Najemca.doc

(46 KB) Pobierz
NAJEMCA

Po skończeniu szkoły średniej rozpocząłem studia w odległym o ponad sto kilometrów mieście. Miałem tam dość odległą ale bardzo serdeczną krewną. Ciotka Magda była już starszą kobietą ale chętnie przyjęła mnie pod swój dach. Próbowałem odwdzięczyć się jej za to pomagając przy sprzątaniu, zakupach oraz dokonując drobnych napraw. Dom był na prawdę duży, przeznaczony dla wielopokoleniowej rodziny. Nasza trójka, to jest ciocia, wujek i ja zdecydowanie nie byliśmy w stanie go wypełnić. Za ogrodem, w pewnym oddaleniu znajdował się stary warsztat, wynajmowany w tej chwili plastykowi, który urządził sobie w nim pracownie. Nie należę do ludzi łatwo nawiązujących kontakty, jednak fakt, że ów plastyk miał na wyposażeniu dość wysokiej klasy komputer szybko pomógł przełamać pierwsze lody.

Sebastian, plastyk z warsztatu, był ode mnie tylko sześć lat starszy. Sam dopiero skończył studia i nie chciał słyszeć żebym zwracał się do niego “proszę pana”. Chętnie zgodził się użyczać swojego sprzętu do moich projektów, oszczędzając mi tym samym przepychanek w tak zwanej “sali komputerowej” udostępnianej studentom przez uczelnię. Jako typowy “human”* Sebastian nie potrafił zrozumieć co robię ale mimo to wykazywał spore zainteresowanie. W ogóle interesował się mną dużo bardziej niż nakazuje zwykła gościnność.

W ramach rewanżu pokazywał mi swoje prace ale z kolei na tym polu ja okazywałem się całkowitym ignorantem. Któregoś razu wpadły mi jednak w oko zupełnie inne rysunki, pełne skrępowanych, pobitych i poniżonych chłopców i mężczyzn. Tej części twórczości Sebastian mi jednak pokazywał a właśnie ona podobała mi się najbardziej i to właśnie tych szkiców szukałem za każdym razem gdy zostawiał mnie samego w swojej pracowni.

Któregoś dnia zaraz po przyjściu rzuciły mi się w oczy leżące na stole kajdanki.

- martwa natura? - zadałem głupie pytanie, właściwie nie wiem po co.

- a chcesz przymierzyć? - odpowiedział Sebastian biorąc je do ręki.

Zamiast odpowiedzi wyciągnąłem obie ręce w jego kierunku.

- Nie tak – zaśmiał się i zatrzasnąwszy jedną z obręczy na moim prawym przegubie, zaprowadził mnie pod ścianę.

- Z tyłu – dokończył, przekładając kajdanki za rurą od kaloryfera i zamykając je na drugim przegubie. Potem wziął ze stołu szeroki plaster i zakleił mi usta.

- Teraz jesteś w komplecie – oświadczył, poklepując mnie po twarzy.
Sprawdziłem czy dał mi jakieś szanse na uwolnienie, powiłem się trochę przy rurze, posapałem i wszystko stało się jasne. Nie miałem żadnych szans. Spojrzałem na Sebastiana ale on był już zajęty swoją pracą. Zawołałem do niego przez knebel.

- Usiądź sobie – zaproponował.

Próbowałem powiedzieć coś jeszcze ale nie zareagował. W końcu poszedłem za jego radą i zsunąłem się na podłogę przyjmując nieco wygodniejszą, siedzącą pozycję. Nagle przyszło mi do głowy co będzie kiedy do warsztatu wejdzie ciotka. Rzuciłem okiem na zegar, potem na okno, drzwi i odetchnąłem z ulgą. Dochodziła siódma. Przez najbliższą godzinę nikt ani nic nie oderwie jej od telewizora, wieczorne wiadomości są dla niej jak msza w niedziele. Poza tym żaluzje były szczelnie zasłonięte a drzwi zamknięte na zasuwę. Sebastian na pewno zdąży mnie uwolnić. Oczywiście jeśli zechce...

Minęło wpół do ósmej. Sebastian odłożył pracę i znów zainteresował się mną.

- Dobrze się bawisz? - zapytał

- Mphhhh

- No jasne! - wybuchnął śmiechem. Zabrał ze stolika szkicownik, ołówek, usiadł naprzeciw mnie i zaczął rysować.

- Na pamiątkę dzisiejszego wieczoru – powiedział pokazując mi skończone dzieło.

Piętnaście minut później byłem już wolny. Trzymając w ręku złożony na pół rysunek odprowadzałem Sebastiana do bramy. Patrzyłem jak wsiadł na swój motor i z piskiem opon ruszył przed siebie. A wieczorem miałem o czym myśleć wpatrując się w narysowaną postać, zakneblowanego i przykutego do kaloryfera chłopaka.

Następnego dnia Sebastian zapytał mnie czy miałbym ochotę pozować mu do tego typu obrazków. Tak na prawdę nie miałem nic przeciwko temu, żeby mnie wiązał czy nawet bił, bałem się jednak, że ktoś kiedyś może mnie rozpoznać na tych szkicach. Powiedziałem mu o tym na co on stwierdził, nie widzi żadnego problemu. Zaproponował, że sporządzi dla mnie jeszcze jeden rysunek. Przywiązał mnie trzema rzemieniami do krzesła, zakneblował czerwoną chustą i natychmiast zabrał się do pracy. Po dziesięciu minutach dzieło było gotowe. Zgodnie z oczekiwaniem, na kartce widniał szkic przywiązanego do krzesła chłopaka. Tym razem nie był to jednak mój portret. Mimo, że proporcje czy nawet pewne rysy bezsprzecznie były moje, raczej trudno było by skojarzyć, że postać z rysunku to w rzeczywistości ja.

Sebek zdjął mi knebel, żeby usłyszeć moją opinię ale zaraz potem znów wepchnął mi go do ust i mocno zacisnął węzeł z tyłu głowy. Potem odsunął krzesło w mało widoczny róg warsztatu i nakrył mnie swoją kurtką.

- Muszę skoczyć do sklepu, sprawuj się dobrze – powiedział wychodząc.

Skórzane więzy trzymały mocno, chociaż same z siebie nie sprawiały bólu - przynajmniej dopóki nie zacząłem się szarpać. Jedyna rzecz, z którą mogłem coś zrobić była kurtka ale jej akurat wcale nie chciałem zrzucać. Było mi w prawdzie pod nią duszno ale tą drobną niewygodę w pełni rekompensowała niesamowita mieszanka zapachów skóry i perfum Sebastiana. Miałem sporo czasu, żeby się nią nacieszyć bo Sebek wrócił dopiero po pół godzinie (mimo, że sklep był oddalony najwyżej o sto metrów). Spodobało mu się, że nie pobrudziłem mu kurtki zrzucając ją na podłogę a swoją wdzięczność wyraził protekcjonalnie głaszcząc mnie po głowie, powtarzając ironicznie : “dobry chłopiec”

Wyglądało na to, że zamierza dziś pracować do późna a co za tym idzie nocować w warsztacie. Inaczej nie przynosił by chyba zgrzewki piwa.

- Napijesz się? - zaproponował uprzejmie

- Dshięki, nhiechhcę, szcheby tssiotha fhyszuła hodemhhnie alhoghol – wybełkotałem przez knebel.

- Pij! - powiedział Sebek podtykając mi puszkę pod usta

- Phez khnebhel ? - zdziwiłem się ale tak na prawdę bałem się, żeby nie rozlał mi tej wonnej cieczy na ubranie. Ciotka naprawdę nienawidziła alkoholu, przy czym za niebezpieczne uważała nawet bombonierki z rumem.

Sebek uśmiechnął się konspiracyjnie, odstawił puszkę na stół po czym usiadł mi na kolanach i objął ramieniem za kark.

- Słusznie, przez knebel to żadna przyjemność – oświadczył wyjmując mi z ust swoją chustkę.

- To może jeszcze ręce? – zaproponowałem

- Bez przesady; „daj kurze grzędę...”

Sebastian zabrał ze stołu piwo i ponownie przytknął mi do ust.

- Powoli, żebyś się nie oblał – instruował mnie odciągając jednocześnie moją głowę za włosy do tyłu.

Udało mi się upić łyk bez zalania. Generalnie nie lubię alkoholu ale w tym przypadku byłem związany i nie miałem nic do gadania. Z resztą piwo było dobre, towarzystwo też jak najbardziej w porządku więc czemu nie? Siedzieliśmy tak (Sebek na moich kolanach) rozmawiając o różnych rzeczach aż opróżniłem całą puszkę. Wtedy ponownie założył mi knebel i poprosił (raczej formalnie) o dotrzymanie mu towarzystwa jeszcze przez godzinę lub dwie.

W następnym tygodniu pogoda całkiem się zepsuła a panująca w mieście chlapa szczelnie oblepiała wszelkie pojazdy grubą warstwą błota.

- Dobrze, że jesteś. Wyczyścisz mi motor – zawołał Sebastian kiedy tylko wszedłem do warsztatu.

- Nie da rady – odparłem – mam na czwartek potężny projekt, muszę skorzystać z Twojego kompa.

- Łap się gnojku za wiadro, ścierki i zasuwaj do garażu! - spojrzał na mnie ostro, jak nigdy, wskazując palcem drzwi.

Porażony jego niecodzienną postawą, nie odezwawszy się ani słowem zabrałem kubeł ze szmatami i udałem się do garażu, po drodze nabierając do niego wody. Motor faktycznie był niemiłosiernie brudny, zajęło mi grubo ponad godzinę doprowadzenie go do jakiego takiego stanu. Siedziałem sam w zimnej szopie a on nawet na chwilę nie zaszczycił mnie swoją obecnością. Po skończonej robocie wróciłem do warsztatu żeby wziąć się za mój projekt. Tym razem Sebek nie robił problemów, znów był miły, dowcipny i bardzo przyjacielski.

Jesień coraz bardziej przypominała porę monsunową i z pomału nabierałem pewności, że lada dzień wyrosną mi między palcami błony pławne. Czyszczenie motoru stało się teraz moim obowiązkiem, wymaganie jednak wzrosły. Nie wystarczało jedynie usunięcie błota, trzeba go było jeszcze wypolerować do połysku. Sebastian sporządził kilka rysunków przedstawiających mnie przy tej pracy, generalnie jednak była to bardzo samotna robota. Poza tym musiałem też sprzątać jego warsztat pracy, zamiatać oraz robić masę innych rzeczy, których jemu robić się nie chciało. Kiedy nie miałem dużo do roboty przy własnych projektach, przykuwał lub przywiązywał mnie do kaloryfera albo krzesła w różnych pozycjach. Czasem wręcz kazał mi samemu zakładać kajdanki a potem klęczeć w kącie z rękami założonymi za głowę. Miał masę pracy i co raz rzadziej sporządzał nowe rysunki, zadowalając się jedynie moim widokiem a często nawet samą obecnością.

Któregoś razu Sebastian zaproponował, wycieczkę do swojego domu połączoną z przejażdżką na motorze. Pomysł od razu mi się spodobał, choć perspektywa samej jazdy, 200km/h na jednośladzie nieco mnie przerażała. Uprzedziłem ciotkę, żeby nie czekała z kolacją (miałem własne klucze) i szybko wróciłem do warsztatu. Sebek sam założył mi kask i kazał się mocno trzymać. Zgodnie z przewidywaniami jazda nie należała do bezpiecznych. Obawiając się upadku niemal całym ciałem przylgnąłem do Sebastiana co dla odmiany było całkiem miłym akcentem. Początkowo trochę się obawiałem, że ludzie coś sobie o nas pomyślą, ale mając na głowie zamknięty kask i jadąc ponad setką szybko doszedłem do wniosku, że i tak nikt nie zdąży się nam przyjrzeć.

Dom Sebastiana leżał w jednej z podmiejskich miejscowości i dotarcie tam zajęło nam niespełna pół godziny. Odprowadziliśmy motor do garażu i weszliśmy do środka. Na strychu znajdował się jego stary warsztat, znacznie mniejszy i ciemniejszy od tego jaki wynajmował od mojej ciotki. Teraz był prawie pusty, jeśli nie liczyć kilku skrzyń i walizek. Z jednej z nich wyciągnął metalową zamykaną na szyfr puszkę a z niej z kolei dwa strasznie sfatygowane zeszyty. Każdą kartkę wypełniały rysunki skrępowanych chłopców, podobne do tych jakie miał u nas ale jakby bardziej prymitywne.

- To jeszcze z czasów licealnych! - powiedział z dumą, kiedy doszedłem do końca – Podoba ci się?

- Czy oni na prawdę... - zapytałem lekko zaniepokojony stanem w jakim znajdowały się przedstawione na rysunkach postacie.

- Powiedzmy, że trochę koloryzowałem – roześmiał się Sebastian

Akcja wszystkich rysunków bez wątpienia toczyła się na tym strychu, który okazał się być doskonale zamaskowaną a przy tym całkowicie przenośną salą tortur. Sebastian wyjął skądś parę rozłączonych kajdanek i zapytał czy chcę zobaczyć jak to się odbywało. Zgodziłem się i szybko zająłem miejsce między dwoma filarami podtrzymującymi dach. Sebek przymocował do wysuniętych, niby przypadkiem, gwoździ łańcuchy od tych kajdanek po czym zatrzasnął obręcze na moich nadgarstkach. Stałem wysoko podniesionymi rękoma, dodatkowo rozciągniętymi szeroko między oboma filarami. Sebek zabrał się za krępowanie mi nóg. Rozsunął je aż pod same słupy i owinąwszy paskiem kilka razy kostki przywiązał każdą z nich do innego filara. To była wyjątkowo nieprzyjemna pozycja. Prawie wisiałem bezradny rozciągnięty na całą szerokość mojego ciała, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Czułem się trochę jak mucha schwytana w pajęczynę. Sebastianowi taka pozycja była potrzebna do wymierzania chłosty. Miał wolny dostęp do wszystkich części ciała i mógł bić tam gdzie chciał, bez ryzyka, że w razie mojej instynktownej próby uniku czy zasłonięcia się trafi w jakieś wrażliwe miejsce.

- To moja ulubiona pozycja – oświadczył chwytając mnie za brodę i unosząc twarz ku górze.

- Zero możliwości oporu – dokończył i splunął mi przez zęby na twarz.

- Nie możesz się nawet wytrzeć, przez dobre kilka minut będziesz czuł jak moja flegma spływa ci po twarzy i nie będziesz mógł z tym absolutnie nic zrobić. Ekstra nie?

- Trochę niepokojące – przyznałem

- Mówiono mi, że w takiej pozycji boli dwa razy bardziej – zmienił nagle temat Sebek – Nie wiem czy to z okazji napięcia mięśni czy przez brak możliwości, choćby tylko dla efektu psychologicznego, wykonania najmniejszego uniku.

- Będziesz to sprawdzał? - zapytałem trochę niespokojny. Sebastian jeszcze nigdy mnie nie jeszcze uderzył.

- No jasne – roześmiał się i wyciągnąwszy ze szlufek swój pasek przeszedł do tyłu.

Mogę tylko powiedzieć, że bolało jak jasna cholera. Sebastian bił po całym ciele, zarówno z przodu jak i z tyłu, omijając jedynie niebezpieczny rejon nerek oraz krocza. Nie reagował na moje jęki, prośby a w końcu rozpaczliwe błagania. Kilka razy strzelił mnie nawet paskiem w twarz i to wcale nie lekko. Wydawało mi się, że wpadł w jakiś amok i że będzie mnie bił aż zemdleję ale na szczęście przerwał wcześniej.

- Fajnie co? - zapytał z szaleńczym błyskiem w oku.

- Proszę, mam już dość...

- A gdzie dziękuję, gnoju??? - rozzłościł się Sebastian

- Dziękuję i proszę, już dość.

Sebek dał mi spokój. Założył swój pasek i zszedł na dół. Nawet nie miałem siły prosić go o uwolnienie. Długo stałem o własnych siłach w końcu jednak opadłem i zawisłem na żelaznych obręczach kajdanek. Sebastian jednak nie wracał ani nie reagował na wołanie...

* czułe określenie na uczniów/studentów kierunków humanistycznych nadane im przez kolegów z kierunków ścisłych i przyrodniczych. Wersja mniej „czuła” brzmi: tumanista

 

 

Zgłoś jeśli naruszono regulamin