Shogun_3.docx

(521 KB) Pobierz
James CLAVELL

James Clavell Shōgun t.III
 

 

 

 

James CLAVELL

 

 

 

SHŌGUN

 

 

 

Powieść o Japonii

 

 

 

Przełożyli: Małgorzata i Andrzej Grabowscy

 

 


 

 

 

SPIS TREŚCI

 

KSIĘGA CZWARTA              3

47.              4

48.              26

49.              36

50.              52

51.              92

KSIĘGA PIĄTA              111

52.              112

53.              126

54.              150

55.              165

56.              170

57.              192

58.              214

59.              234

KSIĘGA SZÓSTA              259

60.              260

61.              290

Od tłumaczy              336


 

 

 

 

 

KSIĘGA CZWARTA


 

 

 

 

 

47.

 

 

Oślepiająco jasny Erasmus błyszczał w promieniach słońca w samo południe przy nabrzeżu w Edo.

Panie Jezu w niebiesiech, Mariko, spójrz tylko na niego! Czy widziałaś kiedyś coś takiego jak on? Spójrz na jego sylwetkę.

Zaopatrzony w nowe liny statek cumował o sto kroków od nich przy nabrzeżu, otoczony ze wszystkich stron barierkami. Cały teren był silnie strzeżony, samuraje byli też na pokładzie statku, a napisy wszędzie obwieszczały, że wstęp tutaj jest wzbroniony, chyba że za osobistą zgodą pana Toranagi.

Erasmus był świeżo pomalowany i wysmołowany, pokłady lśniły czystością, kadłub uszczelniono, a żagle naprawiono. Nawet fokmaszt, który zabrała burza, został zastąpiony ostatnim z zapasowych, wiezionych w ładowni, i osadzony w gnieździe pod idealnym kątem. Końce wszystkich lin były porządnie zwinięte, wszystkie działa w furtach działowych błyszczały pociągnięte ochronną warstwą smaru. A nad tym wszystkim powiewała dumnie postrzępiona bandera.

Ahoj! zawołał wesoło Blackthorne spoza ogrodzenia, ale nikt mu nie odpowiedział.

Jeden ze strażników wyjaśnił, że dziś na pokładzie nie ma żadnych barbarzyńców.

Shigata ga nai odparł na to. Dōmo. Poskromił rosnącą niecierpliwość, żeby wejść na pokład, i uśmiechnął się promiennie do Mariko. Wygląda tak, jakby właśnie opuścił po remoncie stocznię w Portsmouth, Mariko-san rzekł. Spójrz na jego działa, chłopcy musieli tu tyrać jak woły. Jest piękny, ne? Nie mogę się doczekać spotkania z Baccusem, Vinckiem i innymi. Do głowy mi nie przyszło, że odnajdę statek w takim stanie. Chryste, jaki on śliczny, ne?

Mariko przyglądała się jemu nie statkowi. Zdawała sobie sprawę, że o niej zapomniał. I że znalazł sobie co innego na jej miejsce.

Trudno, powiedziała sobie. Nasza podróż dobiegła końca.

Tego ranka dojechali wreszcie do rogatek na przedmieściach Edo. Ponownie sprawdzono im dokumenty podróżne. Ponownie przepuszczono ich uprzejmie, lecz tym razem czekała na nich nowa eskortą honorowa.

Większość wczorajszego dnia i wieczór spędzili w przydrożnym zajeździe ze dwa ri na południe stąd, a Yoshinaka, jak poprzednio, pozwolił im mitrężyć czas.

Ach, to była taka piękna noc, pomyślała.

Tyle było tych pięknych dni i nocy. Wszystkie cudowne, z wyjątkiem pierwszej po wyjeździe z Mishimy, kiedy to dogonił ich ponownie ojciec Tsukku-san i kruchy rozejm, jaki zawarł z Blackthorne’em, został gwałtownie zerwany. Ich nagłą zajadłą kłótnię podgrzał i zaognił wypadek z Rodriguesem i za dużo wypitej brandy. Po groźbach z jednej i drugiej strony i klątwach ojciec Alvito pomknął przodem do Edo, pozostawiając ją z poczuciem klęski i rujnując całą przyjemność z tej podróży.

Nie wolno nam było dopuścić do tego, Anjin-san powiedziała.

Ale ten człowiek nie miał prawa…

O, tak, zgadzam się. Oczywiście, masz rację. Ale jeżeli ten wypadek zniszczy twoją wewnętrzną harmonię, to zgubisz siebie i mnie. Proszę cię, błagam, bądź Japończykiem. Zapomnij o tym incydencie, jest on tylko jednym z tysięcy. Nie wolno, żeby zniszczył twoją równowagę ducha. Schowaj go w jakiś zakamarek duszy.

Jak? Jakże mogę to zrobić? Spójrz tylko na moje ręce! Jestem taki wściekły, że nie mogę opanować ich drżenia.

Spójrz na ten kamień, Anjin-san. Posłuchaj, jak rośnie.

Co takiego?

Posłuchaj, jak rośnie ten kamień, Anjin-san. Skup się na tym, na harmonii tego kamienia. Wsłuchaj się w jego kami. Wsłuchaj się, jeśli ci życie miłe. I moje!

Tak więc spróbował – z pewnym powodzeniem – a następnego dnia, kiedy znów zapanowały pomiędzy nimi przyjaźń, miłość i spokój, uczyła go dalej, starając się w niego wpoić, tak żeby się nie zorientował, ideę Wieńca Ośmiu Płotów i budując w nim wewnętrzne ściany i umocnienia, które jako jedyne mogły doprowadzić go do harmonii. I przeżycia.

Tak się cieszę, że ten ksiądz odjechał i już nie powróci, Anjin-san.

Tak.

Lepiej byłoby jednak, żeby nie doszło między wami do kłótni. Boję się o ciebie.

Nic się nie zmieniło… zawsze był moim wrogiem i zawsze nim będzie. Karma to karma. Ale nie zapomnij, że oprócz nas nie ma nic. Jeszcze nie. Ani jego, ani nikogo. Aż do Edo. Ne?

Tak. Jesteś taki mądry. I znów masz rację. Jestem z tobą taka szczęśliwa…

Droga z Mishimy do Edo szybko opuściła równiny i zaczęła się wspinać, wijąc w górę ku przełęczy Hakone. Zadowoleni i szczęśliwi odpoczywali na wierzchołku góry przez dwa dni, o wschodzie i zachodzie słońca podziwiając wspaniałą górę Fuji, której szczyt spowijały kłęby chmur.

Czy ta góra zawsze tak wygląda? spytał Blackthorne.

Tak, Anjin-san, na ogół zawsze jest zasłonięta. Ale dzięki temu, gdy widać ją jak na dłoni, wydaje się jeszcze piękniejsza, ne? Można wspiąć się aż na sam jej szczyt.

To zróbmy to teraz.

Nie, teraz nie, Anjin-san. Kiedyś się na nią wespniemy. Musimy zostawić sobie coś na przyszłość, ne? Wejdziemy na Fuji-san jesienią…

Aż do równin Kantō, wędrując w dół, zatrzymywali się w samych ładnych, ustronnych zajazdach. Na prawo mieli morze i bez przerwy przeprawiali się przez strumyczki, potoki, rzeki. Ich grupka podążała na północ uczęszczanym tłocznym gościńcem Tokaidō, który wił się przez największą nieckę ryżową w cesarstwie. Każdy najmniejszy centymetr płaskich, namulistych, obfitujących w wodę równin zajmowały uprawy. Powietrze było tu w tej chwili gorące, wilgotne, przesycone silnym fetorem ludzkich odchodów, którymi rolnicy, po zmieszaniu ich z wodą, bardzo troskliwie podlewali rośliny.

Ryż dostarcza nam jedzenia, tatami do spania, sandałów do chodzenia, okryć do ochrony przed deszczem i zimnem, strzech, żebyśmy mieli ciepło w domach, papieru do pisania. Bez ryżu nie da się żyć, Anjin-san.

Ale ten smród, Mariko-san!

To mała cena za tak wiele pożytków, ne? Po prostu rób to co my, miej otwarte oczy, uszy, rozum. Słuchaj wiatru i deszczu, owadów i ptaków. Przysłuchuj się, jak rosną rośliny, a w wyobraźni oglądaj wszystkich swoich potomków aż po kres czasu. Jeżeli to zrobisz, Anjin-san, to wkrótce zaczniesz dostrzegać i czuć same powaby życia. Wymaga to praktyki… ale staniesz się bardzo japoński, ne?

Och, dziękuję, pani! Muszę ci jednak wyznać, że już zaczynam lubić ryż. Na pewno wolę go od kartofli i wiesz co jeszcze? Już nie tak bardzo tęsknię za mięsem. Czy to nie dziwne? Przestałem już być taki głodny.

– A ja jeszcze nigdy nie byłam taka wygłodniała.

Och, ale ja mówiłem o jedzeniu.

Och, ja również…

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin