1985.doc

(73 KB) Pobierz
(1985) Na przełaj nr 34: "Halina Poświatowska

(1985) Na przełaj nr 34: "Halina Poświatowska. Jestem Julią" - Halina Retkowska

"Zalotnice niebieskie"

      Straciłem już nadzieję na podobny fenomen w polskiej kobiecej poezji. Na fenomen autentycznego erotyzmu. Wszystkie polskie pisarki erotyków (tu bluźnierstwo, bo nie wyłączam z tej plejady nawet Jasnorzewskiej) nosiły na sobie mundurki z pensji imienia Emilii Plater. Ich erotyzm był przeżarty albo rakiem wstydu (Konopnicka), albo ograniczony do ram kokieterii, flirtu, zabawy towarzyskiej (Jasnorzewska). W jednym i drugim wypadku był to erotyzm dalekich sublimacji - wstyd potrzebował ich do zakłamywania, forma zaś dla zwiększenia podniety.

      W jednym i w drugim wypadku był to erotyzm, dla którego fascynacja ciałem stanowiła daleki a pikantny domyślnik. Poświatowska - pierwsza u nas chyba - wyzbyta jest zupełnie elementu wstydu, wstydząc się co najwyżej kokieterii. Cała jej poezja to czujne, aż bolesne w swej intensywności, skupienie uwagi na fenomenie własnego ciała. Prawie każdy kolejny wiersz wyraża inny aspekt tej analizy (...) Poezja jest - chociaż to nas, poetów, usytuowuje w ciągłym stanie zagrożenia - formą ekshibicjonizmu.

      Zakłada szczerość absolutną, przekracza wszelkie konwenanse. Idioci, którzy takich prawd nigdy nie pojmą (...), będą podśmiewać się obleśnie z ekshibicjonizmu Poświatowskiej. Jej szczerość w samouwielbieniu (,,Łasica - jestem nią błyskam biało w zachwycie nad sobą), podobnie jak szczerość samowiedzy ("brzuch jest wyspą brunatną stromą"), jak wreszcie szczerość w określeniu swej klęski ("pod suknią pod szeleszczącą suknią jestem wspaniałym elastycznym manekinem") - wszystko to - oddaje Poświatowska na pastwę szyderców (...) Niebezpieczna choroba (...) może była tym nieodzownym przypadkiem, by w galerii naszych sentymentalistek, kokietek i kociaków zabrała głos pełna samowiedzy kobieta.

Stanisław Grochowiak - "Ciało" - Współczesność 1969 nr 5

 

 

 

      Urodziła się 9 lipca 1935 roku w Częstochowie. W tym mieście spędziła z rodzicami okupację. Tutaj w dniach wyzwolenia Częstochowy - ukrywała się z nimi w piwnicy parterowego domku przy ulicy Jasnogórskiej. Tu wreszcie, po kilku dniach pobytu w wilgotnym pomieszczeniu zaczęła się jej choroba. Dziesięcioletnia dziewczynka zapadła na niebezpieczną odmianę anginy, której następstwem było zapalenie stawów. W "Opowieści dla przyjaciela", książce wspomnień opublikowanej w roku 1967, Poświatowska tak napisze o tamtym okresie: Zapalenie wsierdzia, jak nazwano moją chorobę, powróciło w jesieni wraz z nowym przeziębieniem. Już w październiku leżałam w łóżku z owiniętym gardłem i kiedy gorączka narastała, czułam, że moje serce żyje własnym, osobnym życiem. Trzepotało, jak gdyby chciało się wyrwać z uwięzi żeber, unosiło kołdrę i dawało znać ostrym bólem przy każdym głębszym oddechu. Jego gwałtowny rytm uspokajał się tylko pod zimnymi okładami. Prosiłam matkę, aby często zmieniała lód w termoforze, aby mi nie zdejmowała w ogóle termoforu z piersi. Leżałam spokojnie na wznak bawiąc się drewnianymi figurkami szachowymi. Najchętniej czytałabym, ale matka mówiła, że czytając w gorączce psuję sobie oczy. Czytałam wiec tylko wtedy, kiedy wiedziałam, że jej nie ma w domu, a gdy znajome lekkie kroki rozbrzmiewały w przyległym pokoju, chowałam książkę głęboko pod poduszkę i znowu brałam do rąk zgrabnie wycięte figurki szachowe. Początkowo oglądałam je tylko, ale już wkrótce ich kształty zaabsorbowały moją wyobraźnię i układałam bajki, w których odtwarzały przynależne im z racji nazw role. Tak przeleżałam kilka miesięcy, nim nasz domowy lekarz, zniechęcony brakiem jakiejkolwiek poprawy w zdrowiu, zdecydował, że należy mnie zawieźć do szpitala.

      Rodzice zawieźli ją do Krakowa. W klinice profesora Juliana Aleksandrowicza spędzi - z przerwami cztery lata. Gdy serce mniej dokuczało - uczyła się; najpierw w prywatnym gimnazjum częstochowskim "Nauka i Praca", a po jego likwidacji w Liceum im. Juliusza Słowackiego.

      Gdy zachorowała, a była jeszcze dzieckiem, stała się bardzo spokojna, zrównoważona - opowiadała Joanna Myga, żona brata Haliny. - Do 16-17 roku życia nosiła długie warkocze. Miała zielone, skośne oczy. Uwielbiała Mickiewicza, Słowackiego. Utworów tego ostatniego uczyła się na pamięć. Mogła go recytować całymi godzinami. Była niezwykle subtelna, wrażliwa na wszystko, co działo się wokół niej. Kochała koty. Miała ich całą gromadkę ku utrapieniu reszty domowników. Zaczęła pisać wiersze, gdy miała 9 lat. Niemal bez przerwy czytała. Tym samym mniej się uczyła.

      - Wszystkiego jej się oszczędzało - dopowiada matka Haliny - bo naprawdę była bardzo chora. Wybierałyśmy się gdzieś w świat, przeszła 300-400 metrów i mówiła: nie mogę dalej. Siadała na krawężniku, na schodku, gdzie popadło. I trzeba było stać nad nią i udawać wesołą, rozmawiać, jakby nigdy nic, niech ludzie myślą, że to psi figiel... Hasieńko, będziesz sobie siedzieć w fotelu. Wiersze pisać. Ona chciała żyć jak inni. Trudno jej było wejść na trzecie piętro, ale wyglądała jak sprawna, zdrowa dziewczyna...

      Wyjazdy do kliniki, pobyty w sanatorium, powroty do szkoły. I znowu szpitale: w Krakowie, w Poznaniu, w Warszawie. Ciężka wada serca - w języku medycyny określana jako niedomykanie zastawki dwudzielnej - nie ustępuje jednak. Lekarze ostrzegają Halinę: nie możesz się męczyć. Nie wolno ci się wzruszać. Jeśli chcesz żyć, zabraniamy ci płakać i smucić się. Zabraniamy śmiać się i bawić. Pamiętaj: miłość to dla ciebie wyrok śmierci. Pamiętaj: tobie nie wolno kochać. Nie wolno ci być kochaną. Żyj spokojnie... Żyj, nie biorąc od życia za dużo... Żyj obok życia...

      Mając piętnaście lat dziewczyna zdaje egzamin do X klasy i ponownie trafia do szpitala Tym razem pozostanie tam przez całe dwa lata (...) Choroba czyniła gwałtowne postępy w moim ciele - zanotuje potem w kronice-pamiętniku. (...) Wkrótce moja skóra pokryła się sinymi wybroczynami, które wolno, nieubłagalnie zaczęty zlewać się w fioletowe plamy. Każde naczynie krwionośne miałam rozdęte ponad wytrzymałość. Swoje wrażenia z pobytu w szpitalu opisze natomiast w taki sposób: Prawie codziennie ktoś umierał. Był to zawsze ten sam obrządek. Białe sylwetki lekarzy pochylające się nad łóżkiem, skrzydlaty czepiec zakonnej siostry i tuż za nią wpadający na salę truchtem ksiądz. Ostatnie oleje, kilka drgnięć bezwładnego już ciała.. Białe prześcieradło wędrujące aż na poręcz, zakrywające szczelnie twarz, przez chwilę cisza, a potem skrzyp wysuwanego na korytarz łóżka.

 

 

Twoje palce opowiadają o mnie niebu

      Pamiętaj: żyj obok... Pamiętaj: nie wolno ci...

      Raz jeszcze opuszcza szpital. Raz jeszcze wyjeżdża do sanatorium. Tam poznaje studenta Akademii Sztuk Pięknych, Adolfa Poświatowskiego. Chłopak jest nieuleczalnie chory na serce.

      30 kwietnia 1954 roku pobierają się. Ona podejmuje naukę w liceum dla pracujących, on - studia na akademii. Kilkanaście lat później w "Opowieści dla przyjaciela" znajdzie się zapis, jakich niewiele w naszej literaturze erotycznej. W ciągu dwóch pierwszych dni moje pożycie małżeńskie nie układało się najszczęśliwiej - napisze Poświatowska - Po nocy poślubnej dostałam wysokiej gorączki i kiedy leżałam rozpalona, ten chłopiec, którego ciepłe usta jeszcze kilka godzin temu wydawały się tak nieodzowne, stał mi się obojętny i daleki. Nie chciałam na niego patrzeć, nie odpowiadałam na jego pytania. Nie wzruszył mnie fakt, że płakał w przyległym pokoju, o czym doniosła mi matka. Teraz, kiedy musiałam walczyć z popłochem własnego serca, kiedy każdy oddech napełniał moje piersi kłującym bólem, nie mogłam, nie chciałam interesować się jego losem. Leżałam nieruchomo nie mówiąc nic i nic nie jedząc. Nad wieczorem przestraszeni rodzice sprowadzili lekarza, ten jednak nie potrafił zaklasyfikować nagłego wyskoku temperatury. Posiedział przy mnie, potrzymał przegub ręki i odszedł. Po dwudziestu czterech godzinach gorączka minęła bez śladu, zniknęła równie szybko, jak przyszła, i kiedy moje spierzchnięte wargi odzyskały dawną wilgotność, znowu zapragnęłam pocałunków. Moje ciało, które do tej pory było jedynie obiektem zainteresowania lekarzy, stało się nagle ważne i użyteczne. W miarę jak poznawałam ciepło jego zaklęśnięć, wrażliwość naskórka, podziwiałam je i lubiłam coraz bardziej. W ten sam sposób patrzyłam i na jego ciało, trochę inne niż moje, ale przecież takie samo we wszystkich odruchach i odczuciach. Prędko przywykłam zasypiać z głową wtuloną w jego ramię, z plecami mocno przywartymi do jego piersi. Odwracając się w nocy na bok, czułam, jak jego ręce przygarniają mnie poprzez sen. W dzień także starałam się być blisko niego. Kiedy chodziliśmy po ogrodzie, wisiałam uczepiona jego ramienia, w domu najchętniej sadowiłam mu się na kolanach, a gdy malował, kręciłam się niecierpliwie dokoła i pod pretekstem, że chcę zobaczyć, w jaki sposób miesza farby, pochylałam się nad nim i wchłaniałam jego zapach.

      "Te dwa serca razem to samobójstwo. Osobno może mielibyście jakieś szanse, razem - nie", powiedział im pewien lekarz, którego poinformowali o swoim małżeństwie. Wam nie wolno cieszyć się życiem, słyszeli każdego dnia. Wam nie wolno doświadczać miłości. Dla was radość jest śmiercią. "Miłość stała się moim sprzymierzeńcem - odpowiadała za siebie i za męża Halina. - Wyposażyła mnie w odwagę i cierpliwość. Wiedziałam, że muszę wyzdrowieć".

      Jako eksternistka złożyła maturę w Liceum Korespondencyjnym. On - niepomny ostrzeżeń lekarzy - skończył akademię.

      Byli ze sobą przez dwa lata. W roku 1956 Adolf Poświatowski zmarł na serce. Poetka zanotuje: Serdeczny palec lewej ręki ozdobiony raz pierścionkiem owdowiały jest teraz i pozbawiony swej ozdoby. Ten, który mi dał pierścionek, już dawno nie ma palców, jego ręce splotły się w jedno z korzeniami drzewa.

 

 

jest cała ziemia samotności

      ... Gdy Halinę poznałem, znajdowała się w głębokiej depresji psychicznej - wspomina Tadeusz Gierymski, w latach pięćdziesiątych sekretarz redakcji w "Gazecie Częstochowskiej". - Załamanie spowodowały zapewne świadomość nieuleczalnej choroby i cios, który ją przed kilku miesiącami spotkał: nagła śmierć męża. Przecież miała wtedy zaledwie dwadzieścia lat i była już wdową! Wizyta matki z brulionem wierszy stanowiła próbę przywrócenia córki życiu, odciągnięcia jej od niedobrych rozmyślań, wydobycie z prostracji. To matka wprost zmusiła Halinę do odwiedzenia redakcji, słusznie przeczuwając, że jedynie poezja może stać się dla córki ratunkiem i ocaleniem.

      W grudniu 1956 roku na łamach "Gazety Częstochowskiej" zostają opublikowane dwa wiersze Poświatowskiej: "Człowiek z Annapury" i "Szczęście". Kolejne utwory zamieści kilka miesięcy później pismo młodych poetów i grafików częstochowskich "Zebra" oraz efemeryda "Lewary". Pojedyncze wiersze wydrukuje "Przekrój" i "Życie literackie". W roku 1958 krakowskie Wydawnictwo Literackie wyda pierwszy tomik jej poezji - "Hymn bałwochwalczy". Redaktor Gierymski tak opowiada o debiutującej wówczas pod jego opieką poetce: ...Intuicyjnie wyczułem, że Halinę mało obchodzą inni ludzie i ich sprawy, chyba że ją coś niezwykle zainteresuje i porwie. Nie chcę powiedzieć, że była egoistka, lecz na pewno cechował ją egotyzm, pewien rodzaj narcyzmu. Apodyktyczna była nawet wobec najbliższych, w kręgu rodzinnym. Taką też wspominają Halinę koleżanki z ławy szkolnej. Tę cechę charakteru pogłębiła choroba i zrozumiała troska matki o jej zdrowie. Na drugie spotkanie też przyniosła wiersze. Czytała sama, a ja chwaliłem, nie omieszkając tu i tam wytknąć błędu czy słabszej frazy. Poświatowska nie przyjmowała moich uwag, jakby zdawała sobie sprawę, że samodzielnie musi przejść ten wczesny etap poezjowania. Inni młodzi ludzi, którzy mnie odwiedzali z plikami kartek, postępowali inaczej. W swej młodzieńczej naiwności byli tak optymistyczni, że liczyli, iż dam im receptę na dobre wiersze! Odmienna postawa Poświatowskiej, jej wiara we własne siły i talent zaimponowały mi. Nie przeczę, wywarła na mnie wrażenie...

      Sukcesom literackim nadal towarzyszy pogarszanie zdrowia poetki. Lekarze dają jej ledwie rok życia. Halina znowu trafia do kliniki prof. Aleksandrowicza. Dzięki jego staraniom Polonia amerykańska załatwia jej operację w Stanach Zjednoczonych. W roku 1958 wyjeżdża do Nowego Jorku.

      Operacja serca trwa siedem i pół godziny. Operuje jeden z najznakomitszych chirurgów świata, prof. Nicols z Filadelfii. Udało się. Sześć tygodni później pacjentka opuszcza szpital nowojorski. Zdziwionym przyjaciołom, którzy spodziewali się szybkiego jej powrotu do kraju Poświatowska tłumaczy: A co z moją wielką ciekawością, z moim pragnieniem, żeby wrócić do wielkiego miasta i poznać każdy kamień, każdego człowieka? (...) Poznać ich język, mówić do nich i rozumieć to, co oni mówią. Spiskuję, przyjacielu. Postanowiłam zostać po tej stronie Oceanu, dokąd nie zaspokoję nowego głodu.

      W kwietniu 1959 roku otrzymuje stypendium, a jesienią zaczyna naukę na największej uczelni żeńskiej na świecie, w Smith College w Northampton, stan Massachusetts. Jako przedmiot studiów wybiera filozofię i logikę.

 

 

Przyjdź dobra śmierci

      Musisz unikać wysiłku... Musisz zapewnić odpoczynek zoperowanemu sercu... Musisz żyć inaczej niż inni ludzie...

      Halina całymi nocami ślęczy nad skryptami z filozofii. Uczy się angielskiego, niemieckiego i hiszpańskiego. Odpisuje na dziesiątki listów. Przygotowuje tomiki tłumaczeń. Pisze wiersze. I - na przekór lekarskim werdyktom - zapewnia: Po raz pierwszy zaczynam podejrzewać się o coś takiego jak przyszłość.

      Chce wierzyć - wierzy - traci wiarę. Chce żyć najbardziej intensywnie. Może tylko o godzinę dłużej, niż przeznaczył Los, może aż o miesiąc? Nawet o tak niewiele warto walczyć. Godząc się z Losem.

      ...Nie umiem spać i nie mogę pić kawy i nie umiem, nie umiem, nie umiem spać - pisze w jednym z listów do matki. - Spanie nie ma sensu, nie mniej niż niespanie. Nie ma miłości. Tyle mam już lat - tyle wydarzeń - tyle zużytej energii, czasu opuchłego czekaniem. Tak nie można, tak trzeba... I po co?

      ...Nie umrę jeszcze, poczekam, poczekamy razem zapewnia w innym liście - my umiemy przecież pięknie czekać, na życie, na śmierć, na cokolwiek...

 

      Bardzo chce żyć. Umie się pogodzić ze śmiercią, oswoić ją. Przestaje się bać. Chce się nauczyć czekania. Rezygnacji?

 

...Życie nie ma sensu - donosi matce - żyć można tylko dotąd, dokąd się nie jest dokładnie człowiekiem, dokąd grają w tobie te puszyste instynkty - głód, hodowanie pokoleń... wiesz. Nie miałabym odwagi mieć dzieci - udusiłabym. Albo mi nie dostaje jakiegoś zmysłu - nie wiem, nie wiem, dlaczego chodzę z tym piekłem w środku i obojętnieję niezmiernie na wszystko. Nawet na język Szekspira. Niecierpliwi mnie poezja, niecierpliwi filozofia i to samo odnośnie poetów i filozofów. Piękno fizyczne przyciąga mnie jeszcze, ale na dystans - nic nie chcę mieć na własność. To nonsens - to taka głupia mała gra, a tak męczy, jakby naprawdę. Nawet powiedzieć nie umiem, co jestem, co jest we mnie, dlaczego nie umiem. Nie umiem. Potem myślę o Tobie, o Tobie biegnącej poprzez pokoje do sieni, potem o naszych nocach, o strachu, o twoim i moim strachu, i wiem, że trzeba pracowicie przedrzeć się poprzez następny bolesny dzień. I nie wiem, czemu ci to potrzebne, nie rozumiem, jak może mieć to dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie, jakieś absolutne znaczenie, którego przecież. Kochanie, nie ma. Widzisz, nic nie ma znaczenia, i dopiero wtedy, dopiero kiedy sobie uświadomisz to właśnie, twoja miłość i twoja troska będą jakieś cudowne, bo właśnie tak samo nieważące jak moje udręki. Nie mogę czytać książek, nie mogę czytać filozofii - jeszcze odrobinę ciekawości rezerwuję dla logicznych symboli - żeby poznać tę patykową konstrukcję culture and civilization. (...) O Kochanie, jeśli poetów mierzy się wielkością ich niepokoju, to ja przeszłam własną genialność. Moje udręki są bardzo typowo ludzkie. Chcę dorównać dziewczętom i nie mogę - nie mogę, bo mnie nie stać na ich pierwotną pasję. Ja myślę we dwie strony, one tylko naprzód - a ja sobie w tył, w tył...

      Po trzech latach pobytu w Stanach równie nagle, jak kiedyś postanowiła zostać w Ameryce - teraz decyduje się na powrót do kraju. "Wróciłam, bo miałam dość mądrości w językach obcych i chce mi się nieco pomleć własnym ojczystym i także na papierze", napisze do przyjaciela, Tadeusza Śliwiaka.

      Studia kontynuowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. W roku 1963 - po ich ukończeniu - objęła asystenturę na Wydziale Filozoficzno-Historycznym i zaczęła przygotowywać się do doktoratu. W tym samym roku ukazał się drugi z kolei tomik jej wierszy - "Dzień dzisiejszy". Trzy lata później "Czytelnik" wyda "Odę do rąk" - tomik trzeci.

      W roku 1966 po powrocie z Paryża po raz ostatni już została pacjentką prof. Aleksandrowicza. Potem przewieziono ją do kliniki w Warszawie. Zmarła 11 października 1967 roku, w osiem dni po drugiej operacji serca. Rok później w krakowskim Wydawnictwie Literackim ukazał się pośmiertnie tom poezji "Jeszcze jedno wspomnienie". Dwieście pomieszczonych w nim wierszy powstało w ciągu ostatnich dwóch lat życia poetki.

 

 

* * *

 

      ...Czy słowa potrafią mnie bronić lepiej niż cisza, czy słowami można jeszcze cokolwiek powiedzieć? Szukałam ich z trudem, każde oglądałam wiele razy, przymierzałam do nich moją miłość, mój ból. Pragnienie przymierzałam do wyrazu pragnienie i dla mojej największej miłości - dla życia poszukiwałam najpiękniejszych określeń. Kochałam życie...(...) Śmierć była zawsze blisko mnie, zbyt blisko, abym nie przywykła do jej chłodnego, kojącego dotyku, abym nie musiała do niego przywyknąć. Tak pisała Halina Poświatowska w zakończeniu "Opowieści dla przyjaciela". Jeśli zna się ten pamiętnik, jeśli zna się curiculum vitae poetki - jej wierszy nie trzeba już analizować, tłumaczyć, interpretować. Wystarczy czytać. Żyć - ciesząc się życiem.

 

 

 

      kto potrafi

      pomiędzy miłość i śmierć

      wpleść anegdotę o istnieniu

      zgarniam brunatne plastry książek

 

      nasłuchuję brzęczenia słów

      pomiędzy miłość i śmierć

      wpleść

      nikt nie potrafi

 

      i tylko czasem

 

      naprzeciw słońca

      w zmrużonych oczach błysk

      chwila roztrącona na tęczę

 

      twarzą w twarz

      naprzeciw słońca

      w oślepłych oczach

 

      treść niknąca

      na krańcach

      miłość śmierć

 

 

 

 

      LUSTRO

      jestem zaczadzona pięknem mojego ciała

      patrzyłam dzisiaj na siebie twoimi oczyma, odkryłam

      miękkie zagięcie ramion znużoną okrągłość piersi które

      chcą spać i powoli na przekór sobie staczają się w dół.

 

      moje nogi rozchylające się oddające bezmiernie aż po

      krańce których nie ma to co jest mną i poza mną

      pulsuje w każdym liściu w każdej kropli deszczu.

 

      widziałam się jak gdyby poprzez szkło w twoich oczach

      patrzących na mnie czułam twoje ręce na ciepłej napiętej

      skórze moich ud i posłuszna twojemu rozkazowi

 

      stałam naga naprzeciw wielkiego lustra, a potem

      zasłoniłam oczy twoje żeby nie widzieć i nie czuć

      samotności mojego rozkwitłego tobą ciała

 

 

 

 

      * * *

      Halina Poświatowska to jest podobno człowiek

      i podobno ma umrzeć jak wielu przed nią ludzi

      Halina Poświatowska właśnie teraz się trudzi nad

      własnym umieraniem

 

      ona jeszcze nie wierzy ale już podejrzewa

      i kiedy w sen zagłębia lewą rękę to w prawej

      zaciska mocno gwiazdę - strzępek żywego nieba

      i światłem poprzez ciemność krwawi

 

      potem gaśnie za sobą wlokąc warkocz różowy

      ciemniejący na wietrze nocy groźnej i chłodnej

 

      Halina Poświatowska - te trochę garderoby

      i te ręce - i usta co nie są już głodne

      (Filadelfia, XI 1958 r.)

 

 

 

 

      * * *

      Jestem Julią

      mam lat 23

      dotknęłam kiedyś miłości

 

      miała smak gorzki

      jak filiżanka ciemnej kawy

      wzmogła

 

      rytm serca

      rozdrażniła

      mój żywy organizm

 

      rozkołysała zmysły

 

      odeszła

 

      Jestem Julią

      na wysokim balkonie

      zawisła

 

      krzyczę wróć

      wołam wróć

      plamię

 

      przygryzione wargi

      barwą krwi

 

      nie wróciła

 

      Jestem Julią

 

      mam lat tysiąc

      żyję -

 

 

 

 

      * * *

      mam ręce stopy usta i całą tę resztę

 

      balast który przez chwilę trzyma mnie w okolicy życia

      poza tym jest nieskończoność

      którą potrafię tylko nazwać

 

      moje serce jest zwierzęciem krwiożerczym

      jego głodny krzyk towarzyszy mi wszędzie

      w każdym miejscu i w każdym śnie

      ciepłym mięsem karmię moje serce

 

      nieskończoność przepływa przeze mnie

 

 

 

 

      DYSONANS

      świat jest taki mały

      świat ma tylko dwa piętra

      na wyższym jesteś ty

 

      oddychasz ciężko

      obok stoi wieczność

      ciemna

 

      mozolnie po schodach

      idę w długiej koszuli

 

      ocieram usta

 

      ciepłą wilgotną ręką

      zakrywam usta

 

      za mną

      idzie wieczność

      obydwie

 

      stajemy pod twoimi drzwiami

      z czołem opartym

      bezgłose

      jak rozpięty na strunie krzyk

      łapczywie chwytamy oddech

      liczymy raz... dwa... trzy...

 

      świat ma tylko dwa piętra

      tylko dwa

 

      nieduże

      z krążącymi gwiazdami świat

      ------------

      dlaczego tak trudno umrzeć?

 

 

 

 

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin