Cole Martina - Maura Ryan 02 Rozgrywka Maury.pdf

(1204 KB) Pobierz
Martina Cole
Martina Cole
ROZGRYWKA MAURY
Księga pierwsza
Za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia.
Honore de Balzac, 1799-1850
Prolog
1994
- A więc jednak jedziesz do klubu?
Głos Terry’ego był nabrzmiały złością i Maura ze zdenerwowania przymknęła oczy.
Nienawidziła, kiedy się kłócili, a było jasne, że ich kłótnia sięgnie za chwilę olimpijskich
wyżyn. Zanosiło się na nią od kilku dni. Westchnęła i policzyła w duchu do dziesięciu, zanim
mu odpowiedziała.
- Muszę, Terry. Roy sam sobie z tym nie poradzi.
Gdy Terry wychodził z pokoju, wzrok Maury podążył w ślad za nim, ale w jej głowie
kłębiły się myśli związane z klubem w Soho, na Dean Street. Zbyt bolało myślenie o Terrym,
choć był dla niej wszystkim. Zarejestrowała wyraz jego twarzy, gdy wychodził. Zmierzył ją
zimnym wzrokiem, jakby nic nie znaczyła dla niego, była nikim. Miał na twarzy wypisane
oburzenie i rozczarowanie, widziała to.
Była tym załamana, przerażona, ale zarazem wściekła. Przecież wiedział, wiedział od
zawsze, że jak przyjdzie co do czego i pojawią się kłopoty, będzie musiała zająć się klubami i
innymi interesami rodziny. I właśnie dokładnie tak było teraz: mieli poważne kłopoty.
Jej brat Roy robił, co mógł, ale potrzebował przenikliwości Maury, potrzebował jej
wsparcia. Jak zresztą wszyscy mężczyźni w rodzinie. Radził sobie z codziennymi
problemami, ale nigdy nic potrafił sprostać zagrożeniom. Pozostawiony sam sobie albo
szarżował, albo się załamywał.
Przycisnęła rękę do ust na myśl o tym, co ma jeszcze do zrobienia tego dnia.
Wydawało się, że dni porachunków to przeszłość, że już wszystko zostało ustalone i
wyjaśnione, granice wpływów wytyczone. Jak bardzo się myliła! Teraz na domiar złego miała
jeszcze na głowie konflikt z Terrym, który wkurzał ją postawą starej zrzędy.
Wyjrzała przez okno tarasowe i przyglądała się przez chwilę, jak z posesji ewakuują
się robotnicy, którzy musieli dostać się do studzienek kanalizacyjnych na jej podjeździe.
Skończyli już i zauważyła, że posprzątali po sobie. Automatycznie rzuciła jeszcze okiem, by
sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Było.
Jeden z mężczyzn spojrzał na nią zza okna i uśmiechnął się. Maura go zignorowała.
Wstała i wyszła z pokoju, przez szeroki hol wejściowy dotarła do kuchni. Terry stał przy
podwójnych drzwiach wychodzących na ogród, który był dla nich dwojga miejscem
szczególnym, gdzie razem pracowali, pielęgnując rośliny, i gdzie spędzali wspólnie spokojne
chwile. To był ogród wymarzony dla dzieci, dla rodziny, czego Maura nigdy nie
doświadczyła, chyba że jako przybrana matka, bo taką była dla Carli, córki Roya, i dla jej
syna Joeya. Była dla nich wszystkim, tak jak i oni dla niej.
Nawet jej bracia, ci, którzy przeżyli - a zostało trzech z ośmiu - oczekiwali jej
przewodnictwa i pomocy. Zwłaszcza Roy potrzebował jej bardziej niż pozostali. Do niego
należało teraz zarządzanie całością interesów rodziny Ryanów, interesów legalnych, jak
handel nieruchomościami, firmy developerskie i pożyczkowe czy nocne kluby, oraz mniej
oficjalnych. Ryanowie pożyczali pieniądze graczom pod zastaw hipoteki, i dobrze, ale
finansowali również przestępców za udziały w ich procederze oraz oferowali dobra i usługi,
których z reguły nie świadczą renomowane banki: pojazdy z silnikami o wysokiej mocy do
ucieczek, broń rozmaitego rodzaju, bezpieczne domy, nowe tożsamości. Choć Terry uważał,
że Maura wyłączyła się z gry, w rzeczywistości jej zaangażowanie w sprawy było chyba
większe niż w złotych latach osiemdziesiątych, kiedy jej najstarszy brat był królem, a ona
królową londyńskiego świata przestępczego.
Maura Ryan nadał wzbudzała strach nawet w najodważniejszych facetach, w
najbezwzględniejszych gangsterach. Zwłaszcza odkąd wymigała się od kary za największą w
historii kradzież złota w sztabach, a to dzięki sprytnemu wykorzystaniu do szantażu starannie
przygotowanego przez Ryanów dossier z informacjami na temat skorumpowanych
policjantów najwyższej rangi, przekupnych polityków, a nawet skandali w rodzinie
królewskiej. To zapewniło trwałe bezpieczeństwo jej samej, Terry’emu i całej rodzinie.
Jednak teraz Ryanowie mieli poważne kłopoty, które nawet ją przerażały. Miała złe
przeczucia. To nie była jedna z kolejnych prób przejęcia interesu przez kilku łachmytów
szukających swojej szansy, to było realne zagrożenie i najmniej w tym wszystkim był jej
potrzebny Terry na karku. Bo choć bardzo go kochała, a Bóg jeden wie, że bardziej niż
cokolwiek i kogokolwiek na świecie, nie mogła pozostawić spraw ich własnemu biegowi. Nie
mogła ich złożyć w nieudolne ręce Roya, ponieważ oznaczałoby to koniec ich wszystkich.
Spróbowała z Terrym innej taktyki.
Zachodząc z tyłu, oplotła go ramionami wokół pasa i przytuliła się.
- Nie kłóćmy się, co? Wiesz, że nie mogę wypuścić spraw z rąk.
Nie dał się przejednać, był zły. Kiedy się złościł, sprawiał wrażenie małego chłopca,
rozpuszczonego malca, jakim w pewnym sensie był. Jako policjant miał władzę i wpływy, a
to zmienia człowieka. Powrót do cywila był dla niego bardzo bolesny i nigdy nie pozwolił jej
o tym zapomnieć. Teraz nawet jego głos brzmiał, jakby należał do rozkapryszonego dziecka.
- Spodziewałem się, że to powiesz, Maura. Zawsze tak było, może nie? Wspaniała
Maura Ryan, skumplowana z bandziorami. Niech tylko coś pójdzie nie tak i już lecisz do
swojego prawdziwego domu, do Soho. Do tych wszystkich podrzutków, dziwek,
hazardzistów, całego tego gnoju, który nazywasz przyjaciółmi i rodziną.
Maura, wpatrzona w tył jego głowy, nie widziała twarzy. Gdyby wylał na nią kubeł
lodowatej wody, nie byłaby bardziej wstrząśnięta, niż słysząc te słowa. Były niesprawiedliwe,
obrzydliwe, małostkowe. Rodzina była dla niej ważna i Terry zawsze o tym wiedział.
- Jak śmiesz! - syknęła. - Za kogo ty się do cholery uważasz?
Kiedy się odwrócił, aż się wzdrygnęła, tak wielka pogarda malowała się na jego
przystojnej twarzy. Z kciukiem wymierzonym we własną pierś, oświadczył głośno:
- Powiem ci, kim jestem. Jestem byłym detektywem, inspektorem Terrym
Petherickiem. I facetem, który rzucił dla ciebie wszystko.
Maura odsunęła się od niego, zaśmiała się i potrząsnęła głową.
- Chyba ci rozum odjęło, jeśli strzelasz we mnie takimi bzdurnymi argumentami. - Po
jego oczach widziała, że go zraniła, ale zaśmiała się ponownie, tym razem głośniej. - Bo
mówmy konkretnie, co ty właściwie dla mnie rzuciłeś? Przekonałeś się przecież, że
prawdziwi przestępcy i szumowiny tego świata lęgną się w twojej profesji... a mimo to łatwo
pogodziłeś się z tym, że mnie zamknęli na dłużej, pamiętasz? Dopiero kiedy się
zorientowałeś, że ciebie też chcą załatwić, przeszedłeś na drugą stronę i związałeś się ze
mną...
Terry spojrzał jej w oczy, zobaczył w nich odbicie swojego bólu i westchnął.
- Nic nie rzuciłeś, kochanie - kontynuowała. - Byłeś na dobrej drodze, żeby wylecieć z
policji, kiedy poszedłeś do swoich szefów z kwitami, które przechowywał mój brat Geoff.
Nie chcieli takich jak ty w swoim klubie. Byłeś dla nich za uczciwy, mój drogi. Oni wolą
mieć do czynienia z ludźmi mojego pokroju. Przynajmniej wiedzą, na czym stoją.
Terry musiał przyznać, że to prawda, w głębi duszy zawsze był tego świadom.
- Całe to pieprzenie na temat twojej kariery, rzucania wszystkiego... no nie,
przypominam sobie przecież czas, kiedy twoja wspaniała kariera była na pierwszym miejscu.
Wolałeś swoją pracę ode mnie, tylko że ja byłam wtedy w ciąży i w rezultacie to właśnie ja
wszystko straciłam, pamiętasz?
Znowu się od niej odwrócił, nie mogąc patrzeć jej w oczy. Zaśmiała się sarkastycznie.
- Mój brat siedzi tak głęboko w gównie, że nie chciałbyś nawet o tym słyszeć,
kochanie. Nie byłbyś w stanie zrozumieć, z czym musi się uporać. Nie wiem, jak to jest z tobą
i ludźmi takimi jak ty, ale ja będę teraz przy moim bracie, tak jak zawsze byłam, i jak on
zawsze był przy mnie. Jeśli nie możesz tego pojąć, to tylko marnowaliśmy czas przez ostatnie
lata.
Zaczął dzwonić telefon, ostry i uporczywy dźwięk rozładował niebezpieczne napięcie
między nimi.
- Czemu nie odbierasz? Duży Brat cię potrzebuje - zakpił Terry.
Wiedziała, że to Roy, panikujący Roy, pewnie nie pojmuje, dlaczego jeszcze do niego
nie dotarła. Wytrzymała jednak spojrzenie Terry’ego, dopóki dzwonienie nie ustało.
Patrząc na zegarek, powiedziała wreszcie cicho:
- Lepiej się już ruszę.
Ale nie chciała go tak zostawiać.
- A więc jednak jedziesz?
- Nie mam wyboru, Terry, nie rozumiesz?
- Każdy ma jakiś wybór, Maura, cokolwiek o tym myślisz. Popatrzyła na jego
przystojną twarz. Nadal była w nim zniewalająca siła, która sprawiała, że ciągle go pragnęła.
- A więc dokonałam wyboru, tak?
Odchodząc, rzuciła jeszcze przez ramię:
- Bo ty wiesz wszystko o dokonywaniu wyborów, to chciałbyś mi powiedzieć? Fakt,
przez te lata kilku dokonałeś.
- Nie dokonałem ani jednego wyboru, którego bym żałował.
Popatrzyła na niego z rozbawieniem.
- To dlatego, że nie możesz zajść w ciążę, Terry. Biologia chroni mężczyzn przed
prawdziwymi wyborami, prawdziwymi decyzjami. Każda decyzja, jaką podjąłeś, dotyczyła
tylko ciebie i nikogo więcej.
Wyszła do holu i usłyszała za sobą jego kroki.
- A co z Joeyem? - zapytał.
Myślała intensywnie przez kilka sekund, zanim przypomniała sobie, że dzisiaj miała
odebrać ze szkoły syna Carli. Terry uśmiechnął się z satysfakcją.
- Zapomniałaś o nim, może nie? Jak widzę, znowu odnalazłaś się w roli dyszącej
żądzą zemsty matki chrzestnej gangu.
Zanim mu odpowiedziała, oblizała usta.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin