b.odt

(29 KB) Pobierz

[b]Polska cz.1[/b]

Pierwotny plan wyprawy przewidywał start gdzieś z Chorwackiej Dalmacji, jednakże wizja utraty 350 zł kosztem zakupu biletu na autokar i niepewność czy uda mi się zabrać nim cały mój bajzel na kółkach (a słyszałem, że bywały takie sytuacje) sprawiły, że na tydzień przed wyjazdem diametralnie zmodyfikowałem moją trasę. Szybko wykalkulowałem, że za te 350 zł sam sobie rowerem dojadę nad Adriatyk.

I tak oto 11 listopada 2011 wysiadłem z pociągu w Białej Podlasce.  Szybkie zakupy ostatnich brakujących elementów ekwipunku i już jadę w stronę Cieszyna. Teren trochę pagórkowaty a ja jadę załadowany na maxa i zaczynają się pierwsze wątpliwości bo nie ma co ukrywać – jedzie się ciężko (wystartowałem z około 35 kg bagażu - który na szczęście z każdym posiłkiem topniał). Na szczęście był to jedynie problem dni pierwszych i dość szybko przystosowałem się do ciągnięcia takiej masy pod górkę. Po dojechaniu do Cieszyna wydaję ostatnie złotówki i już jestem po Czeskiej stronie.

 

[b]Czechy[/b]

Pierwsze co zrobiłem w Ceskim Tesinie to … pomylenie drogi i zamiast na zachód pojechałem na południe. Dołożyłem sobie tym samym 10 km ekstra – o ile można mówić sobie o jakimkolwiek dokładaniu gdy nie ma się w zasadzie, żadnego planu jazdy. Czechy, podobnie jak Austrie, traktowałem jako kraj tranzytowy, dlatego szybko wbiłem się na ekspresówkę i spędziłem na niej resztę dnia. Dość szybko jednak znudziła mnie taka opcja podróżowania i kawałek za Priborem zjechałem na boczną drogę, gdzie w pierwszym lepszym lasku rozbijam się na nocleg. Tu popełniłem strategiczny błąd. Zostawiłem na noc, na ziemi, otwartą kosmetyczkę, w której z samego rana znalazłem z 5 ślimaków które naznaczyły swoim śluzem wszystkie przybory. Z wiadomych powodów mycie zębów tego ranka sobie odpuściłem.

Pierwszą połowę dnia spędziłem na drogach prowadzących przez Morawskie Beskidy. Pogoda dopisywała, widoki i prawie zerowy ruch na drogach bardzo uprzyjemniały mi jazdę. Po południu opuszczam Beskidy, droga dość mocno się wypłaszacza więc można depnąć. Pomimo porannej leniwej jazdy udaje mi się zrobić tego dnia 145 km. No nocleg rozbijam się na jakimś ugorze. O 6 rano pobudka, szybkie śniadanie i już jestem w drodze. W okolicach południa udaje mi się dotrzeć do Breclav gdzie próbując być mądrzejszy od mapy gubię się w lesie przed samą granicą z Austrią. Przy okazji spotykam Czecha na rowerze, który jest jeszcze bardziej zagubiony niż ja. Jakoś wspólnie udaje nam się dojść gdzie w ogóle jesteśmy i rozstajemy się.

 

[b]Austria[/b]

Około 13 przekraczam granicę a Austrią gdzie pogoda robi mi niezłego psikusa. Temperatura momentalnie skacze do 36 C, a wiatr złośliwie śmieje mi się prosto w twarz. Udaje mi się tak przejechać z 20 Km i totalnie wykończony padam pod jakimś drzewem. Do końca dnia jady w systemie co 5 km 15 min przerwy. W okolicach Zisterdorfu spotykam polskich robotników , którzy nie mogą się nadziwić, ze chce mi się w takim ukropie jeździć. Na szczęście pod wieczór temperatura spada poniżej 30, wiatr przestaje dokuczać i mogę wreszcie trochę popedałować.

Jako, że temperatury rzędu 30+ towarzyszyły mi niemal do końca wyprawy, każdy kolejny dzień wyglądał podobnie. Pobudka o 6, jazda do wczesnych godzin popołudniowych, gdzie przeważnie drze mając przeczekiwałem największą falę upału.

Po noclegu w polnym zagajniku staję przed dylematem. Przekroczyć Dunaj w okolicach Bratysławy czy też w Wiedniu. Ostatecznie wybieram Wiedeń – to był zły wybór. Wydostać się z tego miasta jest niemal niemożliwością. Mam wrażenie, że wszystkie drogi wylotowe z tego miasta to Autostrady, a wszyscy zapytanie o drogę kierowali mnie właśnie na nie. Spotkałem nawet austriackiego sakwiarza jadącego do Chorwacji, niestety jechał w przeciwnym kierunku co ja i w dodatku nie był miejscowymi więc nie umiał mi pomóc. Jeszcze z godzinę błądziłem po mieście kiedy udało mi się przedostać wreszcie na przedmieścia. Tu stanąłem przed kolejnym problemem jak przedostać się na drugą stronę autostrad które złośliwie akurat musiały zgrupować na mojej drodze. Zupełnie przypadkiem trafiłem na jedną z tras EuroVelo, która poprowadziła mnie przez kolejne 50km aż do Wiener Neustadt. Na całej tej długości ścieżka wije się między kanałami, miasteczkami i ich zaułkami ale pomimo tego nie sposób się na niej zgubić dzięki wyśmienitemu oznakowaniu. Za miastem zauważyłem, że w górach rozkręca się niezła burza. Stwierdziłem jednak, że mam jeszcze sporo czasu i jechałem dalej. To był błąd, nim się spostrzegłem, ulewa dorwała mnie na środku pola. Do najbliższej osady było kilka kilometrów. W dodatku zaczynało błyskać coraz bliżej. W poszukiwaniu schronienia wjechałem w pobliski las. Nos mnie nie mylił. W środku lasu znalazłem boisko lokalnego klubu sportowego. Obok stała mała szatnia – zamknięta tylko na skobel. Ledwo się zdążyłem załadować do środka kiedy piorun strzelił w pobliski maszt. Aż zadzwoniło mi w uszach. Na szczęście burza szybko przeszła a ja dzięki niej znalazłem idealne miejsce na nocleg.

Następnego dnia zacząłem wspinaczkę w stronę Semmering. Pogoda z rana była dość mżysta, co mi nawet sprzyjało, przynajmniej nie grzałem się zbytnio. Samo Semmering w sezonie letnim wieje pustką, spotkałem tam ledwo kilku downhillowców. Z Semmering skierowałem się w stronę przełęczy Pfaffenstattel (1386).  Czekało na mnie 700 metrów do pokonania. Przestało mżyć i wyszło słońce, co sprawiło że przed samą przełączą mało się nie zagotowałem (ostatnie metry są naprawdę strome). Z przełęczy przez kolejne 30 Km jechałem już głównie w dół. Około 30 Km przed Grazem zacząłem się rozglądać za noclegiem. Znalazłem sobie nawet dość przyjemny zagajniczek. Zostawiłem rower na drodze na zakręcie i ruszyłem w głąb w poszukiwaniu miejsca na namiot. Jak głupio zrobiłem przekonałem się po powrocie na drogę. W obie strony utworzył się mały korek, kilku kierowców nawet wyszło na drogę i szukało … mnie. Nie wziąłem pod uwagę, że dla Austriaków leżący rower przy drodze, w dodatku na zakręcie to wystarczający powód by zainteresować się losem rowerzysty. Kiedy więc zobaczyli mnie wychodzącego z lasu, uspokojeni powsiadali do samochodów i ruszyli dalej w drogę. Mi się zrobiło trochę głupio, że wcześniej nie pomyślałem o tym, że kładąc rower w tym miejscu mogę wywołać takie poruszenie. Postawiłem więc sprzęt na nóżce, a sam usiadłem obok i chciałem zjeść kolację. Nie dane mi to było. Bo nadal przynajmniej co trzeci samochód się zatrzymywał i ciągle słyszałem pytanie czy wszystko jest okej. Rozumiem ich dobre intencję, ale się trochę zdenerwowałem że nie dają spokojnie zjeść człowiekowi. Wsiadłem na rower i pojechałem dalej. Ponieważ byłem  już całkiem blisko Graz postanowiłem wykorzystać zbliżającą się noc by szybko przemknąć przez miasto. A ze nie byłem zbytnio zmęczony jechałem dalej w stronę granicy. Dopiero po północy zatrzymałem się na przystanku, który na pierwszy rzut oka idealnie nadawał się na sypialnię. Niestety, okazało się że rozłożyłem się na punkcie przerzutowym dla gazeciarzy. O 2 w nocy przyjechała pierwsza furgonetka zrzucając na przystanek całkiem pokaźną paczkę. Potem co jakieś pół godziny podjeżdżał jakiś samochód i zabierał część tych gazet. Spać się przy tym w ogóle nie dało.

O 5 rano zrezygnowałem z dalszych prób snu i ruszyłem w stronę granicy ze Słowenią. Granica znajdowała się na przełęczy na wysokości 660 metrów. Do przejechania miałem więc ledwo 200 metrów przewyższenia. 170 km dnia poprzedniego i nieprzespana noc sprawiła, że ledwo dojechałem do granicy.

 

[b]Słowenia[/b]

Po stronie Słoweńskiej zrobiłem sobie dłuższą przerwę i ruszyłem szutrową drogą przez góry (bardzo malowniczą) w stronę Dravogradu. Tam wjechałem na główną drogę i ruszyłem na Slovenj Gradec. Jechałem pod wiatr i z każdym kilometrem czułem się coraz słabszy. Z tej racji postanowiłem po raz pierwszy skorzystać z usług kempingu. Koło 14 kawałek za Slovenj Gradec zatrzymałem się w przydrożnym pubie z prośbą o pomoc w znalezieniu kempingu, który według mojej mapy, powinien być gdzieś w okolicy. Właściciel stwierdził, że nigdy takiego tu nie było, ale jeśli chcę mogę się rozłożyć w ogródku. 10 minut później kiedy kończyłem się rozkładać, czekał już na mnie przepyszny omlet. Po posiłku żona właściciela zabrała moje rzeczy do prania a ja sam udałem się pod prysznic. Kiedy już się nieco ogarnąłem, nadszedł czas na przełamywanie barier językowych. Pierwszych kilka minut próbowałem posiłkować się rozmówkami polsko-chorwackimi, ale że strasznie spowolniało to rozmowę, rzuciłem go w kąt i zaczęliśmy po prostu rozmawiać, każdy w swoim języku. Zdziwiło mi, że mimo dość dalekiego pokrewieństwa języka polskiego ze słoweńskim, dość dobrze siebie rozumieliśmy. A że zbliżała się pora wieczorowa i zaczęli schodzić się pierwsi klienci (przeważnie sami swoi), znajdowałem coraz więcej towarzyszy do rozmowy. Nie ukrywam, że piwo przełamało ostatnie bariery językowe. Pod wieczór byłem już zakumulowany niemal ze wszystkimi. Jeden z bywalców nawet zaoferował mi nocleg w swoim domu w Prisztinie. Chciał mi dać nawet klucze … ale okazało się, że ma je jego żona, która gdzieś wyjechała. Cóż, mała strata bo i tak nie planowałem odwiedzać tego miasta. Jako, że byłem dość zmęczony, położyłem się z niemałym żalem, dość wcześnie.

Następnego dnia, jako że żal mi było wyjeżdżać ociągałem się z pakowaniem jak tylko mogłem. Ostatecznie około 11 pożegnałem się z Tomikiem i jego rodziną i ruszyłem w drogę. Widoki były dość sielankowe a że była niedziela ruch był znikomy. Po drodze do doliny Zagronja Savinajska, zwiedziłem sobie jaskinię Huda Luknja. Po dojechaniu do doliny, zacząłem wspinaczkę w stronie przełęczy Crniviec (902m). Pierwotnie planowałem przekroczyć ją jeszcze tego samego dnia, ale kilka kilometrów przed Gornij Gradec znalazłem idealne miejsce na nocleg. Przystanek typu bungalow, w dodatku po środku niczego. Cisza i spokój, większej zachęty nie potrzebowałem.

Następny dzień rozpoczął się mżyście. Co mi nawet sprzyjało i dość szybko podjechałem na przełęcz. Niestety podczas zjazdu mżawka przeszłą w deszcz. Zjazd trwał 20 minut. Tyle też czasu padało. Jak tylko zatrzymałem się na popas, chmury rozeszły się i już do końca dnia towarzyszyło mi bezchmurne niebo. Szybko wysuszyłem się i ruszyłem w stronę Lubljany. Stolicę kraju przemknąłem po opłotkach i znalazłem się na drodze do Postojnej. Ruch na tym odcinku był dość spory co sprawiło, że cisnąłem ile sił starczało by stamtąd uciec. Udało mi się to w Vrhnika, gdzie ja wraz z drogą wjechałem w góry a towarzyszące mi do tej pory samochody na pobliską autostradę. Na kilkanaście kilometrów przed Postojną droga zaczęła prowadzić nad piękną dolinką. Piękną dlatego, że po środku wiła się mała rzeczka a wokół niej same łąki. Lepiej na nocleg nie mogłem trafić.

Rano gdy się pakowałem, zobaczyłem idącego w moją stronę człowieka. Pomyślałem już, że przyjdzie mi się tłumaczyć dlaczego spałem na jego ziemi ale ten tylko spytał czy dobrze mi się spało, pozdrowił i poszedł dalej. Zdecydowanie łubie takie spotkania. Skończyłem się pakować i pojechałem zobaczyć słynna jaskinię w Postojnej. Trochę się zawiodłem, bo spodziewałem się czegoś mniej komercyjnego. Na miejscu czułem się trochę jak na Krupówkach. Szybko opuściłem to miejsce i skierowałem się w stronę Chorwacji.

[b]Chorwacja[/b]

Po przekroczeniu granicy zaskakuje momentalna zmiana krajobrazu. Z zielonych dolin wjeżdża się wprost na zasuszone, kamieniste, pustkowie pokryte z rzadka wynędzniałymi krzewami. Jako, że po stronie chorwackiej zaczyna się autostrada, tam skierował się cały ruch a ja spokojnie, boczną drogą dojechałem sobie do wybrzeża niemal niepokojony przez samochody. Rijekę zaliczyłem już rok temu, udałem się więc tylko do centrum i korzystając z miejskiego wi-fi powysyłałem zaległe maile. Za miastem zjechałem na magistralę adriatycką a zacząłem cisnąć. Ruch był dość spory i chciałem jak najszybciej opuścić te rejony. W okolicach Crikvenicy zacząłem rozglądać się za jakimś noclegiem.  Niestety całe wybrzeże (podobnie zresztą jak całe Bałkany) zasypane jest śmieciami. Jeżeli tylko znajdę jakiś kawałek płaskiego, gdzie można by było się rozbić, zaraz okazuje się, że obok jest jakieś dzikie wysypisko i zapachu nie idzie zdzierżyć. Wspinać się w poszukiwaniu miejsca nie miałem ochoty. Przejechałem tak z 10 km i zrezygnowawszy udałem się na kemping w Novi Vinodolski. Pomimo, że cena za nocleg była iście zbójecka, wybór noclegu okazał się dość szczęśliwy. Najpierw poznałem dwóch bikerów ze śląska, by po chwili być zaproszonym na grilla i wino przez polską parę podróżującą kamperem wraz ze swoim dwumiesięcznym synkiem.

Kolejny dzień był dość monotonny. Droga wzdłuż wybrzeża, pomimo że oferowała przepiękne widoki, zaczęła być lekko monotonna. Dlatego też musiałem tego dnia posiłkować się moją tajną bronią, czyli mp3. Monotonię czasem przerywali mijani sakwiarze, których na próżno wypatrywałem w Czechach, Austrii czy Słowenii. Tego dnia, pomimo że minąłem kilka dobrych miejsc do spania postanowiłem ponownie spać na kempingu w Tribanj, licząc że spotkam tam jakieś ciekawe towarzystwo. Niestety, tym razem się nie wstrzeliłem i zawiedziony poszedłem spać.

Z samego rana znalazłem się w Starigradzie. Chwilę pokręciłem w centrum, próbując znaleźć jakieś porządne wi-fi. Niestety nigdzie nie mogłem złapać na tyle stabilnego połączenia by wysłać maile. Odpuściłem sobie dalsze poszukiwania i udałem się w stronę wąwozu Wielkiej Paklenicy. Na miejscu okazało się, że zapomniałem wyłączyć wyszukiwanie sieci i… wykryło mi jedną, w dodatku niezabezpieczoną. Park narodowy to ostatnie miejsce gdzie bym szukał darmowego Internetu a tu taka niespodzianka. W trakcie gdy wysyłała się poczta, zorientowałem się w cenach wstępu. 40 kun zabójczą ceną może nie jest, ale że byłem tu już kilka lat wcześniej postanowiłem zaoszczędzić i odpuściłem sobie tą atrakcję. Wróciłem na drogę i skierowałem się do Zadaru. Przejeżdżając przez most w Maselnicy miałem okazję popatrzeć sobie na skoki na bungee. Zaraz przed Zadarem, zaczęły pojawiać się nieliczne, zasuszone poletka kukurydzy. Wyglądało to dość biednie, ale dla mnie to i tak cud, że coś rośnie na tej kamienistej ziemi. Wzdłuż drogi aż roiło się od straganów owoco-warzywnych. Można było też kupić domowej roboty wino bądź rakije. Po dojechaniu do Zadaru zrobiłem szybko rundkę po wybrzeżu i ruszyłem  dalej w trasę. W okolicach Sukosan, znajduje się kilku kilometrowa plaża oddzielona od drogi małym zagajnikiem. Grzechem było by nie skorzystać z takiej okazji. Początkowo rozłożyłem się na plaży, lecz pod wieczór wiatr zmógł się co nieco i zaczął złośliwie chlapać we mną wodą (plaża w tym miejscu jest bardzo wąska. Przeniosłem się zatem do zagajnika, który pomimo że tradycyjnie zaśmiecony, szczęśliwie nie śmierdział.

Pobudka o 6 rano weszła mi już w krew, tak że jeszcze przed południem dojechałem do Sibenika. Bardzo spodobało mi się to miasto. Jeździ się po nim wąskimi, stromymi uliczkami. W samym centrum starego miasta wznosi się warowna twierdza. Wyjątkowo zabawiłem w tym mieści odrobinie dłużej gdzie indziej. Z Sibienika ruszyłem w stronę parku Krka. Wiele osób zachęcało mnie do odwiedzenia, szczególnie sławnych wodospadów lecz cena wejściówki wprowadziłem mnie w lekkie osłupienie. 95 Kun to lekkie przegięcie, zrobiłem w tył zwrot i tyle mnie widzieli. Trochę zniechęcony, nie miałem ochoty wracać na wybrzeże. Na pocieszenie wymyśliłem sobie zabawę. Wjechałem w pierwszą boczną drogę i postanowiłem przez resztę dnia kręcić się po górach bez mapy. Pomysł był genialny. Dość szybko odjechałem od głównego szlaku turystycznego i wjeżdżając w coraz to nowe doliny, mijałem coraz to bardziej wyludnione wsie. W jednej z takich wsi, podczas odpoczynku minęła mnie grupa starszych osób ubranych w tradycyjne stroje, z instrumentami w rękach. Jak się dowiedziałem wracali z próby lokalnego zespołu ludowego. Każda osoba na drodze mnie pozdrawiała, wszystkich interesowało skąd jad. Turyści w tym rejonie nie są chyba często widywani. Najlepiej o tym świadczy to, że przez 30 km nie spotkałem, żadnej tabliczki „zimmer frei”. Późnym popołudniem jedna ze ślepo wybranych dróg wyprowadziła mnie z gór wprost nad zatokę Splitską. Noc spędziłem na kempingu w Kastel Stary.

Wybrzeże w tym miejscu jest dość mocno zurbanizowane, przedarłem się więc szybko przez okolice Splitu. Wiatr tego dnia dość mocno dokazywał. Mimo, że wyjeżdżając ze Splitu jedzie się z górki to musiałem się ostro napedałować a i tak osiągnąłem ledwo 20 km/h. Kilka kilometrów za Splitem zauważyłem samochód stojący na przeciwnym pasie. W środku siedziała jakaś kobieta i rozmawiała przez komórkę. Początkowo myślałem, ze popsuł się jej samochód. Nie miał jednak włączonych świateł awaryjnych a podjechawszy bliżej, odniosłem wrażenie że kierowca jest raczej w dobrym humorze i śmieje się co chwila do telefonu. Do śmiechu nie było raczej stojącym w korku, który się utworzył i sięgał niemal do Omis – czyli niemal 20 km. W kierunku Omis zresztą ruch też nie był mniejszy. Zdecydowanie jest to najbardziej zatłoczony odcinek magistrali i zdecydowanie nie polecam go nikomu. Postanowiłem jak najszybciej ewakuować się w góry. Najbliższa sposobność nadarzyła się właśnie w Omiś, gdzie swoje ujście ma rzeka Cetina. Rzeka ta przebija się przez nadbrzeżna góry tak, że znad samego morza wjeżdża się wprost w jej kanion. Tam rozpocząłem wspinaczkę drogą prowadzącą do Blato na Cetini. Droga wznosiła się na 300m skąd roztaczał się widok zarówno na kanion jak i morze widoczne sponad okolicznych gór. Dalej droga prowadzi w głąb lądu. Zostawiam za sobą kanion i zagłębiam się w głąb lądu. Tam dogoniła mnie duża chmura która ścigała mnie od samego Splitu. W lekkiej mżawce wjechałem w dużą dolinę dookoła której wije się kanion Cetini. Widok wręcz zapierał dech w piersiach. Dodatkowego smaczku dołożyła pochmurna pogoda. Obserwując dolinę odniosłem wrażenie jakbym znalazł się w scenerii żywcem wyjętej z jakiegoś filmu przygodowego o zagubionym lądzie i zaraz zza gór wylecą pterodaktyle. W Blato na Cetini przedostaje się na drugą stronę kanionu i tam łapie mnie burza. Ledwo schowałem się na przystanku, notabene pachnącym mocno brakiem kultury, jak rozpętało się istne urwanie chmury. Lało konkretnie, droga zamieniła się w rwącą rzekę. Nieciekawie zaczęło się robić gdy woda zaczęła powoli wdzierać się do mojego schronienia. Szczęśliwie, ledwie po 30 minutach całej ulewy, wszystko skończyło się jak ręką uciął i wyszło słońce. Wystarczyła godzina by po niedawnej ulewie nie zostało mokre choćby jedno źdźbło trawy. W pełnym słońcu wjechałem do Sestanovac. Tam przyszło ponownie przywitać mi się z tłumem turystów, podziwiających kanion, który w tym miejscu widać w pełnej okazałości. Przebijając się ponownie przez góry zjechałem nad wybrzeże, gdzie szczęśliwie, dość szybko znalazłem idealne miejsc pod namiot.

Rano tradycyjnie już, przemknąłem szybko przez Makarską, gdzie odbijam w stronę Vrgorac. Rozpoczynam długi, niesamowity podjazd. Droga przyklejona jest do zbocza, a tuż przed samą przełączą znajduje się mała zatoczka. Roztacza się z niej wspaniały widok na okolicę Makarskiej i wijącą się 500metrów poniżej magistralę adriatycką. Od Vrogac jedzie się drogą prowadzącą wzdłuż granicy z Bośnią. W Metkovic kusiło mnie by przekroczyć granicę i pojechać zobaczyć Mostar. Ostatecznie jednak wybrałem Dubrovnik i skierowałem się ku wybrzeżu, gdzie rozbiłem się w jednej z zatoczek.

Jak się okazało, przyszło mi spać niecały kilometr od granicy bośniackiej, takoż już z samego rana robiłem zakupy w Neum. Cała linia brzegowa Bośni i Hercegowiny to ledwie 9 kilometrów. Pomimo tego, z nieznanych mi przyczyn, pogranicznicy ulokowali przejście 4 kilometry od faktycznej granicy z Bośni. Na nocleg zatrzymałem się w Trsteno. Znalazłem tam dość tani kemping, jak na chorwackie warunki. Chciałem zwiedzić sobie słynne arboretum, niestety przybyłem na miejsce chwilę po zamknięciu i pozostało mi jedynie podziwianie zza płotu. Po powrocie na kemping spotkałem Adama, Czecha który podobnie jak ja zwiedza samotnie Bałkany. Ledwo zdążyliśmy się zapoznać a na kemping wjeżdża kolejny samotny rowerzysta. Tym razem Włoch. Szybko złapaliśmy wspólny język i nasza rozmowa ciągnęła się aż do późna w nocy. Czasem, nie mogąc znaleźć odpowiedniego angielskiego słowa, przechodziliśmy z Adamem na nasze ojczyste języki, czemu nie mógł się nadziwić Mario. Ciągle pytał nas jak to jest, że mówimy w dwóch różnych językach i rozumiemy siebie nawzajem.

Postanowiliśmy z Adamem połączyć nasze siły w drodze do Dubrovnika. Pożegnaliśmy się z Mariem i rano ruszyliśmy w drogę. W Dubrovniku zostawiliśmy rowery przed główną bramą prowadzącą na stare miasto i ruszyliśmy na zwiedzanie. Miasto robie rażenie, niestety dziki tłum turystów już nie. Dość szybko się zniechęciliśmy i ewakuowaliśmy się do fortecy Lovrijeniac znajdującej się poza murami. Tam już było dużo więcej przestrzeni a i widok na stare miasto niczego sobie. Odpoczęliśmy sobie tam chwilę, pogadaliśmy i wróciliśmy do naszych rowerów. Za miastem pożegnałem się z Adamem, on pojechał wybrzeżem do Albanii a ja ruszyłem pod górę do Bośni i Hercegowiny. W miarę oddalania się od wybrzeża krajobraz stopniowo się zmieniał, robiło się coraz bardziej zielono. Za Trebnije skręciłem w drogę do Nikościa, która dostarczyła mi niesamowitych wrażeń wzrokowych. Po tygodniu obserwowania, skał i skarłowaciałych krzewów, napalałem swoje oczy widokiem zielonych zbocz i dolin. Zaczynałem żałować, że jeszcze tego samego dnia opuszczę ten kraj. Póki co jednak jechałem pod górę. Pierwsze przejście graniczne spotkałem na wysokości 900m.n.p.m. Generalnie byłem tym trochę zaskoczony, bo na mojej mapie nie było zaznaczonej żadnej przełęczy i nie spodziewałem się zawędrować tego dnia tak wysoko. Jako, że było dość gorąco, wjechałem na przejście bez koszulki cały zalany potem i... nie zostałem przepuszczony dalej. Strażnik kazał mi doprowadzić się do porządku, ubrać koszulkę i zgłosić ponownie. Dopiero wtedy zostałem przepuszczony. Przejście od strony czarnogórskiej znajdowało się 100m wyżej. Ostatecznie wjechałem na przełęcz Ilino Brno 1034m.

Zgłoś jeśli naruszono regulamin