7 KOSZMAR.doc

(90 KB) Pobierz
7 KOSZMAR

7 KOSZMAR

Powiedziałam Charliemu, że mam dużo zadane nic chcę nic jeść. Oglądał właśnie jakiś super ważny dla siebie mecz koszykówki - Nie miałam oczywiście pojęcia, co w tym sporcie może być fascynującego - więc nic dziwnego, że nie zwrócił uwagi na zmianę moim głosie czy wyrazie twarzy.

- Drzwi do swojego pokoju zamknęłam za sobą na klucz, po czym z czeluści biurka wygrzebałam stare słuchawki i podłączyłam je do przenośnego odtwarzacza CD. Z płyt wybrałam tę, którą Phil kupił mi na gwiazdkę. Był to album jego ulubionego zespołu - trochę za dużo basu i wrzasków jak na mój gust. Położyłam się na łóżku wcisnęłam „play” i podkręciłam głośność tak, że hałas aż ranił. Zamknęłam oczy, ale nadal przeszkadzało mi dzienne światło zakryłam sobie górną połowę twarzy poduszką.

Całą swoją uwagę skoncentrowałam na muzyce. Próbowałam wychwycić wszystkie słowa tekstów piosenek i zanalizować skomplikowane rytmy perkusji. Przesłuchując płytę po raz trzeci, znałam już na pamięć wszystkie refreny. Doszłam też do wniosku, że album zyskuje przy bliższym poznaniu. Obiecałam sobie podziękować Philowi przy najbliższej okazji.

Najważniejsze było jednak to, że obrana przeze mnie metoda podziałała. Wsłuchana w ogłuszający łomot, nie myślałam o ni­czym innym i o to właśnie chodziło. Leżałam tak i leżałam, zaczęłam już nawet bezbłędnie wtórować wokaliście, aż w końcu zmo­rzył mnie sen.

Kiedy otworzyłam oczy, okazało się, że nie jestem w swojej sy­pialni, ale w zupełnie innym, choć znajomym miejscu. Tylko jakiś przebłysk świadomości podpowiadał mi, że śnię.

Otaczało mnie zielonkawe światło przybrzeżnego lasu. Słyszałam, jak fale oceanu rozbijają się nieopodal o skały, i wiedziałam, że jest wyjdę na plażę, zobaczę na powrót słońce. Chciałam już podążyć za tym kojącym dźwiękiem, gdy wtem zjawił się Jacob Black, chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć ku najmroczniejszej części boru.

-                     Jacob? Czy coś się stało? - spytałam. Twarz miał wykrzy­wioną strachem. Mocował się ze mną, starając się przełamać mój opór, bo nie miałam zamiaru wchodzić w ciemny gąszcz.

-                     Biegnij, Bello! Musisz uciekać! - szepnął zatrwożony.

-                     Tędy, Bello! - Rozpoznałam głos Mike'a. Dochodził z głębi lasu, choć jego samego nie było widać.

-                     Ale dlaczego? O co chodzi? - Nadal wyrywałam się w stro­nę słońca.

Nagle Jacob rozluźnił uścisk, jęknął głośno i wstrząsany dreszczami padł na ściółkę.

- Och, krzyknęłam przerażona, ale po chłopaku nie było już śladu. Zamiast niego leżał przede mną wielki wilk o czarnych. Zwierzę skierowało pysk w stronę wybrzeża i najeżyło się. Spomiędzy obnażonych kłów wydobył się niski charkot.

- Bello, uciekaj! - zawołał znowu Mike gdzieś z tyłu, nie odwróciłam się jednak. Jak zaczarowana przyglądałam się zbliżające­mu się od plaży światłu. Zza drzew wyszedł Edward. Jego skóra jarzyła się delikatnie, oczy były groźne i czarne jak noc. Kiedy skinął na mnie, wilk u mych stóp zawarczał ostrzegawczo.

Zrobiłam krok do przodu. Edward się uśmiechnął. Miał ostre, spiczasto zakończone zęby.

- Zaufaj mi - zamruczał przyjaźnie.

Zrobiłam kolejny krok.

Wilk poderwał się znienacka i rzucił na wampira, celując w je­go szyję.

- Nie! - krzyknęłam, podnosząc się raptownie do pozycji sie­dzącej.

Tkwiące nadal w moich uszach słuchawki pociągnęły za sobą odtwarzacz CD, który spadł z hukiem ze stolika nocnego na drewnianą podłogę.

Światło w pokoju było włączone, a ja siedziałam na łóżku, ubrana i w butach. Zdezorientowana zerknęłam na zegarek na ko­modzie. Wskazywał piątą trzydzieści rano.

Z jękiem zwaliłam się z powrotem na łóżko i przekręciłam na brzuch, zsuwając buty, było mi jednak niewygodnie i nie mogłam zasnąć. Wróciwszy do poprzedniej pozycji, rozpięłam dżinsy zsunęłam je niezdarnie, usiłując się nie podnosić. Teraz uwierał mnie jeszcze warkocz. Położyłam się na boku, ściągnęłam z włosów gumkę, a splot rozczesałam pospiesznie palcami. Na koniec znów wciągnęłam na głowę poduszkę.

Oczywiście wszystko to zdało się na nic. Moja podświadomość raczyła mnie właśnie obrazami, o których starałam się zapomnieć. Chcąc nie chcąc, musiałam się z nimi zmierzyć.

Gdy usiadłam na łóżku, zakręciło mi się w głowie, odczekałam, więc, aż krew spłynie w dół ciała. Wszystko po kolei, pomyślałam biorąc do ręki kosmetyczkę, zadowolona poniekąd, że mogę odwlec to nieco w czasie.

Wzięłam prysznic, ale minęło zaledwie parę minut. Potem specjalnie starannie wysuszyłam włosy. Niestety, wkrótce nie miałam w łazience już nic do roboty. Owinięta ręcznikiem, wróciłam do swojego pokoju. Nie wiedząc, czy Charlie jeszcze śpi, czy też dokądś pojechał, wyjrzałam przez okno. Radiowóz zniknął, znów wybrał się na ryby.

Ubrałam się powoli w najwygodniejszy ze swoich dresów i pościeliłam łóżko, choć normalnie nigdy tego nie robiłam. Teraz zostawało mi tylko zabrać się do dzieła. Podeszłam do biurka i włączyłam komputer.

Korzystanie z internetu w Forks było męczarnią. Modem miał już swoje lata, a darmowy pakiet usług standardem znacznie od­biegał od normy. Samo łączenie się z siecią ciągnęło się bez koń­ca. Postanowiłam w tym czasie zjeść miskę płatków z mlekiem.

Jadłam powoli, dokładnie przeżuwając każdy kęs. Skończywszy po­siłek, umyłam miskę i łyżkę, wytarłam je ścierką i odłożyłam na miejsce. Powlokłam się na górę jak na stracenie. Zanim zasiadłam przed kom­puterem, podniosłam z podłogi odtwarzacz CD i postawiłam go na sa­mym środku stolika, a słuchawki schowałam w szufladzie biurka. Włą­czyłam tę samą płytę, co wczoraj, tym razem ciszej, tylko jako tło.

Z westchnieniem spojrzałam wreszcie na ekran. Wypełniały je rzecz jasna, automatycznie otwierające się okna reklamowe. Zaję­łam miejsce przy biurku i zaczęłam je wszystkie zamykać. W końcu mogłam wejść na stronę swojej ulubionej wyszukiwarki. Pozbyłam się kilku kolejnych natrętnych reklam, wpisałam jedno jedyne słowo „Wampiry”.

Po dłuższej chwili na ekranie wyświetliły się rezultaty poszukiwań. Większość z nich nadawała się do kosza. Było tam wszystko - od filmów i programów telewizyjnych po RPG, alternatyw metal i kosmetyki do makijażu dla fanów Marilyna Mansona.

Jedna ze stron wydala mi się jednak obiecująca - nazywała się „Wampiry od A do Z”. Czekałam cierpliwie, aż się otworzy, kasując metodycznie kolejne reklamy. W końcu ściągnęła się w całości. Wyglądała skromnie, akademicko - czarna czcionka na białym tle. Strona startowa witała gości dwoma cytatami:

W mrocznym, przepastnym świecie duchów i demonów nie masz istoty równie strasznej, równie odpychającej, a mimo to darzonej taką fascynacją, bojaźnią przesyconą, co wampir, który ni demonem ni duchem nie jest, lecz jeno tajemnicze i potworne cechy obojga dzieli - wielebny Montague Summers*.

Jeśli ma człowiek, na co w świecie dowody, to na istnienie wam­pirów. Nie brakuje niczego: raporty oficjalne, zeznania obywateli szanowanych, chirurgów, urzędników, księży. Lecz mimo to, któż w wampiry wierzy? - Rousseau.

Resztę strony głównej zajmowała alfabetyczna lista wszystkich podań o wampirach z całego świata. Kliknęłam najpierw na hasło Danag. Okazało się, że to wampir z Filipin, który ponoć zapocząt­kował w tym kraju uprawę jadalnych bulw taro. Pracował z ludź­mi przez wiele lat, aż pewnego dnia pewna kobieta zacięła się przy nim w palec. Danag zaczął ssać jej ranę, co spodobało mu się tak bardzo, że wypił z ofiary całą krew.

Czytałam z uwagą kolejne opisy, wypatrując czegoś, co brzmiałoby znajomo albo przynajmniej prawdopodobnie. Większość mitów koncentrowała się na pięknych kobietach w rolach demonów oraz dzieciach w rolach ofiar. Wydawało się, że historie powstały po to, by uzasadnić wysoką śmiertelność wśród najbliższych i usprawiedliwić mężowskie skoki w bok. Do popularnych wątków należały także poczynania bezcielesnych duchów i ostrzeżenia przed nieprawidłowymi pochówkami. Nic z tego nie przypominało zbytnio znanych mi filmowych fabuł, a tylko w paru legendach, na przykład w hebrajskiej o Estrie czy w polskiej o Upiorze, wspominano w ogóle o piciu krwi.

Zaledwie trzy hasła tak naprawdę przykuły moją uwagę o rumuńskim Varacolaci, potężnej istocie, która przybierała postać pięknego, bladego mężczyzny; o słowackim Nelapsi, obdarzonym taką zręcznością i siłą, że potrafił zmasakrować całą wioskę w ciągu godziny i wreszcie o Stregoni benefici.

O tym ostatnim było tylko jedno zdanie: Stregoni benefici - wampir włoski, ponoć stojący po stronie dobra, śmiertelny wróg wszystkich złych wampirów.

Poczułam ulgę, że znalazłam, choć jedną króciutką wzmiankę o istnieniu dobrych wampirów.

Czytając, próbowałam porównywać poszczególne opisy wam­pirów z tym, co już o nich niby wiedziałam. Według Jacoba Zimni Ludzie byli nieśmiertelni, pili krew, mieli chłodną skórę i występo­wali przeciwko wilkołakom. Z moich własnych obserwacji wynika­ło z kolei, że istoty te są nadludzko piękne, silne i szybkie, mają bladą cerę, a ich oczy potrafią zmieniać barwę. Niestety, żaden z mitów nie wspominał choćby o kilku z tych cech naraz.

Nie zgadzało się coś jeszcze. Zarówno w znanych mi horro­rach, jak i w wielu podaniach z internetu, wampiry nie mogły przebywać na słońcu, które spalało je na popiół. Dnie spędzały śpiąc w trumnach, a wychodziły po zmroku.

Zdenerwowana wyłączyłam jednym ruchem komputer, nie za­wracając sobie głowy wyjściem z programu jak należy. Oprócz irytacji czułam także zażenowanie. Co za głupota. Niedzielny poranek, a ja szukam informacji o wampirach. Co mi strzeliło o głowy? Doszłam do wniosku, że winowajcą jest nieszczęsne Forks, a może i cały półwysep Olympic.

Miałam ogromną potrzebę wyjścia z domu, ale od wszystkich miejsc, w których chciałabym się znaleźć, dzieliło mnie ze trzy dni jazdy. Mimo to włożyłam buty, zeszłam na dół, narzuciłam na siebie kurtkę i nie sprawdzając nawet, jaka jest pogoda, nie wiedząc właściwie dokąd zmierzam, wyszłam na podjazd.

Niebo było zachmurzone, ale jeszcze nie padało. Minęłam obojętnie swoją furgonetkę i ruszyłam na wschód, w las. Po chwili dom i droga znikły mi z oczu, a jedynymi dźwiękami, jakie dochodziły mych uszu, były mlaskanie błota i pokrzykiwania sójek.

Gdyby nie wyraźnie widoczna ścieżka, nigdy nie odważyłabym się iść tak sama. Nie potrafiłam orientować się w terenie. Nie przerywałam marszu, byłam coraz dalej od szosy, szlak tymcza­sem wiódł nieprzerwanie na wschód, a przynajmniej tak mi się wydawało. Wił się wśród świerków, choin, cisów i klonów. Nie byłam zbyt dobra w rozróżnianiu drzew, ale pamiętałam to i owo z dzieciństwa, kiedy to Charlie miał w zwyczaju pokazywać mi różne gatunki z samochodu. Wielu nie znałam w ogóle, inne trud­no było rozpoznać, ponieważ pokrywały je gęsto zielone jemioły.

W głąb lasu popchnął mnie gniew, który z czasem zelżał i zwolniłam kroku. Ze stropu gałęzi wysoko w górze spadały poje­dyncze krople, ale nie umiałam ocenić, czy to początki ulewy czy tylko resztki z wczoraj zalegające na liściach. Zaledwie parę me­trów od ścieżki świeżo powalone drzewo - wiedziałam, że stało się to niedawno, bo kory nie pokrywał jeszcze mech - tuliło się do pnia jednej ze swych sióstr, tworząc coś na kształt przytulnej ła­weczki. Przedarłam się ku niej przez paprocie i ostrożnie usiadłam na wilgotnym siedzisku, upewniając się wpierw, że dotykam go tylko kurtką, a nie innymi częściami ubrania. O drugie żywe drze­wo oparłam zakapturzoną głowę. Ten spacer to nie był najlepszy pomysł. Zielony las zbytnio przypominał scenerię z ostatniego koszmaru, żebym mogła zapomnieć o tym, co mnie trapi, ale dokąd miałam niby pójść? Odkąd usiadłam i ucichły odgłosy moich kroków, panująca w puszczy cisza stała się nie do zniesienia. Nawet ptaki zamilkły. Kropli przybywało, więc zapewne ponad koronami drzew zaczął padać deszcz. Wokół rozrastały się tak bujne paprocie, że z niedalekiej ścieżki musiałam być zupełnie niewidoczna.

W takim otoczeniu było mi jednak łatwiej uwierzyć w internetowe historie, których niedorzeczność mnie rano zażenowała, tu nie zmieniło się od tysięcy lat. Legendy z całego świata wydawały się być bardziej realne w zielonkawym świetle niż w czterech ścianach zwyczajnej sypialni.

Z niechęcią zmusiłam się do skoncentrowania na dwóch ważniejszych zagadnieniach, z którymi powinnam się uporać.

Po pierwsze, musiałam podjąć decyzję, czy to, co Jacob opowiadał o Cullenach, może być prawdą.

Mój umysł nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Rodzina wampirów - to brzmiało tak idiotycznie. Ale jeśli nie to, to co? Nie dało się na przykład wytłumaczyć racjonalnie, w jaki sposób Edward uratował mi życie. A co z nadludzką siłą i urodą, bladą skórą, szybkim przemieszczaniem czy oczami zmieniającym barwę z czarnych na złote i z powrotem? Stopniowo przypomniałam sobie coraz więcej szczegółów: rodzeństwo poruszało się z niebywałym wdziękiem i chyba nigdy nie jadało. A on sam? Czasami mówił z dziwną, jakby przedwojenną intonacją, potra­fił też użyć jakiegoś słowa czy zwrotu rodem ze stuletniej powie­ści, a nie licealnej klasy w dwudziestym pierwszym wieku. Kiedy badaliśmy grupy krwi, poszedł na wagary. Zanim zgodził się pojechać ze mną na wycieczkę nad morze, spytał, dokąd się wybieramy, i dopiero wtedy odmówił. Potrafił czytać innym ludziom w myślach - to znaczy wszystkim oprócz mnie. Twier­dził, że jest groźny.

Czyżby Cullenowie naprawdę byli wampirami?

Cóż, czymś z pewnością byli. Ich cechy i zdolności zbytnio odróżniały ich od zwykłych ludzi. Czy wierzyć w indiańskie podania, czy w moje własne teorie wysnute z komiksów, jedno było prawdą - Edward i ja nie należeliśmy do tej samej rasy.

Wersja Jacoba była, zatem prawdopodobna. Prawdopodobna, nic więcej. Na razie musiałam się tym zadowolić.

Pozostawało jeszcze jednak drugie, najważniejsze pytanie - co zrobię, jeśli Edward naprawdę jest wampirem?

Przerażała mnie ta możliwość. Edward wampirem. Co począć? Przede wszystkim wiedziałam, że nie powinnam tego rozgłaszać.

Mnie samej trudno było w to wszystko uwierzyć. Jak nic, ktoś życzliwy wsadziłby mnie do domu wariatów.

Pozostawało, więc wziąć sobie do serca radę Edwarda: pójść po rozum do głowy i zacząć unikać go za wszelką cenę. Zachowywać się odtąd tak, jakby nie istniał. Podczas lekcji biologii udawać, że dzieli nas mur. Odwołać nasz wspólny wyjazd do Seattle. Powiedzieć mu żeby zostawił mnie w spokoju - tym razem jak najbardziej na serio.

Gdy zaczęłam sobie wyobrażać, jak to będzie, żal ścisnął mi serce. Na szczęście, w tym samym momencie, przyszła mi do gło­wy pewna myśl.

Edward może i był niebezpieczny, ale do tej pory mnie nie skrzywdził. Wręcz przeciwnie - gdyby nie on, auto Tylera zgnio­tłoby mnie na miazgę. W dodatku zareagował tak błyskawicznie, że mogło to być z jego strony odruchowe. Czy mógł być taki zły, przekonywałam siebie samą, skoro miał odruch ratowania życia? Pytanie to pozostawało na razie bez odpowiedzi.

Poza tym byłam głęboko przekonana - co ostatnimi czasy zda­rzało mi się rzadko - że złowrogi Edward z koszmaru nie był prawdziwym Edwardem, a jedynie reakcją na rewelacje Jacoba. Co więcej, gdy ten niby - Edward, a więc ucieleśnienie mojego lęku przed wampirami, został we śnie zaatakowany przez wilka, krzyk­nęłam: „nie”, bo to o niego się bałam, a nie o zwierzę. Stał tam z obnażonymi, ostrymi zębami, a ja mimo to drżałam o jego życie. Taka była prawda o moich uczuciach. Nie wiedziałam, czy w ogóle mam jakiś wybór. Znałam prawdę - jeśli to rzeczywiście była prawda - ale nic więcej nie mogłam zrobić. Wystarczyło, że pomyślałam o nim: o jego glosie, jego hipnotycznym spojrzeniu, atletycznej sile jego osobowości... Niczego tak bardzo nie chciałam jak tego, by z nim być. Nawet jeśli... Nie, nie chciałam teraz o tym myśleć. Nie tu, w samotności, w środku lasu. Przez deszcz zrobiło się tak ciemno, jakby zapadał już zmierzch. Werbel kropel na ściółce przypominał odgłos ludzkich kroków. Zadrżałam. Zerwałam się z miejsca, przepełniona irracjonalnym lękiem, że deszcz rozmył ścieżkę.

Na szczęście nic jej się nie stało. Nadal była widoczna i wiodła ku wyjściu z ociekającego wilgocią, zielonego labiryntu. Ruszyłam nią pospiesznie, z kapturem naciągniętym na głowę, dopiero ten uświadamiając sobie ze zdziwieniem, jak daleko zawędrowałam. Po pewnym czasie zaczęłam się nawet bać, że idę w złą stronę i coraz głębiej zanurzam się w leśne ostępy, ale zanim zdążyłam poddać się panice, dostrzegłam wśród gałęzi pierwsze skrawki wolnej przestrzeni. Chwilę potem usłyszałam warkot przejeżdżającego samochodu. Nareszcie byłam wolna. Przede mną rozciągał się znajomy trawnik, a dom Charliego kusił wizją ciepłego kominka i pary suchych skarpetek.

Było jeszcze wcześnie, niedawno minęło południe. Poszłam do swojego pokoju, gdzie przebrałam się w dżinsy i podkoszulek - nie zamierzałam już tego dnia nigdzie wychodzić. Gdy zasiadłam do pisania wypracowania o Makbecie, nie miałam żadnych problemów z koncentracją. Nie czułam się tak dobrze od... jeśli mam być szczera, od czwartkowego popołudnia.

Poniekąd mnie to nie zdziwiło, taka byłam od zawsze. Podej­mując decyzje, okropnie się męczyłam, ale kiedy zostały podjęte, ogarniał mnie spokój i zaczynałam po prostu działać według planu, szczęśliwa, że najgorsze mam już za sobą. Czasami, rzecz ja­sna, pozostawało przygnębienie - tak jak wtedy, gdy postanowi­łam przyjechać do Forks - ale było to lepsze niż ciągle rozpatry­wanie różnych opcji.

Tym razem pogodzenie się z podjętą decyzją poszło łatwo. Niebezpiecznie łatwo.

Dzień minął mi, zatem spokojnie i produktywnie - wypracowanie skończyłam przed ósmą. Charlie wrócił z połowu obładowany, zanotowałam, więc sobie w myślach, żeby kupić książkę z przepisami na przyrządzanie ryb, kiedy będę w Seattle. Na myśl o tej wyprawie nadal przebiegały mnie ciarki, ale zupełnie takie same jak przed rozmową z Jacobem. Wiedziałam, że powinnam być przerażona, ale nic z tego nie wychodziło. Zamiast lękać się o własne życie, potrafiłam, co najwyżej ekscytować się i denerwować tym, jak to będzie. Wymęczona wczorajszymi koszmarami i wczesną pobudką, tej nocy nie miałam żadnych snów, a rano, po raz drugi od przyjazdu do Fors, zostałam obudzona promieniami słońca. Podbiegłam w podskokach do okna, nie mogąc się nadziwić czystości nieba. Nieliczne chmury były ledwie puszystymi barankami, które z pewnością nie niosły w sobie deszczu. Otworzyłam okno o dziwo, tyle lat nie były w użyciu, a zawiasy nawet nie skrzyp­nęły - i zachłysnęłam się łapczywie niemal suchym powietrzem. Było prawie ciepło i bezwietrznie. Krew zaczęła mi raźniej krążyć w żyłach.

Gdy zeszłam na dół, Charlie kończył śniadanie. Od razu zo­rientował się, w jakim jestem nastroju.

-                     Ładna dziś pogoda - stwierdził.

-                     O tak - potwierdziłam z uśmiechem.

Odwzajemnił go. W kącikach jego piwnych oczu pojawiły się urocze zmarszczki. Co prawda nie ulegał już romantycznym po­rywom serca, brązowe loki, które po nim odziedziczyłam, zaczę­ły z wolna ustępować lśniącej połaci czoła, ale kiedy się uśmie­chał, łatwiej było mi zrozumieć, dlaczego z matką tak szybko decydowali się na ślub. Umiałam wyobrazić sobie tego wesołe­go młodego człowieka, który uciekł z nią, gdy była zaledwie dwa lata starsza ode mnie.

Dobry humor nie opuszczał mnie i przy śniadaniu. Jadłam, obserwując, jak drobinki kurzu tańczą w promieniach słońca. Charli krzyknął z przedsionka, że wychodzi, i usłyszałam odgłos zapalonego silnika. Przed wyjściem z domu zawahałam się nad kurtką kusiło mnie, żeby ją zostawić. W końcu z westchnieniem przełożyłam ją przez rękę. Za drzwiami powitało mnie najjaskrawsze słońce, jakie dane mi było widzieć od kilku tygodni.

W furgonetce tak długo męczyłam się z korbkami, aż udało mi całkowicie otworzyć okna. Parking szkolny ział pustkami - tak spieszno mi było na dwór, że nawet nie sprawdziłam, która godzina.

Odstawiwszy samochód, udałam się ku rzadko używanym stolik z ławkami znajdującym się koło stołówki. Drewno było jeszcze nieco wilgotne, więc usiadłam na kurtce, zadowolona, że na coś się przyda. Jako że nie należałam do osób aktywnych towarzysko, odrobiłam w weekend wszystkie zadania domowe, chciałam jednał sprawdzić kilka wyników z trygonometrii. Wyciągnęłam podręcznik ale odpłynęłam już w połowie pierwszego zadania i zaczęłam wpatrywać się w grę światła i cienia na czerwonawej korze okolicznych drzew. Po kilku minutach uświadomiłam sobie, że naszkicowałam bezwiednie parę czarnych oczu. Czym prędzej je wymazałam.

- Bella! - usłyszałam. Zgadłam, że to Mike. Rozejrzałam się. Gdy siedziałam zamyślona, pojawiło się więcej uczniów. Wszyscy byli w podkoszulkach, niektórzy nawet w szortach, choć temperatura nie mogła przekraczać piętnastu stopni. Mike miał na sobie krótkie bojówki i koszulkę w paski. Szedł w moim kierunku, machając przyjaźnie.

- Cześć - zawołałam, machając. Pogoda sprzyjała serdeczności.

Usiadł koło mnie, uśmiechając się szeroko. Jego misterna fry­zura lśniła w słońcu. Był tak uradowany moim widokiem, że aż miło było patrzeć.

-                     Nie zauważyłem wcześniej, że twoje włosy mają rudawy od­cień. - Schwycił w palce jeden z kosmyków unoszonych przez de­likatny, wiosenny wietrzyk.

-                     Tylko w słońcu to widać. - Zatknął mi lok za uchem i przez ten czuły gest poczułam się nieco skrępowana.

-                     Fantastyczna pogoda, co nie? - spytał.

-                     Taka, jak lubię.

-                     Co porabiałaś wczoraj? - Wydal mi się odrobinę zbyt zaborczy.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin