Witkacy - Matka.pdf
(
413 KB
)
Pobierz
Matka
S
TANISŁ AW
I
GNACY
W
ITKIEWICZ
M
ATKA
Niesmaczna sztuka
w dwóch aktach z epilogiem
P
OŚWIĘCONA
M
IECZYSŁAWOWI
S
ZPAKIEWICZOWI
S
PIS
T
REŚ CI
OSOBY ...................................................... 2
AKT I........................................................ 3
AKT II .....................................................22
AKT III EPILOGOWATY .............................37
Stanisław Ignacy Witkiewicz
MATKA
2
O
SOBY
1. JANINAWĘGORZEWSKA
– matrona lat 54. Chuda, wysoka. Siwe włosy. Ma dwa
sposoby mówienia: pospolitawy i istotny – i więcej dystyngowany i powierzchowny.
Pierwszy (1), drugi
(2).
2. LEONWĘGORZEWSKI –
jej syn. Przystojny brunet, lat 30. Ogolony zupełnie.
3. ZOFIA PLEJTUS –
panna, lat 24. Bardzo ładna brunetka.
4. JÓZEFA BARONÓWNA OBROCK –
siostra Janiny. Chuda stara panna, lat 65.
5. JOACHIMCIELĘCIEWICZ –
dyrektor teatru. Siwy. Tłusty i czerwony. Broda i wąsy.
Lat 60.
6. APOLINARY PLEJTUS –
ojciec Zofii. Siwy. Sumiaste wąsy. Lat 75.
7. ANTONIMURDEL-BĘSKI –
podejrzane indywiduum. Wąsiki. Bez brody. Brunet lat 35.
8. LUCYNA BEER –
bardzo duża i bardzo piękna dama, lat około 40. Typ semicki.
9. NIEZNAJOMAMŁODA OSOBA –
lat 23. Bardzo piękna i uderzająco podobna do Ja-
niny.
10. NIEZNAJOMY MŁODY MĘŻCZYZNA –
brunet bardzo przystojny z czarnymi wąsa-
mi. Głos – bardzo piękny baryton.
11. GŁOS ZZA SCENY –
podobny do głosu Nieznajomego.
12. ALFRED HR. DE LA TRÉFOUILLE –
arystokratyczny bubek, lat 30.
13. WOJCIECH DE POKORYA-PĘCHERZEWICZ –
typ bogatego ziemianina i żuisera.
Lat 32.
14. SZEŚCIU ROBOTNIKÓW –
zawzięte gęby, brodate i ogolone.
15. DOROTA –
służąca, lat 40.
Stanisław Ignacy Witkiewicz
MATKA
3
A
KT
I
W I akcie wszyscy są absolutnie trupio bladzi, bez cienia koloru. Usta czarne, rumieńce
czarniawe. Ubrania i dekoracje tylko i jedynie w tonach czarno-białych. Jedną rzeczą ko-
lorowa jest robótka włóczkowa, którą robi Matka – mogą być kolory: niebieski, różowy,
żółty i jasnopomarańczowy. W razie pojawienia się kolorów dodawane będą osobne obja-
śnienia. Scena przedstawia salonik skombinowany z pokojem jadalnym. Urządzenie dość
nędzne. Kanapa ceratowa pod ścianą wprost. Przy kanapie stół, pokryty ceratą w desenie.
Za stołem siedzi Matka, sama, i robi robótkę w kolorach: niebieskim, różowym, żółtym i
jasnopomarańczowym. Okno na lewo, drzwi na prawo.
MATKA
odkładając na chwilę robótkę i wpatrując się przed siebie. Wolno, z jadem (1)
Podły wampir. Wdał się w ojca. A może jestem niesprawiedliwa w stosunku do
nich obu – może to moja wina, że on jest taki? Czymże ja zasłużyłam na inną egzy-
stencję niż tę, którą mam? Czy dokonałam czegoś nadzwyczajnego? Nic, nic... Je-
stem pospolita kwoka i nic więcej. Ale za co znowu mam tak strasznie cierpieć? O,
Boże! Życie moje przemyka jak sen okropny obok mego drugiego, prawdziwego
istnienia, które umarło. Muszę sobie uświadomić wszystko. Może to da mi siłę do
przetrzymania jeszcze gorszych rzeczy, które mnie czekają,
nagle zaczyna wyć dzikim głosem następującą piosenkę
Ja byłam kiedyś piękna, młoda,
Ja miałam duszę, a nawet ciało,
Wszystkiego dla mnie było mało.
A teraz nic nie zostało!
Co za szkoda!
Co za szkoda!
liczy
Dług u księgarza – 150, za książki z biblioteki – 50, pokój – 200. I to wszystko dla
tego tak zwanego kształcenia się. Kiedy ja to wszystko wyrobię tymi robótkami?
Idiota! Dureń! Niedołęga życiowy! Żeby przynajmniej zabrał się do jakiejś poży-
teczniejszej pracy! On nic porządnego nigdy nie napisze. A ja? Malowałam, miałam
duży talent do muzyki, pisałam wcale niezłe nowele... To, co mówię, to nie żaden
psychiczny ekshibicjonizm – tu nikogo nie ma – na pewno. Ach – ta wieczna sa-
motność. I znikąd słowa pociechy.
GŁOS
Cha, cha, cha, cha!
Matka nie zwraca uwagi na Głos.
MATKA
Nie wiem, czemu przypomniał mi się jego śmiech. Leon ma śmiech podobny, tylko
gorszy. Co u tamtego było otwartą zbrodnią, u tego jest małą podłostką, czymś
obrzydliwym, przydeptanym błyszczącym butem – tylko ogonek tego widać, ale dla
mnie to dosyć... Och – jaki on marny jest, ten mój syn! Czemu go nie karmiłam
wódką od dziecka? Byłby przynajmniej taki mały jak te pieski japońskie, co od
Stanisław Ignacy Witkiewicz
MATKA
4
szczeniaka wódkę żłopią – nie byłby tym wstrętnym dorosłym niczym. Jako karzeł-
ka, kretyna mogłabym go po prostu kochać. Schamiałam zupełnie – ja, baronówna
von Obrock. Ale Józia schamiała także. Może to blaga z tym Obrockami przez ck –
może my jesteśmy po prostu zwykłe obroki, przez małe o i k? A mówią, że dobre
rasy nie chamieją nawet w najgorszych warunkach,
wyje znowu
Nade mną zwisa przepiękna maska,
Diabeł bez ciała ciągnie mnie w grzech,
Wszystko od żądzy utajonej trzaska.
Miałam kochanków, miałam aż trzech.
Czy mu się przyznać? czy nie?
Wchodzi Dorota. (2)
Moja Doroto, proszę nastawić makaron na zimnej wodzie, po włosku, tak jak pa-
nicz lubi. Tak dobrze jest być matką i móc dogodzić synkowi. Prawda?
DOROTA
Słucham jaśnie panią. Ja byłam też matką. Ale ja jestem szczęśliwsza – mój syn
zginął na wojnie.
MATKA
(2)
Precz! Precz! Do makaronu! Ja mego syna uratowałam od wojny, bo on musi zba-
wić ludzkość całą. On jest wielki myśliciel, a przy tym taki słabowity. Tacy nie
mogą ginąć – powinna być specjalna komisja...
DOROTA
przerywa jej
Znowu jaśnie pani piła za dużo, a pewnie na czczo do tego! Nie mogła to jaśnie pa-
ni dotrzymać choć do kolacji?
MATKA
(1)
Ach...
Macha ręką ze zniechęceniem.
DOROTA
Ja nie mówię przeciw paniczowi. Ale czasem lepiej mieć dobrą pamięć o synu jak
mieć go żywym i zdrowym, a nie takim, jakim go się widzieć chciało. Czy ja wiem,
jaki by był mój Ferdek teraz – w tej całej maltretacji dzisiejszej? Łobuz był okrutny,
a tak wiem przynajmniej, że jest bohater, i tyle.
MATKA
(2) błagalnie
Moja Doroto, czyż Dorota nie widzi, nie czuje, że ja się męczę, okropnie męczę. Ja
nie mogę już pracować, a on – on ciągle zajęty i taki daleki ode mnie, na tyle wyż-
szy ponad wszystko, że ja nie mogę mu przypomnieć, że ja już nie mogę... tymi ro-
bótkami – o Boże! Cały dom... Och, moje oczy... ja już ślepnę, mnie doktor zabronił
do końca życia robótki... Ach, Doroto, Doroto...
DOROTA
Trzeba było bić, póki był młody. Teraz, w naszych ciężkich czasach, taki się tak za-
Stanisław Ignacy Witkiewicz
MATKA
5
kłamie, tak wykłamie wszystko od samego środka, tak okłamie siebie i rodzoną
matkę, tak się wkłamie w siebie i w innych, że go nikt, żadna siła, nie odkłamie.
Dokłamać się musi do końca. A pojeden to się jeszcze przekłamie na wylot – i to
bywa.
GŁOS
To tak jak ja. Ale ja byłem konsekwentny – ja się stryczka nie bałem.
śpiewa
I pamięć Węgorzewskiego jest święta pośród zbrodniarzy,
I każdy małoletni przestępca o Węgorzewskim tylko marzy.
MATKA
(2)
Znowu mi się przypomniał mój mąż. Straszny to był wprost mezalians. I Bóg mnie
za to pokarał. Bóg mezaliansów nie lubi. Czy Dorota wie, że mój mąż zginął na
szubienicy w Castel del Assucar, w Brazylii, jako bandyta rzeczny. Robił niesły-
chanie ryzykowne wyprawy... ale mniejsza z tym. Jedno trzeba mu przyznać: miał
cudowny baryton, był piękny i odważny, miał fantazję. A nade wszystko nigdy nie
miał wyrzutów sumienia. Był prawdziwym rycerzem fortuny – un vrai chevalier de
fortune.
DOROTA
No, to pójdę już do kuchni, bo potem będzie się jaśnie pani wstydzić, że się jaśnie
pani za wiele zwierzała. Tylko jedno: czy jaśnie pani nie przestałaby tak pić?
MATKA
(2)
Nie – pić będę – to jedyna rzecz, która mi jeszcze została. Ale on o tym nie wie.
Morfinuję się też, ale stosunkowo rzadko. To procent od zarobku, który wzięłam na
siebie. To ostatnie mówię Dorocie w najściślejszej dyskrecji. I właściwie, gdzieś na
dnie, w zachwyt mnie wprowadza to życie bez żadnego sensu – to poświęcenie bez
granic w tej pospolitości bez dna, którą tak kocham jednak bez miary. Kocham każ-
dy kącik, każdą drobinkę kurzu, każdą niteczkę. Ja siebie w tym kocham, moja Do-
roto. Ja siebie gonię jak własną małą siostrzyczkę wśród klombików rezedy i helio-
tropu – to nie jest normalna miłość do świata – to ten okropny odwrócony egoizm.
On to ma, ale tego nie odwraca. On w głębi duszy nienawidzi wszystkiego, i mnie
też. Ja go odkarmiłam, bo z głodu chciał umrzeć, biedaczek. Do siódmego roku ży-
cia – cieniutki był jak tyczka. O – taką miał szyjkę,
pokazuje ręką robiąc kółko z tzw. kciuka i palca wskazującego
Ja siebie kocham w nim i może więcej go kocham, że jest taka mała świnka – ja go
za to żałuję tak, że mi serce pęka. To są sprzeczności uczuć ponad miarę, ponad siły
człowieka. On czuje to samo – ja go znam. A od sprzeczności uczuć gorszym jest
tylko ich ciężar – jak ktoś na kimś swoim uczuciem zacięży i zegnie go, i zmiażdży
w końcu. To jest jego męka – mego syna. Ja to wszystko rozumiem, ale nic ulżyć
mu nie jestem w stanie – przeciwnie, mimo woli robię wszystko, aby mu było jesz-
cze ciężej. I wiem, że mojej śmierci on nie przetrzyma. A może mi się zdaje? Może
nic nie czuje to wyrodne dziecko i ja się męczę na próżno? Ale co to kogo obcho-
dzi? Bo ta cała jego uczoność to blaga, czysty „bajc”, jak Dorota mówi. Tego nie
Plik z chomika:
jacekplacekjacek
Inne pliki z tego folderu:
3500 e-books(1).zip
(596186 KB)
Gerd.Mietzel.-.Wprowadzenie.do.Psychologii.(osloskop.net).pdf
(122200 KB)
grupy.pdf
(21282 KB)
psychol1.pdf
(13214 KB)
Aronson Elliot - Psychologia Społeczna.doc
(6620 KB)
Inne foldery tego chomika:
Pliki dostępne do 01.06.2025
Pliki dostępne do 08.07.2024
Pliki dostępne do 19.01.2025
Android
Antyvirus
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin