Akceptacja samego siebie.doc

(494 KB) Pobierz
Akceptacja samego siebie – również z błędami i winą

Akceptacja samego siebie – również z błędami i winą

Najtrudniejsze zadanie człowieka polega chyba na tym, żeby umiał dobrze obchodzić się ze sobą wtedy, gdy popełnił błąd lub zawinił. Zwykle z trudem przychodzi nam miłosierdzie względem własnej osoby, jeśli popełniliśmy jakiś przykry błąd, który został w dodatku spostrzeżony przez nasze otoczenie. Z reguły obwiniamy się wówczas, pogrążamy się wewnętrznie, wytykając sobie, jak źli, słabi i tchórzliwi jesteśmy. Albo łamiemy sobie głowę nad tym, jak w ogóle mogło dojść do tego błędu. Jeszcze raz analizujemy przebieg zdarzenia i ciągle potrząsamy tylko głową, dziwiąc się, że mogło to nas spotkać. Dobrze postępować ze sobą, nie oznacza wybaczyć sobie swoje błędy przed sobą i przed innymi. Niejeden człowiek znajduje się w sytuacji, którą można by określić – przymus usprawiedliwienia. Zawsze musi on mieć czyste sumienie. Musi więc stale poszukiwać nowych argumentów na swoje usprawiedliwienie, starając się w ten sposób udowodnić, że to inni są winni, że przyczyną są czynniki obiektywne lub pogoda.

Usprawiedliwienie popełnionych błędów przed sobą czy przed innymi na niewiele się zdaje. Stale pojawiają się nowe przesłanki świadczące o tym, że może jednak to właśnie my zawiniliśmy, że jednak na nas spoczywa odpowiedzialność. W równie znikomym stopniu skuteczne jest obwinianie swojej osoby i uważanie siebie za najgorszego człowieka Dobrze postępujemy z naszą winą wówczas, gdy po prostu pozostawiamy ją w spokoju, nie wartościując jej, i gdy ofiarujemy ją Bogu, bardziej zdając się na Niego. Bóg w Swoim miłosierdziu przyjmuje nas bowiem razem z naszą winą – taka postawa jest lepsza niż nieustanne krążenie wokół własnej winy. Nie mamy żadnej gwarancji, że nie popełnimy już więcej błędu. Wprost przeciwnie, bardziej prawdopodobne jest, że znowu zawiedziemy (postanawiam, że więcej nie popełnię samogwałtu. Takich postanowień nie możemy podejmować). Jedynie wielkie zaufanie do Boga uchronić nas może przed zadręczaniem się wyrzutami sumienia.

W samooskarżaniu się kryje się często moja duma. Nie potrafię sobie wybaczyć, że to właśnie mi przytrafiła się ta głupia wpadka. Godzi to w mój honor, że tak ośmieszyłem się przed innymi. A powinienem przecież wykazać się przed Bogiem jako lepszy człowiek. Powinienem wreszcie zacząć dotrzymywać postanowień i przestać popadać w ten grzech. Bądźmy pokorni, miejmy świadomość tego, że nie możemy na sobie polegać, że nie mamy żadnej gwarancji uchronienia się przed ponownym popełnieniem tego samego grzechu. Jako ludzie zawsze na nowo będziemy upadać. Przez pokorę rozumiemy tu pogodzenie się z tym faktem. Sprawia to najpierw ból. Gdy na moich oczach tracą swoje znaczenie wyznawane jeszcze przeze mnie, w sposób błędny ideały – odbieram to boleśnie. Ale pokora prowadzi jednocześnie do poczucia wolności i ufności. Nie jestem już zmuszony do ciągłego wytykania sobie mojego przewinienia. Nie powinienem ciągle obwiniać się z powodu mojej niedoskonałości. Nie oznacza to, że chcę się uwolnić od wzięcia odpowiedzialności za popełniony czyn. Skoro Bóg wybaczył mi dany czyn, który popełniłem i ja powinienem go sobie wybaczyć. Nie wolno mi marnować swojego życia, bez przerwy robiąc sobie wyrzuty i poniżając siebie.

Chrześcijańskie podejście do samego siebie

Dobre traktowanie siebie nie oznacza, że spełniam wszystkie swoje życzenia. Byłbym wówczas totalnie uzależniony od moich potrzeb i zachcianek. Kto spełnić musi natychmiast każdą swoją potrzebę, nie rozwija się. Zdany jest on na swoje potrzeby i kaprysy. Asceza wyrażająca się w wyrzekaniu się czegoś, jak to się dzieje np. w czasie postu, ma korzystny wpływ na człowieka. Pierwszy krok ku podjęciu postu jest oczywiście często bolesny. Jeśli ulegam każdemu pragnieniu, to narasta we mnie rozczarowanie i złość na siebie. Sprawiam sobie w ten sposób ból. Gdy trwa to dłuższy czas, wtedy poddaję się i utwierdzam się w jak najgorszym wyobrażeniu o własnej osobie. Samo agresja rośnie. Niezadowolenie z siebie czyni mnie agresywnym nie tylko w stosunku do siebie, ale i innych z mojego otoczenia.

Chrześcijańskie podejście do siebie, wiąże się z dyscypliną. Dyscyplina wywołuje u wielu osób negatywne skojarzenia. Dominuje w niej wymiar kontroli. Jednak życie duchowe, życie zakonne nie może się rozwijać, jeżeli nie jest zdyscyplinowane. Dyscyplinę można potraktować jako pozytywną drogę w kierunku stawania się człowiekiem. Dyscyplina jest sposobem na pomniejszanie cierpień życiowych. Uczymy się mówić prawdę, kierować popędami, być uczciwym względem samego siebie, uczymy się, że życie oparte na poczuciu odpowiedzialności sprawia więcej radości. Naturalnie także i tu wskazany jest umiar. Zarówno człowiek niezdyscyplinowany, jak i przesadnie rygorystyczny, nie jest dla siebie dobry.

Pojednanie z samym sobą

Podstawowym przesłaniem nauki Jezusa jest postulat pojednania, pojednania ludzi ze sobą, pojednania z Bogiem i pojednania człowieka z sobą samym. Pojednanie z samym sobą jest najtrudniejszym zadaniem, jakie stawia nam życie. Pojednanie, załagodzenie, pokój, pocałunek. Jest też inne znaczenie – „uspokajać, złagodzić”. Pogodzić się z samym sobą znaczy więc – zawrzeć pokój z samym sobą, załagodzić spór pomiędzy różnymi zwalczającymi się myślami i pragnieniami, uspokoić wzburzoną duszę, wszystko, co w nas jest, ucałować\': czyli dobrze obchodzić się ze sobą, serdecznie, z uczuciem. Ścierające się we mnie namiętności uciszają się. Ich miejsce zajmuje wewnętrzny pokój. Doprowadzić do pojednania oznacza pogodzić się z dotychczasowym przebiegiem mojego życia, powiedzieć „tak” moim rodzicom, mojemu wychowaniu, charakterowi, jaki mi przypadł. W głębi nas jest wiele buntu przeciwko życiu w jego rzeczywistej postaci, przeciwko nam i naszej postawie. Chętnie bylibyśmy inni, chętnie posiadalibyśmy inne umiejętności. Chcielibyśmy mieć wokół siebie osoby zaufane, przyjaciół.

Marzymy o tym, byśmy byli przez wielu lubiani, szanowani. Wielu żyje w stanie skłócenia z sobą, jest wewnętrznie rozdartych, niezadowolonych z siebie i z całego świata, ustawicznie protestuje przeciwko ludziom, którzy im ten los zgotowali, protestują w końcu nawet przeciwko Bogu, obwiniając Go za swoją niedolę. Bez przerwy oddają się swoim marzeniom, roztrząsając, jakimi pragnęliby być. Są nieobecni, uciekają przed sobą w świat iluzji. Marnują swoje życie. Jedną z przyczyn braku pojednania z samym sobą jest nieustanne porównywanie się z innymi. Stale odkrywa się u innych coś, czego samemu się nie posiada. Człowiek czuje się pokrzywdzony, gorzej od potraktowany niż inne osoby we wspólnocie. Porównywanie się prowadzi do kompleksu niższości albo do obwiniania siebie, robienia sobie wyrzutów. Ale może mnie także porównywanie się z innymi zmuszać do tego, abym zawsze czuł się „naj”. Wtedy wszystko u mnie musi być „naj”, wszystko muszę robić tak dobrze, jak nikt inny.

Być w zgodzie ze swoim sumieniem oznacza rezygnację z wszelkich porównań. Wielu nie potrafi w ogóle odczuwać czegokolwiek samodzielnie, ich samopoczucie wyraża zawsze jakąś relacja w stosunku do innych. Wewnętrzne pojednanie pojmować należy jako bycie sobą, odczuwanie siebie, cieszenie się sobą takim, jakim się jest. Będąc sobą, jestem niepowtarzalny. Pojednanie jest synonimem posiadania kontaktu ze swoją osobą. Gdy taki kontakt mam, nie muszę wcale zabraniać sobie robienia porównań. Nie przychodzi mi to prostu do głowy. Pojednać się z samym sobą to zawrzeć pokój z ranami przeszłości. Kto tego nie uczyni, ten skarany jest na to, by krzywdy, których doznał, wyrządzać innym albo ciągle na nowo kaleczyć samego siebie. Takie pojednanie potrzebuje często czasu. Jest ono możliwie dopiero wówczas, gdy przyznamy istnienie wszystkich urazów i cierpień, mających swoje korzenie w przeszłości, przyznamy naprawdę, jeszcze raz je przeanalizujemy i duchowo przeżyjemy, by następnie pożegnać się z nimi.

Niemożliwy jest wewnętrzny pokój, jeśli ignorujemy istnienie ran. Musimy się z nimi zaprzyjaźnić, „pocałować” je, dobrze się z nimi obchodzić, później dopiero przemienić je możemy w źródło nowego życia. Jak wiele potrzeba czasu, ażeby okaleczony przez życie człowiek pogodził się ze swoją przeszłością. Ale kiedy do tego wreszcie dojdzie, przestają działać wszystkie mechanizmy samounicestwienia, człowiek nie jest już dla siebie tak surowy, potrafi przychylnym okiem spojrzeć na siebie i swoje życie – umie być swoim przyjacielem. Wielu uważa, że już dawno pojednało się ze sobą. Potem jednakże doznają porażki, wszystko zaczyna się burzyć. I zauważają wówczas, jak trudno im ten stan rzeczy zaakceptować. „To niemożliwe. Przecież to nie może mi się przydarzać. Jestem beznadziejnym przypadkiem. Nigdy nie zdołam się z tym uporać”. Znowu pojawiają się obwinienia i samooskarżenia.

Przyjęcie miłosiernej postawy wobec własnej przegranej wymaga wieloletniego treningu. Pomaga mi Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tą modlitwą przeciwstawiam się moim samo oskarżeniom i niezadowoleniu z siebie. Czuję wtedy, jak powoli przekształcają się te negatywne uczucia. Zakazanie sobie tych emocji – nie pomoże, lecz zaszkodzi. Byłoby to znowu przejawem surowego postępowania względem siebie, które powodowałoby jedynie przesunięcie tych negatywnych uczuć w inne obszary, nic osłabiając ich oddziaływania. Nawiązanie dialogu z tymi myślami, zastanowienie się nad nimi w kontekście intencji Boga, postawienie sobie pytania, co On chciał mi przez to powiedzieć? Czasami natomiast moją reakcją na takie myśli, jest modlitwa „Ojcze nasz”. Obie drogi cechuje łagodność. Wielokrotnie jednak możemy doświadczyć, jak słuszne jest ich obranie, a także odczuć: jak do serca mojego powraca spokój i równowaga.

Potrzeba odwagi, by kochać

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin