym człowiekiem, o nietuzinkowej urodzie... Było w nich coś groźnego i nieuchwytnego.Vivacius widziała tą czwórkę z okna swej sypialni. Najpierw pomyślała, że są zwykłymi gapiami, żądnymi sensacji, ale nie- po prostu obserwowali teatr zdarzeń, opanowani oraz obojętni, wyraźnie wyczekujący... Czego?Vivacius nie wiedziała i nie chciała poznać odpowiedzi na to pytanie, zbyt zajęta szukaniem wyjścia z ognistej pułapki. Musiała sprawdzić, czy za drzwiami w pokoju rodziców i młodszego rodzeństwa, ktoś potrzebuje pomocy, czy...Czy którekolwiek z nich jeszcze żyje...*Słyszała krzyk matki, potem jęk ojca i słabnące z każdą chwilą głosiki rodzeństwa, a później drzwi, jej drzwi, wypadły z hukiem z zawiasów. W progu stanęła tamta czwórka. Ogień nie czynił im żadnej krzywdy, ponieważ poruszali się nadzwyczaj zwinnie oraz szybko. Vivacius chciała rzucić się do ucieczki, ale za plecami miała tylko ścianę. Dokąd zmierzasz, córko?- czarnowłosy olbrzym, przywódca grupy, zagrodził Vivacius drogę na korytarz.Po co jednak miałaby wybierać korytarz? Tam szalały płomienie, nie było możliwości, aby im uciec.Mamo...- Vivacius nagle pojęła, dlaczego rodzice krzyczeli, dlaczego zapadła potem upiorna cisza.Wypowiedziała to ostatnie słowo ze łzami w oczach, nie mogąc znieść dłużej nienawiści do „gapiów”, , zalewającej jej duszę.Tymczasem przywódca grupy uśmiechnął się, jakby gdyby nigdy nic, odsłaniając długie kły.Cisza- zarządził i skinął głową na bladolicego młodzieńca.- Vincent, pozwól tutaj!Tak, panie- Vincent przez cały czas wpatrywał się w szyję dziewczyny.Vivacius nie zdążyła nic powiedzieć, gdy poczuła lekkie ukłucie kłów Vincenta na własnym karku i zapadła się w ciemność... ROZDZIAŁ I- BELLEVUEVivacius nigdy nie pojmowała, dlaczego Bellevue przeznaczył jej rodzinie śmierć, a ją samą oszczędził. Ciekawe, czym się kierował?Wampiry trudno zrozumieć, nawet, jeśli od przemiany minęło wiele lat...Owszem, przystosowała się do tego okrutnego świata, ale nigdy go nie zaakceptowała. Nie potrafiła wielbić Bellevue, przywódcę krwiopijców, Najstarszego.*Vivacius...- Vincent nie krył swego pożądania na widok tej, którą osobiście „stworzył”.- Dziś w Katedrze odbędzie się urodzinowy bal Bellevue. Poszłabyś ze mną?Przecież mógłbyś poprosić o to kogoś bardziej...ważnego- zauważyła Vivacius.- Powiedzmy sobie jasno: nigdy nie będę należała do ciebie. Zrozumiałeś?Poczekamy, zobaczymy- Vincent uśmiechnął się tajemniczo.- Pojedziemy razem, jeżeli obiecam, że....Nie- ucięła Vivacius.Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby żadne z nich nie zamierzało ustąpić drugiemu. Wreszcie Vincent odszedł bez słowa, obmyślając plan zemsty.Vivacius nie współczuła Vincent owi- w końcu to on ją zniszczył i odebrał człowieczeństwo. On i Bellevue, a „tamtych dwoje” było biernymi obserwatorami...*Wszyscy już są- rzekła do Bellevue smukła wampirzyca.- Czekają, mój panie.Wiem, Pearl. Czas już na nas, ale najpierw złaź mi z kolan i popraw suknię. Teraz!Pearl, kochanka Bellevue, wiedziała, że musi mu być ślepo posłuszna, inaczej on wpadnie we wściekłość i kto wie, jak to się może skończyć...Zawdzięczała bogatemu protektorowi wszystko- od wytwornych ciuszków począwszy, na sportowym wozie skończywszy. Miała zapewnione wszelkie wygody, mogła ofiarować Bellevue tylko swoje jędrne i sprężyste ciało, bez niego nic nie znaczyła.Jestem już gotowa- oznajmiła po chwili.- Możemy iść.Chodźmy więc, lecz o świcie wracamy do mnie!Tak, panie.ROZDZIAŁ II- KATEDRAKatedra, ekskluzywny klub dla wampirów, cieszyła się ogólną sławą wśród pobratymców Bellevue. Co noc odwiedzały ją tłumy, żądne rozrywki i emocji. To właśnie sam Bellevue oraz jego dwaj wspólnicy w interesach zbudowali Katedrę. Początkowo była azylem dla „świeżo upieczonych” wampirów, dopiero później przekształcili ją w klub żądając opłat za swoje usługi. W zamian klienci Katedry otrzymywali wszystko, czego może zapragnąć każdy prawdziwy wampir- rozrywkę, towarzystwo, a przede wszystkim, niemal codziennie, świeżą dostawę krwi. W końcu nikt nie przejmie się losem niechcianych dzieci czy dalekich podróżnych albo nawet żebraków...*Witajcie, bracia i siostry, którzy przybyliście na moje pięćset czwarte urodziny- Bellevue strząsnął ze swego ramienia drobną dłoń Pearl.- Zaiste, to będzie najpiękniejsza noc w waszej nieśmiertelności...Bellevue spojrzał w dół, podchodząc do balustrady balkonu. Ujrzał ją. Vincent również. Widać, że chłopak ma chrapkę na Vivacius. Niemal rozbierał ją oczyma na oczach wszystkich, ale w końcu Vivacius nie jest znowu taką zwykłą wampirzycą jak Pearl... Bellevue przeznaczył dla Vivacius wielką rolę, którą odegra perfekcyjnie, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Jego Vivacius. Pierworodna.*Vivacius wyglądała olśniewająco w zielonej sukni sprzed roku, którą wygrzebała na stryszku Katedry. Bellevue powiedział, że może ją sobie wziąć, bo Pearl jest za tłusta. Za tłusta? Przecież Pearl nigdy nie miała nadwagi!Vivacius okazywała niepokój, że piękna metresa Bellevue, zawładnie przywódcą bez reszty. Chociaż on robił, co sam chciał, delektował się towarzystwem danej osoby tak długo, jak uznawał za słuszne. Kim właściwie jest Pearl w jego dłoniach?Chwilowym kaprysem, z którym nikt się nie liczy. Przyszła znikąd, bezimienna. Fałszywa niczym lis.Vivacius unikała Pearl, gdy miała tylko taką możliwość. Nie lubiła jej, coś w obejściu pięknej wampirzycy kłóciło się z iście anielską urodą pięknej kobiety. Vivacius na powrót skupiła się na słowach Najstarszego. Miała wrażenie, że Bellevue ciągle szuka jej wzrokiem.Coś się święci- szepnęła Vivacius do samej siebie, uciekając od niego spojrzeniem.Naraz zrobiło się cicho, jak makiem zasiał. No tak, Dorian- wspólnik Bellevue- jak co roku, wygłosi okolicznościowe przemówienie... Ale nie, Najstarszy nie pozwolił mu dojść do słowa.Moją wolą jest, aby Vivacius- Bellevue wymienił jej imię- została mą wspólniczką.Ooo...- towarzystwo przybyłe do Katedry zachodziło w głowę, dlaczego tak młoda kobieta dostąpiła takiego zaszczytu.Vivacius to moja pierworodna i macie ją należycie traktować!- Bellevue wyszczerzył w uśmiechu lśniące bielą kły.- To nieprawda! On kłamie...- Vivacius miała wrażenie, że śni jakiś koszmar.Osunęła się na podłogę. Zemdlała.ROZDZIAŁ III- KOSZMARNY SEN- Ocknęła się- do uszu Vivacius dobiegł głos Pearl.Ostrożnie otworzyła oczy. Leżała na sofie w gabinecie Bellevue. Tej samej, na której tyle razy obcował z Pearl.Vivacius, jesteś zbyt wrażliwa, jak na moją córkę, ale mam nadzieję, że wkrótce dorośniesz do roli, którą ci wyznaczyłem- Bellevue siedział za biurkiem.- Jesteś moją córką, tylko to się liczy!Zabiłeś moich rodziców! Pozwoliłeś, aby umarli, a potem...Potem Vincent... Nie powstrzymałeś go!Twoja matka była piękna, z przyjemnością ją posiadłem... Wiele razy.Kłamiesz! Mama nigdy by nie pozwoliła...Bo i nie pozwoliła, ale mało mnie to obchodziło. Potrzebowałem następcy... Potem zaszła w ciążę i uciekła ode mnie, poślubiła ojca twego rodzeństwa.Czy on wiedział?Wiedział. Postarałem się o to. Zostawiłem mu pamiątkę, aby nigdy mnie nie zapomniał.Szrama na policzku taty to ty?Ja. Teraz znasz prawdę. Zadowolona?Vivacius miała ochotę zetrzeć ten podły uśmieszek z jego twarzy, ale on znalazł się jednym susem przy niej i przytrzymał ją za ręce.Nic mi nie zrobisz- roześmiał się, gdy z nim walczyła.- Miałem pozwolić, abyś umarła? Żeby zjadły cię robale? Tego chciałaś, Vivacius? Tego? Odpowiedz!Wolałabym umrzeć jako człowiek niż być twoją maskotką... Taką, jak ta Pearl!Vivacius wykrzykiwała całą swą nienawiść do Bellevue. Cały swój żal i ból, który od tak dawna trawił jej duszę. Otrzeźwił ją siarczysty policzek, wymierzony ręką Pearl.Pearl!- Bellevue warknął ostrzegawczo w stronę swej kochanki.-Jedź do domu. Porozmawiamy później.To znaczy kiedy?Później!!!Nadąsana Pearl wyszła z gabinetu. Na odchodnym posłała Vivacius ostrzegawcze spojrzenie. *Bellevue puścił rękę Vivacius i pozwolił jej usiąść. Tryumfował. Wiedział, że dziewczyna nie ma dokąd pójść, że nie może oczekiwać pomocy od nikogo.Zrobiłem to dla ciebie- tłumaczył córce.- Twoja matka i tamten łajdak nie byli ciebie godni! Ofiarowuję ci więcej niż otrzymywałabyś od nich!Jaką rolę odegra Vincent w Cudownym Planie?Da mi wiele wnucząt. Twoich... waszych dzieci. Jeśli będziesz się opierać, zamienię twe życie w piekło. Zrozumiałaś, Vivacius?Niech ochłonie- wysoki szatyn o niemal czarnych oczach, wszedł nieproszony do gabinetu Bellevue.Zorian, jego wspólnik. W miarę kulturalny.Dziś dam ci spokój, ale jutro zaczniesz przymierzać się do nowych obowiązków- Bellevue poklepał Vivacius po ramieniu, poprosił Zoriana, aby odwiózł Vivacius do jej kwatery. Wspólnik wyraził zgodę.Dał popalić, no nie?-w samochodzie Zorian próbował rozmawiać z dziewczyną.- Nie zawsze był taki, jak dziś.Nie chcę o nim słyszeć! Wymordował mi rodzinę, Zorianie! Nie pragnę zapomnieć, że on... Nieważne.Milczała przez resztę drogi.ROZDZIAŁ IV- UCIECZKA ZORIANA I DAMYMijały tygodnie i miesiące. Tymczasem Vivacius uczyła się prowadzenia Katedry, Zorian służył jej dobrą i mądrą radą oraz pomocą. Polubiła tego wampira, mimo, że był wspólnikiem Bellevue. Ona zresztą też była podwładną swego biologicznego ojca. Zorian potrafił sprawić, iż na jej smutną twarz wypływał uśmiech. Gdyby nie zachcianka Bellevue, nigdy nie poznałaby Zoriana. Zresztą, wspólnik czuł to samo.Lubił, gdy Vivacius była szczęśliwa, i- nie wiedzieć, czemu- w duchu buntował się na myśl, iż Vincent będzie ojcem jej dzieci. Zorian wiedział, że Bellevue wszystko dokładnie zaplanował i zdania raczej nie zmieni. Już Vincent się o to postarał, a ta Pearl dopilnowała, aby Bellevue robił wszystko, żeby unieszczęśliwił córkę. W swoim własnym mniemaniu był dobrym ojcem, bo troszczył się o swoje dziecko.To szaleństwo, Zorianie- powiedziała Vivacius, sortując papiery w skrytkach biura zarządu Katedry.- Dlaczego chcesz ryzykować swą pozycję dla mnie?Musisz uciekać stąd, jak najdalej, bo Bellevue planuje zagonić cię pod koniec tygodnia do łoża Vincenta- Zorian wykręcił się od odpowiedzi.Idziesz ze mną albo zostaję w Katedrze- Vivacius nie mogła dopuścić, żeby Zorian zginął z jej winy, bo że Bellevue go zabije, było więcej niż pewne.Wampir zastanawiał się przez chwilę, po czym rzekł:Jestem szalony, ale niech będzie na twoje. Idę z tobą, Vivacius...Katedra o tej porze- nad ranem- zaczynała pustoszeć, jej bywalcy udawali się na spoczynek. Vincent miał nadzieję, że spotka Vivacius, ale nigdzie jej nie widział.Odczuwał głęboki niepokój, zwierzyna wymykała mu się z rąk, nie śmiał niepokoić Bellevue. Szef baraszkował z Pearl na sofie i surowo przykazał, aby im nikt nie przeszkadzał. Biedny, stary głupiec!Vincent nie był na tyle niemądry, żeby otwarcie wyrażać swe poglądy, ale myślał i wiedział swoje.Widziałaś gdzieś Vivacius?- Vincent zwrócił się do Ellen, sekretarki narzeczonej.Nie, dzisiaj nie przyszła pracować.A Bellevue o tym wie?Ellen wzruszyła ramionami.Nie mam pojęcia- odparła.- Pewnie szef wyznaczył jej inne zadanie na tę noc...Vincent uczepił się nadziei, że Vivacius była na zakupach przed pokładzinami- jedwabna bielizna, kosmetyki... Na tę myśl jego krew aż zawrzała. Ciekawe, jak to będzie czuć przy sobie jej piękne ciało, które nigdy nie zestarzeje...A ich potomstwo przejmie kiedyś schedę po Bellevue, już Vincent się o to postara!ROZDZIAŁ V- NA WOLNOŚCIZorian miał na twarzy ciemne okulary- podobnie Vivacius- które chroniły ich przed rażącym światłem słońca. Od dawna nie widzieli piękna poranka, właściwie od wieków. Dosłownie.Kiedy stałeś się wampirem, Zorianie?Ja? Podczas studiów we Florencji, jakieś trzy wieki temu z okładem.Bellevue.Jego stwórca. Pewnie zapytasz, co się z nim stało, lecz skoro zaczęłaś temat...Wszyscy wiedzą, że Bellevue pozbył się rywala. Zamknął go w klatce z żelaza i zagłodził na śmierć.Przepraszam, nie powinnam była...Nigdy mnie nie przepraszaj. Nie musisz, Vivacius- mówiąc to, pocałował dziewczynę, z początku nieśmiało, potem bardziej namiętnie.Zorianie, nie wiedziałam, że ty... Bo ja... Poszłabym za tobą na koniec świata...Zorian uśmiechnął się wesoło. Nie musiał nic mówić, porozumiewali się bez słów. Ich uczucie- chociaż świeże- mogło przetrwać wiele burz.. Razem zdołają pokonać chociaż i cały świat!*Musimy znaleźć nocleg- zauważyła Vivacius, tonąc w ramionach Zoriana.Wiem, kto nam pomoże- powiedział Zorian.- Znam kogoś w tym mieście...Marzył tylko o jednym- aby zawsze być przy Vivacius, a potem i może ogrzewać jej łoże, kochać się z nią do utraty tchu i budzić się, czując bliskość ciała tej kobiety przy swoim ciele.Nie słuchasz mnie- zauważyła Vivacius, mierzwiąc mu czuprynę.Roześmiał się. Czy tak smakuje wolność? Kto zechce działać przeciw Bellevue?Wiesz, że istnieje sposób, aby go pokonać?Zniszczyć? Na zawsze?- Vivacius nie dowierzała.Skinął głową, zawsze istnieje cień nadziei. Muszą dobrze wykorzystać swą szansę i zaatakować z zaskoczenia. Póki Vincent nie zacznie szukać swej narzeczonej. Póki Bellevue nic nie podejrzewa.W domu też jej nie ma, panie.Pearl, szukałaś wszędzie?Tak, panie. Vincent przeszukał całą Katedrę.I?Nic. Zupełnie, jakby zapadła się pod ziemię!Zawołaj Zoriana, on...Też zniknął bez śladu.Vincent!!!- wrzasnął Bellevue.Zawołany natychmiast wszedł do gabinetu szefa, który był wściekły. Bellevue nie wyobrażał sobie, że wspólnik wystrychnie go na dudka. Już on mu za to zapłaci! Bellevue polecił Vincentowi, aby wezwał Dianę i Yoricka Destinych. Są dobrymi tropicielami- stwierdził od niechcenia.Nie dodał, że uczestniczyli we wielu krwawych pościgach, które kończyły się zwykle śmiercią zwierzyny. Zorian i Vivacius mogą zginąć, lecz córka skona nieco później. Najpierw musi urodzić Vincentowi potomka, złamie ją, postąpi tak samo, jak postąpi z jej matką...- Tu macie paszporty i inne potrzebne dokumenty. Bez problemu dotrzecie w wyznaczone miejsce. Kilka kroków przed Bellevue...czy on potrafi nas wytropić?Sam raczej, zapewne wezwie Przeznaczonych, ale to oznaczałoby, że musicie się pospieszyć, jeśli chcecie zdążyć...Dziękujemy za radę, pani Nino!Nie musicie. Wystarczy, że...Ale oni wiedzieli, co miała na myśli- zniszczyć Bellevue.Kościół pod wezwaniem Panny Marii w Bostonie, nie przypominał typowej współczesnej budowli sakralnej- był stary i w opłakanym stanie. Miejsce narodzin Bellevue, początkowo świątynia pogańskich bóstw, z czasem przerobiona na ośrodek kultu chrześcijańskiego...To jego „zamiejscowe” lokum. Często tu siedzi, gdy nad czymś myśli.Pod latarnią najciemniej.Nie traćmy czasu, Vivacius. Chodźmy, zobaczmy, z czym przyjdzie się nam zmierzyć- Zorian ścisnął dłoń ukochanej.- Potem... Obiecuję, że się tobą zaopiekujesz, tak jak na to załugujesz.Chodźmy- Vivacius poczuła wzruszenie, ale starała się je ukryć.Nie była przyzwyczajona, żeby z kimkolwiek rozmawiać o swych uczuciach. Tylko Zorianowi udało się poruszyć właściwą strunę w jej sercu. Tylko jemu, toteż myśl o Vincencie w jej łożu, jedynie ją śmieszyła.*Wnętrze świątyni było mroczne i w ogóle słabo widoczne, ale dla pary wampirów ten fakt nie stanowił żadnego problemu. Panował tu ogromny nieład- kurz i pajęczyny- oraz ogólny nieporządek.Czego my właściwie szukamy, Zorianie?Trumny.Trumny? Przecież wampiry sypiają w zwykłych łóżkach!Nie o to mi chodziło.A o co?Bellevue, podczas przemiany, przeszedł coś, co dzisiaj nazwano by mianem śmierci klinicznej. Jego stwórca musiał własnoręcznie otwierać trumnę ze zwłokami mego wspólnika. Znajdowała się w podziemiach tego kościoła, chociaż nigdy nie dowiemy się, jak i dlaczego została tu ukryta.... Poganie, choroby, wojny...Nikt nie miał czasu dla nikogo.Nie myśl o tym, Zorianie. Nie pora na to.Masz rację. Gdzie może być ukryte to piekielne zejście do podziemi?W miejscu tak oczywistym, gdzie nigdy byśmy tam nie szukali...Masz na myśli coś konkretnego?Jest to...- zastanawiała się Vivacius- chyba tamten sarkofag, a właściwie jego wnętrze pod pokrywą.Celny strzał- usłyszeli jakiś głos za swoimi plecami.Vincent!- wykrzyknęła Vivacius.- Co ty tutaj robisz?!Mógłbym zadać wam to samo pytanie- Vincent spoglądał z pożądaniem na Vivacius, która wiedziała, że przeznaczył jej los kobiety zhańbionej.Zorian zostanie pewnie unieszkodliwiony i będzie musiał bezsilnie patrzeć, jak Vincent posiądzie Vivacius na własność. Pearl z chęcią porozmawia z Zorianem, gdy ty będziesz... zajęta- Vincent oblizał wargi językiem.- Pearl!Zajmę się nimi, a ty zrób, co ci wcześniej nakazałem- rzekł Zorian do Vivacius i popchnął ją lekko w stronę sarkofagu, jednocześnie obserwując Pearl, która kołysząc biodrami, podeszła do Vincenta i uwiesiła się na jego ramieniu.Sprzedajna utrzymanka- syknęła złośliwie Vivacius, odsuwając na bok płytę sarkofagu.Tymczasem Pearl puściła ramię Vincenta i ruszyła w stronę Vivacius, ale Zorian zatrzymał kochankę Bellevue w pół drogi. Nigdzie nie pójdziesz- powiedział, łapiąc ją za rękę.Proszę, proszę!- Bellevue wszedł do kościoła głównym wejściem.- Wszyscy na swoim miejscu! Brakuje tylko Vivacius.Zeszła do podziemi, panie- Vincent znowu grał przed szefem.Ty głupcze! Dlaczego jej nie przeszkodziłeś?! A ty, droga Pearl... Wybieraj: albo się stąd ulotnisz, albo skręcę tobie kark! Bynajmniej, nie żartuję!Panie...- Pearl natychmiast wybiegła z kościoła.Bellevue nie spieszył się z wykonaniem wyroku na Zorianie. Chciał widzieć jego strach i niepewność, ale się przeliczył. Zorian o nic nie błagał. Vincent przemknął obok dwóch właścicieli Katedry i dał susa do sarkofagu, aby zakosztować ciała Vivacius.*Stój albo strzelę- Vivacius wycelowała broń w Vincenta, przesuwając się od trumny do trumny, szukała tej właściwej.Nie prościej zapomnieć o wspólnych animozjach?- Vincent znowu się oblizał.Nigdy nie będę twą ladacznicą!To się jeszcze okaże, Vivacius... Pragnę ofiarować tobie rzeczy, o których nawet nie śniłaś!Nagle, zaskoczony, osunął się na ziemię i przemienił w kupkę popiołu, na której szczycie znajdował się srebrny pocisk. Mogła wrócić do szukania. Wreszcie znalazła spróchniałą trumnę z różanego drzewa. Na wieku było imię „Bellevue” i daty „1504-1546”. Zdjęła plecak i wyjęła z niego zapałki. Po chwili znalazły się też jakieś papiery do podpałki.*Bellevue zaczął płonąć żywym ogniem, gdy jego trumna się fajczyła, potem została z niego kupka popiołu.Jesteśmy wolni- szepnęła Vivacius, gdy opuścili upiorny kościółek.- Stąd do wieczności, nasze życie zależy tylko od nas!Pearl wróci, skąd przybyła, Katedra będzie świecić pustkami, lecz nasze uczucie przetrwa i to. Zorian objął Vivacius swym ramieniem. Kochał ją do szaleństwa, wiedział, że z wzajemnością. Zaczęli właśnie nowy rozdział swego życia, byli nareszcie wolni i chociaż mieli za sobą trudną drogę, mogli wreszcie odetchnąć z ulgą.
mickeymarty