John W.Campbell Kim jeste? 1 Wszędzie cuchnęło. Przedziwny, przyprawiajšcy o mdłoci smród, na jaki natknšć się można tylko w skutych lodem barakach antarktycznego obozu, był mieszaninš zaduchu, parujšcego ludzkiego potu i intensywnego fetoru stopionego foczego łoju: Odór mazidła walczył ze stęchłym smrodem zmoczonych potem i niegiem futer. Powietrze wypełniał drażnišcy swšd przypalajšcego się gotowanego tłuszczu, tłumišc całkiem już przyjemny zapach psów. Dołšczał się do tego odór oleju maszynowego, kontrastujšcy ostro z obrzydliwš woniš garbowanej skóry i rzemieni na uprzšż. Mimo wszystko z owego pomieszanego fetoru istoto ludzkich, psów, maszyn, kuchni wybijało się co jeszcze obrzydliwszego. Była to woń osobliwa, od której włos jeżył się na głowie - woń obca w wiecie rzeczy i ludzi: I był to zapach istoty żywej, pochodził jednak z czego, co leżało na stole, zwišzane sznurem i zawinięte w brezent; z czego, co ociekało powoli i systematycznie na masywne deski, mokre i nędzne, w nie osłoniętym, olepiajšcym wietle elektrycznym. Blair, biolog wyprawy; niski i łysy jak kolano, szarpnšł nerwowo tkaninę, odsłaniajšc ciemny lód, i natychmiast goršczkowo nacišgnšł brezent z powrotem. Jego drobne, ptasie ruchy, wykonywane z tłumionš gorliwociš, odbijały się tańczšcym cieniem na brzegach zawieszonej pod niskim sufitem brudnoszarej bielizny. Równiutki kosmyk siwiejšcych włosów opasujšcych jego łysš czaszkę otaczał komicznš aureolš ocienionš głowę. Komendant Garry podszedł do stołu, odsuwajšc na bok zwisajšce luno nogawki bielizny. Wolno przebiegał oczyma ludzi, ciniętych jak ledzie w beczce wewnštrz budynku administracyjnego. Jego wysoka postać wyprostowała się wreszcie. - Trzydziestu siedmiu. I wszyscy tutaj - skinšł głowš. Mówił niskim głosem, którego ton zdradzał wyrane oznaki władzy wynikajšce tak z charakteru, jak i z funkcji dowódcy. - Znacie w skrócie historię tego znaleziska, na które natknęła się Druga Wyprawa Polarna. Naradzałem się już z moim zastępcš McReadym i z Norrisem, jak również z Blairem i z doktorem Copperem. Sš różnice zdań, a ponieważ dotyczy to całej grupy, sprawiedliwoć wymaga, aby wypowiedzieli się wszyscy uczestnicy wyprawy. - Poproszę McReadyego o podanie wam szczegółów tej historii, ponieważ bylicie wszyscy zbyt zajęci własnš pracš, by dokładnie ledzić działania innych. McReady? Wyłoniwszy się z niebieskiego od dymu dalszego planu, McReady - jak postać z jakiej zapomnianej bani, jak majaczšca gronie statua z bršzu, w której trwało życie - ruszył w ich stronę. Miał szeć stóp i cztery cale wzrostu. Zatrzymał się przy stole, a potem wyprostował, w charakterystyczny sposób spoglšdajšc w górę, aby upewnić się, czy pod belkami niskiego stropu wystarczy miejsca na głowę. Miał wcišż na sobie gruby, wciekle pomarańczowy skafander, który na jego olbrzymim ciele wyglšdał wcale niele. Nawet tutaj, pod dachem, cztery stopy od nanoszšcego nieg wiatru, hulajšcego po antarktycznej pustyni, wdzierał się zišb zamarzniętego lšdu, tłumaczšc szorstkoć tego człowieka. Człowieka z bršzu, z wielkš rudobršzowš brodš i bujnych włosach tego samego koloru. Z bršzu miał dłonie, żylaste, jakby owinięte powrozami, które na przemian zaciskały się i otwierały. Nawet głęboko osadzone pod grubymi brwiami oczy wyglšdały jak odlane z bršzu. Z ostrych, twardych rysów jego twarzy i dwięcznych tonów niskiego głosu, dawało się odczytać stalowš wytrzymałoć, która nie zmniejszała się z latami. - Norris i Blair zgadzajš się co do jednego: zwierzę, które znalelimy, nie pochodzi z Ziemi - powiedział. - Norris obawia się, że może w tym tkwić jakie niebezpieczeństwo. Blair twierdzi, że nie ma żadnego. Wrócę jednak do tego, w jaki sposób i dlaczego znalelimy to stworzenie. Zanim tu przybylimy, wydawało się, że punkt ten znajduje się dokładnie na południowym biegunie magnetycznym Ziemi. Igła kompasu skierowana jest prosto w dół, wszyscy o tym wiecie. Bardziej czułe przyrzšdy fizyczne, przyrzšdy sporzšdzone specjalnie na tę wyprawę w celu badania pola magnetycznego, wykryły dodatkowe oddziaływanie - dodatkowe i słabsze pole magnetyczne znajduje się około osiem - dziesięciu mil stšd na południowy zachód. Druga Wyprawa wyruszyła, aby je zbadać. Nie ma potrzeby wchodzenia w szczegóły. Znalelimy ródło, chociaż nie był to ani olbrzymi meteoryt, ani magnetyczna góra, którš Norris spodziewał się odkryć. Oczywicie, że ruda żelaza jest magnetyczna, żelazo bardziej, a niektóre specjalne rodzaje stali jeszcze bardziej. Z pomiarów powierzchniowych wynikało, że odkryty drugi biegun jest mały: tak niewielki, iż jego oddziaływanie magnetyczne ma wprost miesznš wartoć. Żadna ze znanych substancji magnetycznych nie oddziaływałaby w taki sposób. Sondowanie wykazało, iż pole znajduje się na głębokoci stu stóp pod powierzchniš lšdolodu. Uważam, że powinnicie wiedzieć, jak wyglšda to miejsce. Van Wall mówi, że jest tam rozległy płaskowyż, równinna przestrzeń cišgnšca się na odległoć ponad stu pięćdziesięciu mil dokładnie na południe od Drugiej Bazy. Nie miał czasu ani paliwa, by lecieć dalej, lecz stwierdził, że równina biegnie dokładnie na południe. Włanie tam, gdzie to co było ukryte, znajduje się grzbiet zatopionego pod lodem łańcucha górskiego - granitowy, niewzruszony mur, udaremniajšcy ruch lodów napierajšcych od południa. Dokładnie czterysta mil stšd na południe znajduje się płaskowyż Bieguna Południowego. Pytalicie mnie przy różnych okazjach, dlaczego ociepla się tu, kiedy nasila się wiatr, i większoć z was wie dlaczego. Jako meteorolog założyłem, że nie ma takiego wiatru, który mógłby wiać przy minus szećdziesięciu stopniach, że tylko wiatr o prędkoci mniejszej niż pięć mil mógłby wiać przy minus pięćdziesięciu, nie powodujšc ocieplenia wskutek tarcia o podłoże, nieg, lód, no i o samo powietrze. Przez dwanacie dni obozowalimy na krawędzi tej pogršżonej w lodzie góry. Wkopalimy obozowisko w głšb niebieskiego lodu, którego większoć odparowalimy. Przez dwanacie dni z rzędu wiatr wiał z prędkociš czterdziestu pięciu mil na godzinę. Wzrastała ona nawet do czterdziestu omiu, a czasami spadała do czterdziestu jeden. Temperatura wynosiła minus pięćdziesišt trzy stopnie. Wzrastała do minus pięćdziesięciu i spadała do minus pięćdziesięciu omiu. Z meteorologicznego punktu widzenia było to niemożliwe, a trwało nieprzerwanie przez dwanacie dni i dwanacie nocy. Gdzie dalej na południu zmrożone powietrze z płaskowyża Bieguna Południowego zelizguje się po lodowcu z tej liczšcej osiemnacie tysięcy stóp czaszy do górskiej przełęczy, skšd kieruje się na północ. Musi istnieć jaki lejowaty łańcuch górski, który kieruje je i porywa na odległoć czterystu mil, aby ugodziło w ten otwarty płaskowyż, na którym odkrylimy drugi biegun. Trzysta pięćdziesišt mil dalej na północ powietrze dociera do Południowego Oceanu Lodowatego. Ocean jest zamrożony od czasu, kiedy dwadziecia milionów lat temu zamarzła Antarktyda. Nie było nigdy odwilży. Antarktyda zaczęła zamarzać dwadziecia milionów lat temu. Badalimy, mylelimy, spekulowalimy. Przypuszczamy, że stało się co takiego: Co przyleciało z Kosmosu, jaki statek. Widzielimy go tam, w niebieskim lodzie, co w rodzaju łodzi podwodnej bez kiosku i sterów wysokoci, o długoci dwustu osiemdziesięciu stóp i rednicy czterdziestu pięciu w najgrubszym miejscu. - No i co ty na to, Van Wall? Z Kosmosu?! - Tak, ale dokładniej wyjanię to póniej - cišgnšł McReady pewnym głosem. - Statek przyleciał z przestrzeni, sterowany i unoszony dzięki siłom nie odkrytym jeszcze przez człowieka, i jakim trafem - może co się wówczas popsuło - wpadł w ziemskie pole magnetyczne. Przyleciał tu na południe, prawdopodobnie w sposób nie kontrolowany, okršżajšc biegun magnetyczny. To dzika kraina, ale gdy Antarktyda wcišż jeszcze zamarzała; musiała być tysišc razy dziksza. Kiedy lšd ulegał zlodowaceniu, powstawały tu nieżne zamiecie, wiry, zaspy i opady wieżego niegu. Tršby powietrzne musiały być szczególnie silne, a wiatr gęstym, białym całunem okrywał krawęd schowanej teraz góry. Statek uderzył dziobem w potężny granitowy mur i roztrzaskał się. Nie wszyscy pasażerowie ponieli mierć, pojazd za to musiał ulec zniszczeniu, a mechanizm napędowy zablokowaniu. Norris przypuszcza, że statek dostał się w ziemskie pole magnetyczne. Żadne dzieło istot inteligentnych nie może dostać się we wpływ potężnych sił przyrody tej planety i nie ulec zniszczeniu. Jeden z pasażerów wydostał się na zewnštrz. Prędkoć wiatru, który tam przeżylimy, nigdy nie spadała poniżej czterdziestu jeden mil, a temperatura nigdy nie wzrastała powyżej minus pięćdziesięciu stopni. Wtedy wiatr musiał być jeszcze silniejszy. Pędzony wiatrem nieg tworzył grubš pokrywę. Po zrobieniu kilku kroków stworzenie się zgubiło. - McReady przerwał na chwilę; głęboki, mocny głos ustšpił miejsca huczšcemu w górze wiatrowi i niespokojnemu, złoliwemu bulgotaniu w kominie kuchennego pieca. Nad głowami szalał wicher. Poderwany zawodzšcym wiatrem nieg mknšł poziomymi, olepiajšcymi smugami w poprzek frontowej częci zakopanego obozu. Gdyby kto wyszedł z podziemnego korytarza łšczšcego poszczególne baraki pod niegiem, zgubiłby się po zrobieniu kilku kroków. Na zewnštrz, na wysokoć trzystu stóp wznosiła się w górę smukła, czarna szpila radiowego masztu, którego wierzchołek sięgał czystego nocnego nieba. Nieba; pod którym słaby, jęczšcy wiatr pędził jednostajnie z jednego krańca na drugi, pod osłonš wijšcej się ognistym językiem zorzy polarnej. W oddali horyzont płonšł dziwacznymi, wciekłymi kolorami brzasku o północy. Tak wyglšdał ...
Filmy2026