bajka.doc

(47 KB) Pobierz

Kędy brudna płynie rzeczka ,

żyła siwa staruszeczka

pod stuletniej dachem chaty ,

którą spisał rząd na straty.

Wojny jej nie oszczędziły :

progi się tam wyszczerbiły ,

ziąb tam wieje jak dzień długi ,

w oknach paczą się framugi ,

wrona nad nią czarna kracze ,

wioska nad nią cała płacze.

 

Wdowy dwaj synkowie mili

ciągle z sobą się czubili :

dwie czupryny ciemnowłose

łzie niejednej przyszło rosić.

Pierwszy , Janko , wdał się w matkę :

i pomoże łatać chatkę ,

i się ludziom kłania grzecznie ,

i zwierzętom z nim bezpiecznie :

psy czy koty , ptaki , myszy ,

nawet zając , który wyszedł

na ulicę i samochód

skiereszował był go trochę -

Janko zajął się nim z troską ,

weterynarz zwierzę poskła-

dał i uszło na swobodę.

Kocha świat to życie młode.

 

A Stefanko , synek drugi -

nie domyjesz tego ługiem!

Rdzawa dusza , czarne serce ,

a rodzina w poniewierce.

Ludziom się nie kłania prawie ,

chyba , że mu w jakiejś sprawie

są przydatni lub ich lubi :

wtedy miły jak cherubin

da przyłożyć się do rany.

Ale gdy pies jaki stanie

przy nim i się szczekać waży ,

Stefan wścieka się i marzy :

zatłuc drania jakim głazem ,

to jest skandal i obraza!

 

Matka nad nim roni ślozy :

pójdziesz kiedyś ty do kozy ,

gdy się wadzić będziesz z światem ,

świat ci srogą da odpłatę.

Pomóż słabszym , co się męczą ,

ci zaś setnie się wywdzięczą ,

a gdy nawet nie , na sercu

ciepło będzie jak w kołderce.

Janko , popatrz , wdał się we mnie ,

ciebie prosić zaś daremnie :

on do świata się uśmiecha ,

dobrych uczuć tyś poniechał.

A i dziewczę chce zagościć

w domu człeka , co litości

nie zapomniał wobec słabych :

ciebie wyśmiewają baby ,

zaś Jankowi wszystkie młodki

posyłają uśmiech słodki.

Zwierzę żywe jest i czuje ,

ty zaś odreagowujesz

na nim irytacje swoje.

Kary boskiej się nie boisz?

 

Lecz odpowie Stefan hadko :

"A idź ty do diabła , matko.

Będę żył na sposób własny -

ciebie szlag niech trafi jasny!"

Straszne słowa w ustach syna :

trzęsie głową starowina.

 

Dnia pewnego dworski goniec

zjawił się we wiejskiej stronie ,

grzmiącym basem rozkaz głosząc :

"Komu włosy się nie stroszą ,

gdy czyn spełnić przyjdzie śmiały ,

niech ubiera majtadały

i na północ kraju rusza ,

gdzie ohydny smok się puszy ,

gada tego podniebienie

mięso dziewic bardzo ceni

i pożera je hurtowo.

By moralność chronić , owo

monstrum zgładzić trzeba rychło.

Słyszcie więc , wieśniacy : gdy chło-

pak odważny jaki zmierzy

się z zadaniem , jak rycerze ,

których w liczbie trzech tysięcy

smok już pożarł (lub i więcej) ,

król następcą swym go zrobi

i wśród najpiękniejszych kobiet

kraju da mu wybrać żonę ,

albo córkę da , gdy ona

znajdzie w nim upodobanie ,

plus milionów dziesięć w wianie.

 

Wśród mieszkańców już zaścianka

brzmi głos szlachetnego Janka :

"Ja tę bestię podłą zgładzę!

Król wszak hojnie wynagradza ,

a ja matuś moją muszę

zabezpieczyć. Więc wyruszę

jutro z rana , uzbrojony

w miecz i silne swe ramiony".

 

Głowę wzniósł monarszy goniec :

"Szczęść mu , Boże , w groźnej stronie".

 

Jak powiedział , zrobił Janko :

miecz przypasał z boku rankiem ,

do matczynych kolan pada ,

błogosławieństw chcąc i rady.

Starka siwa jak gołąbek ,

łzy otarłszy w chustki wrąbek ,

rzecze : "Wróćże mi do domu

cało! Spotkasz zwierzę - pomóż :

wdzięczność ich cię poprowadzi

i pozwoli bestię zgładzić.

Błogosławię cię na drogę!"

Stefan splunął na podłogę.

 

Idzie Janko rześki , żywy ,

wtem na drodze pies parszywy ,

ranny , pisk przechodzi w wycie ,

ledwo tli się w ciele życie.

"Biedny mały" - mówi Janek -

"zaraz wody wezmę dzbanek

i obmyję twoje rany".

Nagle , zda się , wyszeptane

słyszy słowa : "Weź mnie w drogę ,

ja w rozprawie ci pomogę".

Przeto opatrzywszy różne

skaleczenia , w swą podróżną

torbę szybko włożył zwierzę

i do smoczych ruszył leży.

 

Słońce świat zatapia w złocie ,

a na drodze chore kocię :

złamał biedak tylną nogę.

"Zaraz , kotku , ci pomogę ,

mam tu z sobą dobry nożyk :

wytnę łubki z drzewa , włożę

nogę w nie , by się goiła.”

Wtem coś głosem szepcze miłym :

„Weź mnie , cny junaku , w drogę ,

ja w rozprawie ci pomogę”.

Więc gdy w drewno mu , jodynę

oraz płótno wbił kończynę ,

w torbie kota usadowił

i naprzeciw mknie losowi.

 

A tu w kurzu drogi leży

wymęczone ciałko jeża.

"Choć nie jestem zwierząt lekarz ,

jednak dam ci trochę mleka

i przeniosę cię na łąkę ,

boś się chyba trochę zbłąkał.

Nie martw się , mój mały jeżu ,

przyjacielem jestem zwierząt".

Wtem szept słyszy : "Weź mnie w drogę ,

ja w rozprawie ci pomogę".

Janko się nie naigrawa :

włożył jeża w płótna kawał ,

by nie pokłuł psa i kota ,

i wyruszył , myśląc o tem :

"Cudne rady mojej matki!

Bez niej już bym może kwiatki

wąchał z dołu , jak rycerze

w podłej bestii słani leże".

 

Przed jaskinią smok-ohyda :

nos ma jak archetyp Żyda ,

uszy niby dwa szafliki

i złowieszczo ogniem pyka.

Przygotował szpony ostre ,

zwrócił krokodyli kostro-

paty pysk ku bliskiej drodze ,

bowiem Janko już "Nadchodzę!"

krzyknął jako prawy rycerz ,

aby skrytobójstwem lica

swego nie pokalać aby.

Każdy wstałby na ten raban.

 

Gdy zły smok się oblizuje ,

Janko z torby psa wyjmuje.

 

Pies przeraził się hurkotu ,

dymu , ognia , miauku kota ,

gryzie Janka w rękę lewą

i ucieka gdzieś pod drzewo.

"Trudno" - myśli ten - "miał prawo

bać się. Ja zaś wciąż mam prawą

dłoń od rany nieobrzękłą".

 

Bestia tchnie odorem stęchłym ,

Janko naraz źle się czuje ,

maca w torbie i wyjmuje

jeża. Ten się w kłębek zwija

i mu w rękę igły wbija ,

tą jedyną , co została.

To się , Janku , doigrałeś.

 

W zakrwawione dłonie bierze

junak torbę : "Smocze leże

czas opuścić gdzieś na tydzień ,

chociaż hańba mnie ta wstydzi ,

lecz nim zetnę gadu głowę ,

muszę gdzieś się wykurować".

 

A tu w torbie coś się miota...

Janku , przecież masz i kota!

Kot się w lęku rzuca , skrzeczy ,

rycerzowi twarz kaleczy.

Już niewiele widzi junak ,

a tu wokół błyska łuna :

ogniem zionął smok , ciął szponem

i z rycerza miał mielone.

 

W kurnej chatce wśród grochowin

nasłuchuje matka nowin :

minął tydzień , dwa , a syna

jakby zżarła zła gadzina.

Stefan z mieczem rwie się w drogę :

"Ja niechybnie bestię zmogę".

Krwawi tkliwe serce matki :

"Chodź tu , synku , zanim z chatki

pójdziesz w świat , niech cię utulę ,

niech pozszywam ci koszulę ,

niech ci rady dam na życie ,

błogosławiąc należycie.

A jeżeli we stolicy

zrobią wielkim cię ślachcicem ,

starej matki nie zapomnij ,

weź ją , gdzie ci stawią pomnik".

Lecz Stefanko odpowiada :

"Tobie , stara kurwo , biada!

Pół mi życia zmarnowałaś ,

pora , abyś umierała!"

Zabrał torbę , ubiór , prowiant ,

miecz przypasał do tułowia ,

drzwiami trzasnął , aże jękły.

Matce zasię serce pękło.

 

Idzie Stefan rześki , żywy ,

wtem na drodze pies parszywy ,

ranny , czołga się doń bliżej ,

łasi się i stopy liże.

I coś szepcze : "Weź mnie w drogę ,

ja w rozprawie ci pomogę".

Temu odebrało mowę.

"Dość mam zwierząt!" wrzasnął. Głowę

zmiażdżył mu i pies był skonał.

"Zaraz" myśli Stefan - "w stronach

tych się lubi psy. Żem życie

mu odebrał , to właściciel

może wściec się na mnie potem."

Przeto psa , co legł pokotem ,

do podróżnej sakwy rzuca :

i już rusza w drogę , nucąc.

Wolał zabrać stąd te szczątki :

"Później wkopie się pod grządki".

 

Zaszedł go od innej strony

kociak z łapą przetrąconą.

Łasi się zwierz sponiewieran

i o nogę się ociera ,

miauczy , prosi o ratunek ,

troskę , wikt i opierunek.

Znów coś szepcze : "Weź mnie w drogę ,

ja w rozprawie ci pomogę".

Ale Stefan nie z tej rasy :

mordę zmiażdżył mu obcasem.

Widzi chłopa obok w polu :

"To właściciel? Hola , hola ,

nim się na mnie rzuci z werwą ,

trzeba zabrać stąd to ścierwo".

Jak powiedział , tak też zrobił

i ku smoczym leżom pobiegł.

 

Potknął o coś się : to jeżyk!

Wymęczony , pyszczek szczerzy ,

szepcze coś : "Ach , weź mnie w drogę ,

ja w rozprawie ci..." "Pod nogi

było nie leźć mi , cholero!"

rzekł mu Stefan i jak ścierę

pysk rozdeptał mu podeszwą.

Gdy już wdeptał jeża w mierzwę ,

coś go tknęło : "Zaraz , chwilka ,

wszak do strzał się takie szpilki

przydać mogą w mojej sprawie.

Później truchło to oprawię”

rzekł i wrzucił ciałko to tam ,

gdzie przebywał pies już z kotem.

 

Wreszcie dotarł i do smoka ,

który właśnie strawił pokarm ,

jakim był mu dzielny Janko

i odczuwał w brzuchu manko.

Na Stefanka widok ryczy ,

ten zaś krzywi się i krzycząc :

"To dla ciebie , ty idioto!"

rzuca w niego martwym kotem.

Sprzed złych ślepi wszystko znika ,

był smok bowiem alergikiem :

parska , pluje , łzy mu ściekły ,

nic nie widzi : istne piekło!

"Czekaj , podły ludzki wężu" -

wyje - "zaraz cię wywęszę!"

Lecz ten truchło psa w onucę

wwija i pod skałę rzuca :

coś tak śmierdzi , że nie może

smok wytrzymać w tym odorze.

Skoczył , gdzie mu coś woniało ,

i łbem wyrżnął w litą skałę.

Junak zaś zadowolony

podszedł z mieczem obnażonym.

 

Smok rzekł : "Nie pusz się jak Kojak ,

ja mam jeszcze moje nozdrza ,

zaraz buchnę , ludzkie cielę ,

ogniem z nich i cię spopielę".

A Stefanko : "Buchaj zatem"

mówi , jeża na pół płata

i zatyka gadu dziury

w nosie. Gdy ten zionął , skóry

wyżarzyło mu śluzówkę.

Tu nastąpił zgon zadufka ,

gdyż mu płomień mózg wypalił.

Zaś Stefanko ostrzem stali

odciął łeb ohydnej bestii

i to koniec był w tej kwestii.

Król go zrobił swoim zięciem ,

bo królewna z dziką chęcią

poszła za mąż za junaka -

za co też nie lada jaka

we poślubną noc nagroda

pannę tę spotkała młodą -

dostał też milionów dziesięć ,

a że wiedział o progresie

gospodarczym , obligacje

skarbu nabył i miał rację ,

gdyż go zrobił boom bez mała

pierwszym z dzierżców kapitału.

Żonę przeto miał kochaną

oraz "dziecka szczęścia" miano ,

bo nie mówił nigdy przecie ,

czyj był brat i czyje dziecię.

 

Koniec bajki. Teraz pora

na przydatny w życiu morał :

 

Trzymaj rozum swój na wodzy ,

gdy cię uczą ekolodzy!

Zgłoś jeśli naruszono regulamin